Co jest białe, a co czarne
Przedziwną rozmowę podsłuchałem na Cmentarzu Iwanowskim w sierpniową noc. Księżyc się chyba upił, bo jakoś płynął po niebie. Zachwyciłem się lampką w pobliżu pewnego płaczącego anioła i w stanie lekkiej medytacji chłonąłem ciszę, którą zakłócał jedynie furkot skrzydeł nietoperzy. Aż tu nagle słyszę:
- Krótko mówiąc, Iwanie Iljiczu, umarłem i nie pozostaję już przy życiu, ale że tak powiem, jestem wciąż pośród żywych.
- Tak też i myślałem, Prochor, wszelako myśl całkiem inna mnie trapi.
- A jakaż to, panie hrabio?
- Czy to ty udusiłeś Nastazję? Tylko nie wypieraj się!
- Przysięgam na nieboszczkę matkę moją i na matuszkę Ruś naszą piękną i krwawiącą, że to nie ja.
- Nie ty. A więc kto?
- Wstyd powiedzieć, hrabio...szanowny pan!
- Ja? Co za bezczelność!
- Zwabił pan Nastusię w ustronne miejsce i...
- A gdzież to?
- Nad rzeczółką przy miesiącu. Żaden pies tamtędy by nie biegł po nocy.
- I nie utopiła się?
- Ależ skąd! Następnie wyssałeś pan z niej krew i cała pobladła, jak księżyc w upiorną noc. Bóg widzi wszystko!
- Musiałem być niezdrów i nie wiedziałem, co robię. To mi się czasem zdarza. Ale krew?...Fe! Nie pijam. To niemożliwe.
- A jednak, a jednak, hrabio, nie ma co zaprzeczać. Słyszałem na własne oczy od Praskowii wariatki. Opowiedziała mi, co w nocy widziała ze szczegółami.
- Więc?
- Rubelków mi potrzeba, ale nie w papierze, a w szczerym złocie, to przed sądem się wyprę, jak zapytają czy czegoś nie wiem.
- Ale przecież nie żyjesz!
- A kto o tym, kochaniutki, wie? Tylko my dwaj! Zresztą, gdybyś mnie własnoręcznie nie zabił, też nie uwierzyłbyś, że nie żyję. Ale, jeśli mi nie zadośćuczynisz, to i owo powiem.
- Zginiesz bydlaku!
- Za późno, przecie już nie żyję i co mi zrobisz? Córkę za mąż wydaję. Mam potrzeby.
- Przecież ona też nie żyje. Powiedziałeś, że ją udusiłem.
- I owszem! To Praskowia pod przysięgą zezna. Ale już się ktoś w niej zakochał! Dopóki nie wyrucha, nie będzie wiedział, że nie żyje. A przed ślubem nie wolno!
- Ale ja nic nie mam, wszystko przehulałem.
- Przehulałeś, powiadasz? Nie szkodzi. Poczekam.
- Ale ten twój fagas nie może czekać. Są inne panny. Znajdzie sobie inną. A Nastka już dwudziestej wiosny doczekała przed zgonem - stara panna! Kto ją potem zechce? Rozważ to, Prochor, żebyś się nie przeliczył. Ja ci dobrze życzę.
- Zgoda, nic od ciebie nie chcę, ale potrzebuję inspiracji dla mojej powieści.
- A od kiedy to lokaj romanse pisze? We łbach wam się przewróciło!
- Trzeci tydzień już nic innego nie robię, hrabio. Może za życia faktycznie nie zacząłbym pisać, ale po śmierci wszystko jest inaczej. Strasznie się nudziłem. Na Sądzie pop może okazać się diabłem, złoczyńca aniołem, a lokaj autorem. Dość mam już niewoli i twoich dobrodziejstw, które czynią ze mnie niewolnika. A teraz jestem powietrznym duchem wolnym od ziemskich trosk. Tylko brakuje mi nieco werwy i weny. A ty ją masz! Inaczej byś nas nie zabił. Siebie mi nie szkoda, jeno tego dzieciątka.
- No może, może...Słuchaj no, Prochor, dostarczę ci fabułę, ale musisz kogoś przestraszyć. Ma się rozumieć, na śmierć. Zwabię tę osóbkę na smętarz po północy, że niby to taka romantyczna przechadzka w noc parną od żądzy, a ty wtedy nagle wychyniesz z rozkopanego grobu. Chcę się jej pozbyć! Przy niej nie poznam żadnej innej dziewczyny.
- Tak przestraszyć niewinną?
- Inaczej będziesz się męczył z tą powieścią przez trzy lata i szczerze wątpię, abyś skończył. Przestraszysz ją, a potem wszystko opiszesz, a ja wtrącę francuskie słowa, żeby było elegancko jak w romansie. Nie żyjesz, to nikt cię nie będzie podejrzewał.
- A któż jest tą twoją wybranką, znaczy się, ofiarą?
- A któżby inny, żona moja, Jelizawieta, hrabina Mignon. Zanudza mnie na śmierć, a jak tylko jakaś młódka wpadnie mi w oko, podnosi raban. Teściowa to przy niej anioł!
- Ale, ona zza grobu gotowa cię potem straszyć.
- A kto tak powiedział? Nigdy nie dowie się o naszej rozmowie. To ty na nią łypałeś, liliowy negr - nie ja. Jak będzie się chciała do mnie zbliżyć, to powiem jej, że brzydzę się nekrofilią i to nie z powodów estetycznych, a głęboko moralnych, ktorych zapewne nigdy nie pojmie. Kiedym był w Berlinie wpadłem na wykład profesora Hegla. Powiada on, że kiedy zamknąć w jednym pomieszczeniu murzynów i kobiety, to w sposób nieunikniony zaczną ze sobą kopulować. Tak są jurni!
- Mój ojciec był biały.
- Zmyślasz! ...A widziałeś go kiedyś? Jesteś czarny jak smoła. I przenigdy się nie wybielisz! Możesz o tym marzyć, roić i w bezsilnej zawiści wyobrażać sobie śmierć białego człowieka, ale jesteś tylko niewolnikiem.
- To nieprawda!
- Sugerujesz, że cię oczerniam? W powieści to ty zabiłeś siebie i te panie, siebie z rozpaczy, a je tylko dlatego, że miały białe dłonie. Złapali cię i wymierzyli ci sprawiedliwość. Zawisłeś na drzewie jak przeraźliwy owoc. To było na plantacji bawełny na dzikim zachodzie. Dlatego nie żyjesz! I powiem ci jedno. Nie ma w tobie światła. Twoja dusza pogrążona jest w mroku. Materia jest czarna, ale kiedy wejdzie w nią słoneczne, boskie światło, mrok ustępuje. Ale czarnuch zawsze pozostanie czarnuchem, jak ten wasz pożal się Boże Puszkin. Idę stąd, bo coś tu śmierdzi!
- Pan wybaczy, hrabio, ale jestem dumny z mej czarności. Mój ojciec był czarny, moja matka była czarna, mój dziadek i pradziadek byli czarni, moja babcia i prababka byli czarni. Jestem czarny i moja dusza jest czarna. Jestem czarny i jestem ZŁY!
- A przed chwilą Prochor gadałeś żeś biały.
- Bo tak mi się zdało, ale teraz zrzuciłem jarzmo. Wyzywam cię...
- Nie strzelam się z czarnuchami i lokajami.
- Będziemy walczyć na pięści.
Wyszedłem zza grobu i zaoferowałem, że zostanę sekundantem, ale przysnąłem deczko i nie pamiętam, kto kogo pobił. Dopiero nazajutrz rano przeczytałem w Gazecie Sądowej: "Bójka na Cmentarzu Iwanowskim, hrabia Iwan Iljicz Graf nie żyje. Policja poszukuje sprawcy". Może gdybym nie zasnął uratowałbym człowieka...



Jeśli ktoś zajrzał wcześniej, to z pewnością zauważył, że zmieniłem tytuł. Przypomniałem sobie, że już jest moje opowiadanie o takim tytule. ☘️
OdpowiedzUsuńTak się zastanawiam skąd takie zamiłowanie do rosyjskich konotacji. Ok, ja nie lubię Dostojewskiego - żadnej jego powieści. Czechow jest dla mnie genialny, tylko zawsze kończy się tak, że można wpaść w depresję. Wojna i pokoj w postaci filmu (tego starego, radzieckiego) to mistrzostwo świata, tak samo jak doktor Ziwago. Mistrz i Małgorzata jest genialna (w teatrze Buffo świetnie to zagrali, nadal można iść, serdecznie polecam). Ale żeby tak wkółko te ruskie...
OdpowiedzUsuńCzytelnicy mojego bloga wiedza, że piszę tu opowieści:
OdpowiedzUsuńjapońskie (najwięcej)
pruskie
angielskie
francuskie
włoskie
z czasów rzymskich
a nawet indyjskie
i chińskie.
Literatura rosyjska jest wielka I łatwa do parodiowania.
No i cmentarz... Postrzegam to miejsce jako wesołe. Ilu znajomych tam się spotyka! Szczególnie na cmentarzach wiejskich. Ale zawsze też idąc ścieżkami po cmentarzu czuję, że stąpam po piasku wymieszanym z ludzkim prochem.
OdpowiedzUsuńTak sobie myślę, że dzisiaj do makabry nie potrzeba cmentarza, ludzie po śmierci gniją w domu w samotności. Człowiek jest potrzebny drugiemu człowiekowi. Choćby po to, by go pochować. Zatem zawsze będziemy winni coś bliźniemu - tę szuflę ziemi, którą na nas posypoe. Ale zesz się nawymyslalam... A dzień był piękny i owocny.
UsuńTe Twoje „rosyjskie” groteski są znakomite. Mieszanina absurdu, czarnego humoru i to zacieranie granicy między tym, co rzeczywiste, a tym, co fantastyczne.
OdpowiedzUsuń