Hard road to travel
Takiego Londynu nie pamiętam, jednak upłynęła tam jakaś cząstka mojego życia. Nie żebym jakoś się rozczulał, ale już sama podróż wymagała ode mnie pewnego heroizmu.
Rzadko tam latałem, a podróż autobusem i promem trwała zwykle ponad 35 godzin i kończyła się przesłuchaniem przez urzędnika wizowego około piątej rano. Od tej rozmowy zależało, czy zostanie się wpuszczonym, czy trzeba będzie wracać do Polski. Podróż nie była komfortowa, a czasem nawet niebezpieczna. Kiedyś jadąc na Wigilię Bożego Narodzenia po lodzie spóźniłem się na "Wiktorię" - B. czekała tam na mnie ponad dziesięć godzin. Bardzo się martwiła, bo tego dnia aż sześć autobusów z Warszawy nie dojechało i miały wypadki po drodze. Angielski kierowca odmówił jazdy, wysiadł z autobusu w Łodzi, przejechał palcem po gardle, pokazując co go czeka
i zastąpił go polski zmiennik. Kierowcy byli przemęczeni, bo często podczas jazdy w ogóle się nie zmieniali (co było oczywiście wbrew przepisom). Burza na promie też bywała niebezpieczna. Wszyscy oglądali wtedy na ekranach kreskówki, pod pewnym wrażeniem katastrofy w Ramsgate, gdzie doszło do przemieszczenia ładunku. B. nazywała tę drogę "nędzą i upodleniem", jakby wbrew dumnym nazwom przewoźników "White Eagle" (autobus) i "British Proud" (prom).
Plagą byli przemytnicy. Nie przewozili zwykle papierosów. Zdarzało się, że wchodziła tam angielska policja i dokonywała przeszukania z psami. Mnie kiedyś trochę nastraszyli sugerując, że ich sypnę i dopiero kiedy pokornie wypiłem z nimi wódkę uspokoili się. "Mamusia na niego czeka. Ale nie doczeka się", to był najbardziej eufemistyczny tekst.
Zaraz po przejściu przez granicę dzwoniłem do Miss B. i była to chwila wielkiej euforii. Ale przedtem musiałem jakoś przekonać urzędników, że nie jadę do pracy. B. kazała mi mówić, że jestem nauczycielem akademickim i przyjechałem zrelaksować się z kochanką. To jakoś trafiało im do przekonania, w końcu facet faceta zrozumie i wbijali mi wizę na pół roku. Mieli jakieś wytyczne, żeby z każdego autobusu zawracać z Dover pewien procent pasażerów. Widziałem tych odsyłanych nieszczęśników i bardzo było mi ich żal. Jedna kobiecina przez całą drogę bała się, że ją odrzucą i odrzucili. Nie wiedziałem jak ją pocieszać.
Samolot raz miał twarde lądowanie i mocno uderzył o pas lotniska Highgate, przepraszam Heathrow. 😀 Stewardessa z British Airways śmiała się ze mnie i powiedziała, że to nie egzekucja, ale nie tylko ja się wystraszyłem. Panicznie bałem się latać i zwykle dość mocno upijałem z nosem w trzymanej kurczowo książce. Oglądałem później dokumentalny film o ofiarach pewnej katastrofy lotniczej. Dzwonili zwykle do najbliższych na chwilę przed śmiercią w panicznym strachu lub z troską o nich. Tylko pewien buddysta zachwycał się widokiem chmur za oknem. Zapewne zamierzał reinkarnować...To wszystko budziło we mnie dodatkowo romantyczne uczucia.






Ach te wspomnienia i latanie samolotem. Ja akurat nie mam strachu, ale mam kolegów, ktorzy stosują Twoją metodę latając i trzeba przyznać pomaga. A statystycznie dużo bardziej niebezpieczna jest jazda samochodem niz latanie.
OdpowiedzUsuńMiałem nawet o tym prawdopodobieństwie wspomnieć. Ale fobie nie są niczym racjonalnym. A wspomnienia banalne jak utrzymywanie bliskiej "relacji" z osobą oddaloną o 1444 km przez wiele lat. Mówią jedynie o tym, jak wyglądała kiedyś rzeczywistość i to mnie w każdych wspomnieniach zawsze interesuje. Tytuł trochę autoironiczny. Kto słucha reggae, albo bluesa, wie jak często ten motyw się pojawia. Kiedy się kogoś kocha, albo czymś żyje, nie liczy się trudów.
UsuńCo to dla młodego faceta taka wyprawa do Umiłowanej. Ja co prawda jeździłam o połowę krócej, ale za to do roboty. I od razu po przyjeździe rwałam do owej (i jeszcze toboły z żywnością i wszystkim innym). A Ty... no właśnie... sama radość 🩷🩵
OdpowiedzUsuńSzkoda że źle znosiłeś latanie, ale też chyba nieźle kasowali.
Ładna Ona, ładny On
I taka piękna miłość ❤️🔥
Przed czterdziestką to nie taki młody. 🙂
UsuńMiłość uskrzydla, ale lata się samolotem. 😀
UsuńJeszcze teraz jesteś młody 🙂
UsuńJa jeździłam od 40. do 50. na 5 tygodni - cały urlop. I jeszcze urozmaicone towarzystwo "musiałam lubić"... Ty znowu miałeś "urozmaicone przygody" w tych podróżach. Gdybym mogła latać - (najlepiej spod domu), to jeszcze dzisiaj chętnie bym pracowała 🙂
Jakbyś się przyłożył, to byś przefrunął, ale faceci to trochę tacy bez polotu do lotu są 🦅😉
UsuńNie mają mioteł 🙂
Usuń... przecież Tobie przypadły w udziale skrzydła kondora to tylko frr i już jesteś na Wyspach to lepiej niż miotła wymiata 🧹 😀
UsuńRaczej albatrosa 🙂
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
UsuńOczywiście że albatrosa, no patrz ten słownik co on wyprawia, wpisuję albatros, a on kondor,
Usuńwszystkie rozumy zjadł 🙄
to do niewytrzymania jest
UsuńMoje wspomnienia z podróży to jest sielanka.
OdpowiedzUsuńBilet kolejowy kupiony na dworcu Warszawa Wschodnia do Niemiec.
Połowę podroży przespałem w luksusie wagonu jadącego na Zachód Europy.
Podróże niemieckimi intercity to już wtedy w 1984 roku to była rewelacja.
Odlot samolotem Pan Am z Frankfurtu do Ameryki w 1985 r to była fantazja, radość.
Potem jeszcze kilka razy w obie strony pokonałem Atlantyk.
Małym samolotem z Helsinek do W-wy czy z Zurich do Warszawy czy z Monachium do Warszawy.
Lądowania za każdym razem bez żadnych emocji o których piszesz tutaj.
Pomyślałem, a może mieszkamy i żyjemy w rożnych rzeczywistościach?
Była fatalna pogoda I samolot z Warszawy wyleciał z dwugodzinnym opóźnieniem.
Usuń