Z mitologii nieznanych przeżyć

 

          To jeden z moich ulubionych utworów, także w tym znakomitym wykonaniu Gerarda Lesne' a i  jego zespołu "Il seminario musicale." Chociaż jeszcze bardziej wzrusza mnie głos Jamesa Bowmana z nagrania "King's Consort" Roberta Kinga (które ma żywsze tempo) - jest bardziej soczysty i pełny.  Uwielbiam też niektóre świeckie kantaty Alessandra Scarlattiego. 
          Kiedy sobie przypominam moje istnienie w latach 1994-1996 (z tego okresu pochodzą te nagrania), to trudno mi sobie wyobrazić coś bardziej szczęśliwego i zarazem był to bardzo produktywny okres mojego życia (utwory i praca ze studentami, trochę poezji, która budzila czyjeś zainteresowanie). Udało mi się uratować życie osoby, którą kochałem, odkryć wiele cudownej muzyki i zacząć poznawać Londyn.  Miałem jeszcze dwie przemiłe przyjaciółki,  które uwielbiały słodką muzykę i poezję. Spotykałem się z nimi u nich w domu, zachwycony ich wrażliwością. Same nazwały się moimi przyjaciółkami...Moje warunki mieszkaniowe były też wtedy dobre. 
       Życie każdego człowieka ma swoją mitologię, jakieś istoty pół-boskie, czasem demoniczne, nimfy, cudowne, albo zlowrogie zdarzenia. Jak u Goethego - "Z mojego życia. Zmyślenie i prawda..." Pewne rzeczy wspominający sobie dopowiada, dramatyzuje, albo bagatelizuje, chcąc widzieć przede wszystkim to, co dobre, a jednak zapomnieć o czymś czasami się nie da. 
        Niestety, przepraszam za groteskowe nieco określenie (prawie jak z Kabaretu Starszych PaPanów), położył się na to szczęście złowrogi cień. Straciłem wtedy trzy bliskie osoby, dwoje przyjaciół i Panią Profesor, która napisała przed śmiercią, że jestem "delikatny i głęboki", i śmierć przestała być dla mnie abstrakcją i przedmiotem filozoficznych dociekań. 
      To były dramatyczne odejścia. Nawet po latach nie byłbym w stanie ze spokojem o nich pisać. Zosia przez pół roku umierała w śpiączce, Jurek w ciężkiej depresji (przed moim wyjazdem do L. mówił, że nigdy nie był tak szczęśliwy), a Pani Profesor, żeby mnie nie martwić, napisała w liście, że nie może wyjść z przeziębienia (umierała na raka). Mieszkałem wtedy jeszcze z żoną, ale byliśmy w tzw. separacji. Mąż matki,  człowiek życzliwy i budzący sympatię, żył. Kitusia też jeszcze żyła, ale niedługo potem umarła w wielkim cierpieniu. 
         Wtedy uświadomiłem sobie całkowitą iluzoryczność szczęścia. Jak napisał Szekspir, w życiu nic nie jest trwałe, a złota nić przeplata się w nim z szarą. Kto to rozumie, może zachować spokój, bo nie opiera swego szczęścia na przypadku. 
   
          

         



Komentarze

Popularne posty