Ostatnia rozmowa z Panią Ogawą
Na świecie naszym
najbardziej jest okrutne
lat i miesięcy
stopniowe upływanie...
(Yamanoue-no Okura,
VII/VIII wiek)
Pani Ogawa siedziała pochylona nad tomikiem dawnej poezji. Nie chciałem jej przeszkadzać, ale sama przerwała milczenie.
- To mi się podoba. Choć świat ten uważa za zły i bezlitosny, nie jest ptakiem i nie może stąd odlecieć.
- To smutne czuć się w ten sposób - powiedziałem - ale zawsze można odejść z życia. Chwila i już nie żyjesz!
- Zostaniemy stąd porwani wbrew naszej woli.
- Ale czy musimy na to czekać, nawet jeśli to już niedługo?
- Istnieją ludzie, którzy źle nam życzą, ale rzadko życzy się komuś śmierci, albo mówi, że ktoś nie zasługuje na to, aby żyć. Choć zdarza się, że ktoś tak psychicznie dręczy drugą osobę, że ta popełnia samobójstwo.
- Łatwo jest popchnąć kogoś do czegoś. Pamięta Pani "Tron we krwi" Kurosawy? Prawie jak Szekspir, tylko w psychologicznych szczegółach troszkę ciekawszy.
- Ach, Lady Asaja...Bywają takie kobiety...W pewnym wieku samobójstwo już niewiele daje. I tak wszystko się kończy.
- Akutagawa, Mishima, Dazai, byli jeszcze młodzi, ale Kawabata był już staruszkiem.
- To wybitni pisarze i wrażliwi obserwatorzy życia. Nie stali się tym kim są przez swoją śmierć.
- Nigdy bym się do nich nie porównywał, ale jak mówił Epiktet: "Drzwi są otwarte" - jeśli nazbyt przykrzy ci się widowisko sceniczne możesz je opuścić.
- Wiem, że cieniem na twoim życiu położyło się samobójstwo nauczyciela, który miał żonę potwora. Ufał jej, bo myślał, że go kocha, ale bardzo się pomylił.
- Był dyrektorem szkoły, która istniała od ponad stu lat. Miałem wtedy szesnaście lat i byłem zagubiony, a on okazał mi wiele serca. Nigdy później nie spotkałem już tak dobrego człowieka. Dlatego chyba musiał umrzeć. Utopił się w pobliskim jeziorze.
- Wiem, że były też inne okoliczności i że próbowałeś go naśladować...Jednak na upływ czasu nie ma lekarstwa. Ledwo życie się zaczyna, a już się kończy i na wszystko jest za późno. Przez większość życia żyjemy jak we mgle, a nasze istnienie przypomina sen, który niepotrzebnie nam się przyśnił, a kiedy perspektywa rozjaśnia się, film nagle się urywa. Życie nie ma zakończenia, podobnie jak nie ma początku.
- Czasem to całe szczęście. Wyobraźmy sobie starego Nerona, albo Kaligulę. Byliby straszniejsi od Tyberiusza.
- Tym współczesnym daleko do rzymskich cezarów. Ale czy warto o tym rozmawiać. Tyle niewinnej krwi spłynęło w XX wieku.
- To, co jest, w Pani poczuciu, bardziej bezlitosne - ząb czasu, czy bezsilność dobroci wobec zła (przemocy, okrucieństwa, bezduszności)?
- Być może nie ma na to pytanie jednej odpowiedzi. W moim poczuciu łatwiej pogodzić się ze starzeniem się i świadomością zbliżającego się końca, niż z okrucieństwem ludzi. Natura nie działa w sposób intencjonalny. To człowiek czegoś chce, lub nie chce. Różnie to też wygląda w perspektywie duchowej...Dla buddysty przemijanie, ale jego kresem jest nirwana, a jeszcze przed nią mądrość współczucia, która czyni z człowieka Oświeconą Istotę. Dla chrześcijanina to, co spotkało Chrystusa, który był maltretowany, wyśmiewany i lżony, kiedy cierpiał i umierał. Ale on umarł, żeby zbawić nas od grzechu, bo Bóg jest Miłością. Zdążył jeszcze, jeśli wierzyć ewangeliście, powiedzieć i to: "Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni".
- Jednak prawie nikt go nie słucha.
- Ale powiedz mi, jak go słuchać? Kto odda swój płaszcz potrzebującemu i nie będzie potem tego żałował i chciał go z niego obedrzeć? Powiedział nawet, że kiedy pożyczasz pieniądze swemu bliźniemu nie powinieneś domagać się zwrotu. Kto nadstawia drugi policzek? A kiedy pytano go, ile razy komuś wybaczyć, co odpowiedział? Gdyby narodził się teraz też by go ukrzyżowali. To zresztą przez całą ludzką historię ma miejsce. Okrucieństwo bez sensu i bez kresu, bezmyślne i tępe.
- Obawiam się, że to niebezpieczne tematy dla naszych faryzeuszy.
- Nie obawiaj się nikt nas nie słucha. A jeśli ktoś lubi rzucać kamieniem...
- Mysz domowa nas słyszy, ukryta pod podłogą...Mój pesymizm nie jest jednak tak wielki jak Twój. W końcu śmierć jest litościwa. Po ludziach nie można się najczęściej tego spodziewać.
Pani Ogawa odłożyła książkę, którą wciąż jeszcze trzymała w ręku.
- Czy to nie słowa Jezusa? "Dziś jeszcze spotkamy się w raju?" - spytała.
Wsiedliśmy w metro i pojechaliśmy do ogrodu. Była wiosna i z każdym oddechem czuło się upojenie. Pani Ogawa poruszała się żwawo, ale często przystawała i wpatrywała się gdzieś w dal.
Wciąż jeszcze pamiętam ten wieczór, kiedy odwiedzam jej grób. Ale robię to dość nieregularnie, czas mija, powoli wszystko zarasta, zaciera się i roztapia jak śnieg. Czasem zjawia się przede mną jako duch, ale wtedy mamy inne tematy do rozmowy...





Tekst może trochę toporny (nie mam cierpliwości, żeby go cyzelować). O afirmacji i pozytywnej wartości życia pisałem gdzie indziej.
OdpowiedzUsuńTu odnoszę się do nastroju kilku znanych mi osób, które o życiu myślą tak jak tamten Poeta...A to, o czym piszę, nie jest podyktowane doraźną chwilą.
Czy ja znajdę chwilę żeby przed świętami coś tu napisać... W Wielkim Tygodniu goście mogliby odpuścić...
OdpowiedzUsuńNezumi, zdawało mi się że Ty jesteś bardzo cierpliwy 🙂
Basiu,
UsuńChyba dobrze Cię rozumiem, ale to, o czym piszę, mógłbym napisać w każdej innej chwili mojego życia. I nie piszę jedynie w swoim imieniu. Mógłbym to też przedstawić w terminologii naukowej, jaką posługują się religioznawcy, filozofowie, bibliści, którzy zwracają uwagę na radykalizm oczekiwań Jezusa i na niemożliwość ich dosłownego spelnienia przez większość ludzi. W moim dialogu wypowiedzi są emocjonalne, bo tak ludzie zwykle się ze sobą porozumiewają.
Nie są to jednak złe emocje, a atmosferę ciągłej awantury znam od dzieciństwa, bo mój ojciec "pieklił się" i poniżał innych, odbierając im poczucie własnej wartości. To prawda, że miałem jej serdecznie dość. Jako dorosła osoba napisałem o takich reakcjach książkę, w której rzecz jasna nie wspominałem o Ojcu i uwolniłem się od negatywnych przeżyć z dzieciństwa. Być może nie całkiem. Pozostała mi w dziedzictwie ciężka depresja. Moja Mama się po prostu z nim rozwiodła, ale i tak zarzucano jej, że cierpi na "syndrom sztokcholmski". Na szczęście znalazła innego męża. Wdzięczny jestem mojemu Ojcu. Bez niego by mnie nie było na tym świecie. Nie czytałbym książek, nie słuchał muzyki, nie spacerowal wśród drzew, nie poznawał szlachetnych ludzi, nie przekazywał innym wiedzy, która od nich zaczerpnąłem, nie pomagał innym w strapieniu. Doceniam jego rozliczne zalety. Ale przede wszystkim przez całe życie mu współczułem, co budziło w nim dodatkową agresję. Brat zerwał z nim kontakt...Dla gniewu, nienawiści, złości, zawiści, frustracji, zawsze znajdzie się uzasadnienie i to oczywiście "moralne", jak kij, żeby uderzyć psa. Ugryzł mnie niedawno taki wściekły pies, a właścicielka uciekła...
UsuńJa jeszcze tekstu nie czytałam, bo lubię się nimi delektować, a na razie nie da rady...
UsuńCiągle czekam na przedostatnią rozmowę z panią Ogawą, a Ty piszesz jedynie ostatnie rozmowy. 😉
OdpowiedzUsuńA poważniej, życie ma wartość samo w sobie, nie tylko w szczęściu, ale i w nieszczęściu. Ja uznaję pełnię moich doświadczeń i mimo nich, a może dzięki nim, ciągle wybieram życie. Nie ignoruję problemów które mnie dotykają, ale rozwiązuję je, albo przechodzę nad nimi dalej jak nie mogę rozwiązać. W życiu jest wiele dobrego i na tym trzeba się skupić, dostrzeganie sukcesów, nawet tych drobnych, poprawia zdecydowanie samopoczucie, choć nie ma się co oszukiwać, życie społeczne w Polsce przysparza też wiele stresu i nie każdy potrafi sobie z takim życiem dobrze radzić.
To chyba ciągle ta sama ostatnia rozmowa, tylko w różnych wariantach. 😀
UsuńTrudno sie z tym nie zgodzić. Jednak między tym, co dobre, a sukcesem, istnieje czasem wielka różnica. Skupianie się na tym, co dobre, może prowadzić właśnie do braku sukcesu. Widziałem wielu takich ludzi i znam ich los. Nie był on konsekwencją ich niezdolności do afirmacji życia, czy innej jakiejś ułomności, ale ich świadomej postawy, której inni nie potrafili zrozumieć, ani zaakceptować.
UsuńSukces nie musi wypływać z dążenia do dobra, bo zło niestety najczęściej generuje sukces (rozumiany jako powiększenie dobrostanu) łatwiej i szybciej. Sztuka polega na połączeniu sukcesu z tym co dobre. Takie połączenie daje najwięcej satysfakcji.
UsuńKażdy by tak chciał 🙂
UsuńAle realia życia społecznego (naszego teraz) wybitnie temu nie sprzyjają.
Ciekawa rozmowa z Panią Ogawą, i nie ostatnia oczywiście...
OdpowiedzUsuńW Wielkim Tygodniu napisałeś o Jezusie, bardzo to chwalebne. Kto Go słucha? Na pewno nie władcy tego świata. Ci tylko unowocześniają broń i powiększają jej zasoby. Ale może chociaż garstka Go słucha. I oni upraszają o małą jeszcze zwłokę...