Z mitologii niezaznanych przeżyć

          "Puro deficit amore"

          
         To jeden z moich ulubionych utworów (szczególnie pierwsza część), także w tym znakomitym wykonaniu Gerarda Lesne' a i  jego zespołu "Il Seminario Musicale." Chociaż bardziej porusza mnie głos Jamesa Bowmana z nagrania "King's Consort" Roberta Kinga (które ma żywsze tempo) - jest bardziej soczysty i pełny.  Uwielbiam też niektóre świeckie kantaty Alessandra Scarlattiego. Ale najsłodsza była dla mnie zawsze muzyka Purcella. (Lubię nawet jego sonaty triowe i drobiazgi klawesynowe - jest w nich tyle melancholii i ulotnego wdzięku). . 
       

          Kiedy sobie przypominam moje istnienie w latach 1994-1996 (z tego okresu pochodzą te nagrania), to trudno mi sobie wyobrazić coś bardziej szczęśliwego i zarazem był to bardzo produktywny okres mojego życia (studia nad filozofią Wschodu, utwory i praca ze studentami, trochę niepublikowanej poezji, która budzila czyjeś zainteresowanie). Udało mi się uratować życie osoby, którą kochałem, odkryć wiele cudownej muzyki i zacząć poznawać Londyn.  
   Miałem jeszcze dwie przemiłe przyjaciółki,  które uwielbiały słodką muzykę i poezję. Spotykałem się z nimi u nich w domu, zachwycony ich wrażliwością. Chodziliśmy na spacery. Same nazwały się moimi przyjaciółkami...
          

    Moje warunki mieszkaniowe były też wtedy w miarę dobre, choć nigdy nie miałem dostatecznie wiele miejsca na książki.  Mieszkałem w dwupokojowym mieszkaniu z żoną, z którą byliśmy już wtedy w tzw. separacji. Początkowo zajmowałem w nim większy pokój, ale potem przeniosłem się do mniejszego, jednak muzyki słuchałem w jej pokoju kiedy gdzieś wychodziła. (Słuchała jedynie Chopina i Mozarta). Jak niedawno zażartował na Facebooku jeden z "habilitowanych" - z plotek wie, że z moją byłą żoną "kontakt układał się w sinusoidę." 
       Wspomniałem o moim odkryciu filozofii Wschodu.  Było to rzeczywiście odkrycie, które głęboko mnie poruszyło. Podczas studiów w IF UW w ogóle się o nich nie mówiło, jakby nie istniały. Sekretarka dziekana przestrzegła mnie nawet mówiąc "Był tu taki jeden, który interesował się filozofią Wschodu, ale już tu nie pracuje." Trudno to sobie teraz wyobrazić. Niecałe dwa lata temu zabierałem głos podczas organizowanej przez Instytut konferencji poświęconej związkom między filozofią Wschodu i zachodnią, w której brali udział najwybitniejszy polscy orientaliści. 
     Pierwsze przekłady tekstów myśli indyjskiej, chińskiej i japońskiej poznałem jeszcze  podczas studiów i nawet poświęcałem im nieco miejsca na moich zajęciach. Poznałem Upaniszady i Purany. Byłem też pod wielkim urokiem poezji buddyjskiej i fragmentów Sutta Nipaty i Dhammapady. Jednak dopiero w L. mogłem kupić książki, których biblioteka nie miała i które trudno też było do niej ściągnąć. A później zacząłem o nich pisać. Taoizm był mi zawsze bliższy niż buddyzm (włącznie z zenem) i jest, z pewnymi zastrzeżeniami, najbliższą mi z tych filozofii. Nigdy nie interesowałem się nimi jako historyk filozofii, którym nie jestem. Interesował mnie ich pogląd na życie i jego wartość. 
      
       

      Kiedyś Stara Poetka przyszła na mój dyżur, a czekając na mnie przeczytała Tao-Te-Ching (oczywiście w polskim przekładzie). Powiedziała: "To, co miękkie zmierza ku życiu. To, co twarde zmierza ku śmierci." W taoizmie jest to bardzo istotna myśl.  Twardą gałązkę łatwo złamać, a wiotką trudno. Trudno też złamać człowieka, który na zewnątrz nie jest twardy. 
      W tym czasie też zacząłem studiować" I Ching". Konfucjusz powiedział podobno, że gdyby dane mu było jeszcze pięćdziesiąt lat przeżyć, to zgłębiałby Księgę Przemian (I Cing). Ja zajmuję się tym od trzydziestu lat. 
      Chociaż mam znajomego, który zarejestrował się w urzędzie jako taoista (w Polsce jest podobno 69 takich osób), mogę powiedzieć, że to Ona uosabiała to wszystko, co w postawie taoistycznej najcenniejsze. Ja czułem się z usposobienia taoistą, ale to ona była naprawdę oderwana od społecznego świata, w którym była jedynie gościem.  Należałem częściowo do tego świata, co powodowało we mnie pewne wewnętrzne rozdarcie. Zbyt bliska była mi też refleksja egzystencjalna, której taoizm w swym optymizmie i "wewnętrznym uśmiechu" unikał. Nie mógłbym też nie myśleć o życiu w kategoriach racjonalnej metafizyki. 
       Moje utwory poetyckie byly w tym czasie nieliczne i zupełnie wolne od skojarzeń z orientalną liryką. A jednak i one miały entuzjastów (czy raczej entuzjastki). Już wtedy fascynował mnie dawny grecki epigramat. A kiedy Zygmunt Kubiak, którego przeklad Antologii Palatynskiej podziwiałem,  zaproponował mi wydanie w Bibliotece Poetów wyboru tekstów Zhuangzi z moim wstępem, poczułem się wybrańcem losu. Niestety projekt upadł, bo z powodów podobno natury światopoglądowej, wydawnictwo wkrótce potem się rozwiązało. Niemniej było to dla mnie zdarzenie niezwykle budujące. Kubiak doceniał walor poetycki księgi Zhuangzi i przytoczyl nawet ten cudowny sen filozofa, któremu śniło się, że jest radosnym motylem i po przebudzeniu nie wiedział już, czy jest motylem, czy Zhuangzi. To uznanie ze strony osób mądrzejszych ode mnie, miało dla mnie szczególną wartość. 

       

    

       Życie każdego człowieka ma swoją mitologię, jakieś istoty pół-boskie, czasem demoniczne, nimfy, cudowne, albo złowrogie zdarzenia. Jak u Goethego - "Z mojego życia. Zmyślenie i prawda..." Pewne rzeczy wspominający sobie dopowiada, dramatyzuje, albo bagatelizuje, chcąc widzieć przede wszystkim to, co dobre, a jednak zapomnieć o czymś czasami się nie da. 
        Niestety, położył się na to szczęście złowrogi cień. Straciłem wtedy trzy bliskie osoby, dwoje Przyjaciół i Panią Profesor, Osobę niezwykle szlachetną, która na krótko przed śmiercią ofiarowala mi swą książkę z dedykacją: "Delikatnemu i głębokiemu." (W chwilach przygnębienia zawsze to sobie przypominam. Uznanie ze strony osób mądrzejszych i bardziej wrażliwych, którego wtedy mi nie brakowało, zawsze podtrzymywało mnie na duchu). Kołakowski napisał w pośmiertnym wspomnieniu o niej, że przez całe życie mieszkała w skromnych warunkach w nędznym, robotniczym mieście Łodzi, ale była osobą wyjątkowo życzliwą i dobrą...I śmierć przestała być dla mnie jedynie abstrakcją i przedmiotem filozoficznych dociekań. 
      To były dramatyczne odejścia. Nawet po latach nie byłbym w stanie ze spokojem o nich pisać. Zosia przez pół roku umierała w śpiączce, Jurek w ciężkiej depresji (przed moim wyjazdem do L. mówił, że nigdy nie był tak szczęśliwy), a "Ija" (jak z żoną nazywaliśmy Panią Profesor) , żeby mnie nie martwić, napisała w liście, że nie może wyjść z przeziębienia (umierała na raka). 
         Wtedy uświadomiłem sobie całkowitą niemal iluzoryczność szczęścia. Jak napisał Szekspir, w życiu nic nie jest trwałe, a złota nić przeplata się w nim z szarą. Kto to rozumie, może zachować spokój, bo nie opiera swego szczęścia na przypadku. 
   
          


           

         



Komentarze

  1. Niezaznanych być może w całej pełni. Nie chcąc nikogo zanudzać dokonałem daleko idącej kondensacji wspomnienia tego okresu życia, skupiając się na faktach.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czuang Czou, Czuang-tsy, Chuang Tzu i Zhuangzi (według najnowszej transkrypcji) to oczywiście ta sama postać...

    OdpowiedzUsuń
  3. Dhammapada dostępna jest w klasycznym przekładzie Michalskiego, a Sutta Nipata była dostępna jedynie w krótkich fragmentach. Oba te tak ważne dla buddyzmu utwory przetłumaczył ostatnio, jak wiadomo, zmarły niedawno Ireneusz Kania.

    OdpowiedzUsuń
  4. Filozofia i religie Wschodu to dla nieodkryta wyspa, zasłyszane naskórkowe informacje i obiegowe opinie np. taka, że Małgorzata Braunek została byddystką po związaniu się z nowym mężczyzną, a przy tej okazji trochę opisu charakteryzującego buddyzm.
    Niestety, wpierw wypadałoby mi zgłębić religię, którą wyznaję, bo nie jest z tym najlepiej, a czas działa na moją niekorzyść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy akurat w tej roli nie lubiłem Braunek. Cieszyła się jednak wielkim uznaniem. Ludzie opłakiwali jej śmierć. Ale, choć nie było to jej intencją, było w tym zawsze coś medialnego...Moim ideałem jest być w ukryciu i wywierać wpływ poprzez to, jakim się jest. To znaczy, że najlepiej byłoby gdyby była buddystką incognito. Prawda wewnętrznego doświadczenia nie wymaga etykietki...Kiedy mówię o tym moim ideale nie mam na myśli siebie. Ja sam nigdy nie chciałem wywierać wpływu. Oczywiście też nie mogłem, nie potrafiłbym. Ale wolę uczyć się od takich ludzi. Ciężko mi to czasami idzie. Nie jestem zbyt pojętnym uczniem. Ale wolę uczyć się od nich niż od Braunek i od samego Buddy.

      Usuń
    2. Właśnie, nie było to jej intencją. Postrzegałam ją jako Osobę skromną, ale media muszą mieć pożywkę.

      Usuń
    3. Nie jesteś zbyt pojętnym uczniem... to kto miałby nim być...🙂

      Usuń
  5. Na temat muzyki się nie wypowiem, może tylko tyle, że urodzeni melomani mają wdrukowany specjalny system odbiorczy, kompatybilny z Niebiańskim Centrum Anielskiej Muzyki Najwyższych Diapazonów zarządzanym przez św. Cecylię. Gdzie mi tam do nich...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale są teksty, słowa...I melodia . I timbre głosu. Ta słynna aria Dido ma ogromnie dużo znakomitych interpretacji. Ale ta jest trochę wyciszona, mniej dramatyczna, cicha. Dlatego szczególnie ją lubię. Królowa Kartaginy, według Wergiliusza, odebrała sobie życie.
      Łączy mnie z tą arią pewne osobiste przeżycie. Kiedy postanowiłem uciec od mojej Ukochanej do Polski (o powodach nie chcę w tym miejscu pisać, jednak było to konieczne i przyniosło dobry skutek), zadzwoniła do mnie i w sluchawce usłyszałem Lament Dido (oczywiście w innym wykonaniu). Jest w nim pewien potencjał przeżycia. Ktoś nawet w komentarzu do tego wykonania napisał, że chciałby aby tą muzykę grano na jego pogrzebie. (Jeszcze piękniejszy jest końcowy chór). Nic dziwnego że moje serce zmiękło. 💙

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    4. Tembr głosu jest zadziwiający, ale nie błyszczący i srebrny, jak wcześniej napisałam. Jest inny... Muszę jeszcze posłuchać.

      Usuń
    5. Pomysł przedni... Lament Dido zadziałał w trybie "at once".

      Usuń
  6. Piękna dziewczyna, ale bardzo smutna. Czy to nie chora Zosia, o której piszesz?

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty