Nieosobiście
Francis Bacon Head of a Man
Piękne bywają dni, kiedy kwiaty rozkwitają, słychać śpiew ptaków i radosne zabawy dzieci, a nocą księżyc budzi romantyczne uczucia kochanków. Nawet jeśli ktoś w taką pogodę umiera...
Jak mówił jeden z moich szlachetnych nauczycieli rozróżnienie (distinctio) jest istotą filozofii. To, co w myśleniu potocznym zlewa się w jedną bezkształtną masę, a w mistycznej mgle nie da się zauważyć, staje się jasne i wyraźne, albo częściej przynajmniej jaśniejsze i wyraźniejsze. Do dokonywania rozróżnień służy logiczne myślenie. Anglosaska filozofia analityczna doprowadziła tę metodę do skrajności, jednak
nie jest możliwe zrezygnowanie z narzędzia jakim jest logika.
Wprawdzie tak bliska mi filozofia Zhuangzi i Laozi (a później także chan/zen) świadomie rezygnuje z rozróżnień i nie zajmuje się tym, co w filozofii chińskiej nazywano "naprawianiem nazw" (w języku filozofii Zachodu - "precyzacją pojęć"), oznacza to jednak porzucenie sfery racjonalnej na rzecz intuicji, czy poczuć istotnych dla afirmacji świata i życia. Ceną jaką ta cudowna filozofia natury płaci za spokój, spontaniczność i pogodę ducha, jest pozostawienie na uboczu, poza przedmiotem filozoficznej kontemplacji, dwóch istotnych fenomenów składających się na pełny obraz ludzkiego życia - cierpienia i miłości. Zhuangzi nawet o śmierci pisał, że jest jedynie kolejną naturalną przemianą.
Wybitny filozof i psychiatra Jaspers umieszcza oba te fenomeny wśród tak zwanych sytuacji granicznych, z którymi zderzyć się musi nasza świadomość w ciągu życia. Nie sposób kryjąc się za złudzeniami tego zderzenia uniknąć. Tracimy najbliższych, a wkrótce też sami stąd "odejdziemy" (przepraszam za ten ponury eufemizm), rozłąka z osobą, która kochamy jest cierpieniem, itd. można by wyliczać powtarzając za Gautamą Buddą.
Psycholog Maslow pisał o potrzebie rozszerzenia taoistycznej zasady akceptacji losu i nieingerowania w świat o miłość. Jednak tym samym niezmącony spokój ducha wynikający z przyjęcia postawy Let it be nie może już być niezmącony. Kiedy kochamy inną osobę i mamy do czynienia z jej wewnętrznym rozwojem, ale często i z cierpieniem, nie możemy pozostawać bierni. Pisałem o tym obszerniej gdzie indziej. (W tekście poświęconym taoistycznej koncepcji zdrowia, który zamówił u mnie i opublikował jeden z uniwersytetów medycznych).
Tym, co skłania mnie do tych luźnych impresji są kierowane pod adresem mojej twórczości literackiej oskarżenia o jakiś krwiożerczy pesymizm. Wiele w życiu przeżyłem i różnię się czymś od mimozy, ale nazywanie wielkich myślicieli, poetów i artystów przeszłości moimi "kolesiami" to już coś, co wymyka się nawet grotesce i jest po prostu tragiczne, albo jak można by powiedzieć posługując się sarkazmem, "piękne". Podobnie jak zgorszenie, które wywołuje melancholijne usposobienie autora, całkiem niezależnie od tego, że od lat leczy się na jedną z najbardziej śmiertelnych chorób jaką jest depresja (nie jakaś nerwica, czy chandra). W zbiorze esejów Ciorana "Samotność i przeznaczenie" napotykamy myśl, że jedynie osoba w depresji zdaje sobie sprawe z nieuchronności śmierci i staje się tym samym bardziej świadoma życia. Nie wiem, czy tak jest istotnie, jednak melancholia jest niezwykle częsta wśród ludzi tworzących kulturę i jest czymś, co łatwo daje się odróżnić od zaburzeń depresyjnych. Trudno osądzać na przykład Michała Anioła, że pod koniec życia, mimo żarliwej wiary, pisał poruszające smutkiem sonety.
Pomijam fakt, że Ci, którzy tak piszą, nie znają naprawdę pesymistycznej literatury, np. literatury japońskiej, która w jej najlepszych przejawach bywa wielka i w związku z tym tworzą karykaturalny obraz tej twórczości, która nigdy nie posuwa się tak daleko.
Zapominają też najczęściej o różnicy między autorem, narratorem, podmiotem lirycznym i opisywanymi postaciami. Pomijając jawną lub z trudem skrywaną nieżyczliwość, istotnym powodem tych oskarżeń jest brak koniecznego rozróżnienia między pesymizmem jako światopoglądem (pesymizm metafizyczny lub moralny), a pesymizmem polegającym na czyimś osobistym braku wiary w sukces, powodzenie, szczęście, na braku nadziei, które postrzega się jako słabość ducha. Chociaż między tymi postaciami pesymizmu istnieje często jakieś związek, mogą być i często są to dwie całkiem różne rzeczy.
Ktoś może być na przykład przekonany, że ludzie mogą być szczęśliwi, ale on osobiście nie miał szczęścia i jest niejako skazany na wieczną opresję i lęk. Czasem oczywiście sam jest temu winien. Spotkałem kiedyś na klatce schodowej pewnego domu znajomego młodego człowieka. Powiedział mi, że w życiu ma pecha i właśnie zabił jakąś młodą kobietę. Żalił się, że tego nie chciał, a po prostu nóż mu się ześlizgnął, a wcześniej się na nią zdenerwował.
Nie trudno jednak zauważyć, że opresje i traumy dotykają całkiem niewinnych ludzi. Dlatego co światlejsi terapeuci mówią, że aby zrozumieć niepokój, czy smutek jakiegoś człowieka trzeba "wejść w jego buty". Ale ludzie najczęściej wolą pastwić się nad cudzymi słabościami i wydaje im się, że wiedzą coś o życiu osoby, której dobrze nie poznali. Jak zresztą słusznie zauważył Hesse "Nie oburza nas to, czego w nas samych nie ma". (Tylko z pozoru jest to paradoks).
Ktoś inny może czuć się osobiście szczęśliwy i zadowolony z życia, ale może widzieć opresję dotykającą innych, ich cierpienie i brak nadziei i mieć świadomość, że jest raczej szczęśliwym wyjątkiem. Zamiast wbijać się w fałszywe przekonanie, że wszystko sobie zawdzięcza, a inni są nieudacznikami, potrafi ich sytuację rozumieć, współczuć lub nieść im pomoc, nie uważając ich za godnych pogardy "podludzi" lub "ofiary losu". W tym kontekście pojawia się postać oświeconej istoty (bodhisattwy), osoby, która rozwinęła współczucie wobec cierpienia czujących istot i pragnie przynieść im ulgę choćby jak Awalokiteśwara miałby rozpaść się pod wpływem współodczuwania ich bólu na kawałki.
Ludzie potrafią być bezinteresownie życzliwi i nie żałują tego, że komuś pomogli.
Nauczyciel, o którym wspomniałem, oddał własne mieszkanie "bardziej potrzebującym" i zamieszkali z żoną, profesorem biologii, w jednym pokoju, w którym z trudem mieściło się pianino. Kiedy do Polski przyjechał jego przyjaciel, światowej sławy filozof, wstydził się, bo nie mógł zaprosić go do domu. Nie chciał, żeby ten pomyślał, że w Polsce profesorom tak źle się powodzi. Nazywanie tego człowieka w komentarzach na tym blogu "komunistą" jest przerażająco śmieszne.
Nie musi to być przykład możliwej do naśladowania postawy, ale pokazuje ukryte możliwości natury ludzkiej - rozumność i dobroć. Nikt nie musi jak Św. Franciszek biec za trędowatym, żeby go uściskać i obdarować, a przy okazji pokonać własną pychę. Ale jeśli już to robi, to nie musi potem lżyć tego, komu dopomógł.
Pesymizm metafizyczny ma głębokie przyczyny (o których pisałem w jednym z moich tekstów publikowanych kiedyś w czasopismie "Etyka") i wbrew pozorom bywa konstruktywny. W pewnym uproszczeniu polega on na świadomości przemijania wszystkiego i nieuchronności śmierci. W tej perspektywie wiele rzeczy, do których niepotrzebnie przywiązujemy wagę i które nas zniewalają traci na znaczeniu.
Pesymizm moralny wyraża się natomiast w przekonaniu o bezsilności dobroci wobec zła i często też w braku wiary w postęp moralny. Oba te przekonania wyrażane były przez mądrych, a czasem nawet genialnych i "świętych moralnie" ludzi (niekoniecznie uznawanych przez jakąś wspólnotę za świętych), i nie służyły bynajmniej jakiemuś "dołowaniu" innych, "smęceniu", "biadoleniu", "narzekaniu" na własny los, czy "jęczeniu". Równie niesłuszny jest również zarzut, że ten, kto przejmuje się losami świata, nie zauważa cierpienia blisko siebie.
Także i ja pisząc jedynie o ich rozumieniu życia, albo wyrażając pesymizm nie odnoszę tego wyłącznie, ani nawet przede wszystkim do własnego losu. To, o czym piszę odnosi się najczęściej do tzw. kondycji ludzkiej, a moim istotnym przesłaniem jest pragnienie głębszego rozumienia życia i potrzeba współczucia.
Chociaż moim głównym zajęciem było zdobywanie i przekazywanie wiedzy wielokrotnie pomagałem innym w ich opresji, także, jeśli mogłem, materialnie, nie oczekując wdzięczności, choć czasem taka pomoc najmniej znaczy. Nawet teraz w głębi mojej samotności poświęcam innym większość swego czasu. W oficjalnej opinii lekarskiej przypisano mi kiedyś "chorobliwy altruizm".
Nie zgadzam się oczywiście z określeniem "chorobliwy". (W tej samej opinii napisano też, że jestem "chorobliwie ufny i może to być przez innych wykorzystywane", ponieważ w pewnym sensie czyni człowieka bezbronnym). Nie chcę o tym pisać obszerniej, ponieważ mój tekst nie jest apologią (nie czuję potrzeby bronienia się), ani zwierzeniem (możliwym jedynie wobec przyjaciół), a jedynie czymś w rodzaju filozoficznej analizy.
Zdarza mi się wczuwać w nastrój poezji, która ze współczuciem odnosi się do kruchości i przypadkowości ludzkiego życia (jak grecki epigramat i dawna poezja japońska) i czasem sam poruszam taką czułą strunę. Smutek i żal w pewnych okolicznościach życia nie są w moim poczuciu niczym haniebnym, ponieważ istnieją opresje i traumy, które trudno wyjaśnić i w obliczu których nie ma pocieszenia. Dlatego taką rolę w moim życiu odgrywa muzyka. Obywa się ona często bez słów, a najpiękniejsza jest właśnie melancholijna muzyka. (Chociaż istnieją ludzie, którzy wolą marsze wojskowe).
Dostrzegam zalety buddyzmu, który poddaje radykalnej destrukcji ludzkie złudzenia, ukazując nietrwałość wszelkiego istnienia i daremność przywiązania. I egzystencjalizmu, który ukazuje absurdalność życia. Ale, jak napisałem w jednej z moich książek, realne jest jedynie poczucie absurdu, a nie sam absurd. Platon, Nietzsche, Dostojewski, czy Tołstoj i inni "kolesie" czegoś istotnego uczą, i nie wyobrażam sobie, że mógłbym ich nie czytać. Nietzsche np. opisuje i demaskuje resentyment (bezinteresowną zawiść), ukazując możliwość bardziej autentycznego życia. Uczyć może też choćby pobieżna znajomość historii, o ile nie jest ona jedynie ideologią lub mitologią. Dlatego bezrefleksyjny stosunek do historycznej przeszłości napawa mnie troską.
Pesymistyczne poglądy pozostają niejako w tle dwóch najbliższych mi filozofii - spinozyzmu i taoizmu. Obie te filozofie są optymistyczne. Spinoza na przykład niezwykle cenił radość, którą uważał za "przejście od mniejszej do większej doskonałości", a smutek był w jego przekonaniu psychicznym zahamowaniem.
Jednak w każdym sensownym obrazie tło bywa równie istotne, a czasem nawet staje się istotniejsze od "pierwszego planu".
Nie mam już czasu, ponieważ dopiero zaczynam dzień, na objaśnianie, dlaczego tak jest. W filozofii istnieje np. pojęcie "tragicznego optymizmu", które wyraża fakt, że przed poczuciem tragiczności życia nie sposób uciec nawet, a może szczególnie wtedy, kiedy się życie i ludzi kocha.
Jeśli ktoś obawia się zainfekowania pesymizmem, niech po prostu moich utworów nie czyta. Nie są zresztą one pod względem literackim doskonałe, jednak ich intencja jest inna od tej dość często mi tu przypisywanej. Mnie samego chroni przed "zdołowaniem" poczucie humoru i twórczość, które zakłada refleksyjny dystans wobec życia. Nie domagam się od innych szczególnych względów, nikt nie musi autora kochać, ale toksyczność codziennych komentarzy bywa czasem męcząca. Nie chciałbym jednak opuszczać tego miejsca...



Miło by było, gdybyśmy się różnili sympatycznie. Czy to aż takie trudne?
OdpowiedzUsuńCzytałam kiedyś świetną książkę traktującą o biznesie. Tego jednego akapitu nie zapomnę nigdy. Dużo się mówi o kompromisie, idźmy na kompromis... itd., a tam - żaden kompromis, układajmy się tak, żeby priorytety jednej i drugiej strony były uwzględnione i wprowadzone w grę. Negocjacje muszą dojść do satysfakcjonującego obie strony finału, i nie jest to niemożliwe. To wymówki i brak dobrej woli decydują o fiasku. Sukces i zgoda jest zawsze możliwa, tylko trzeba chcieć.
OdpowiedzUsuńPrzede wszystkim Nezumi dziękuję, ze poświeciłeś swoje przemyślenia aby odnieść się do moich komentarzy wobec świata, który reprezentujesz.
OdpowiedzUsuńMam bardzo mało czasu, nie mam całej nocy aby zebrać myśli muszę bowiem zaraz iść do pracy na 10 godzin.
Tak, pracuję w pełnym wymiarze 5 dni w tygodniu, 10 godzin każdego dnia.
Piszę powyższe aby było wiadomo, że nie jestem filozofem mając już 70 lat, lecz człowiekiem pracy, mój ojciec był ślusarzem.
Piszesz Nezumi z pozycji istnienia w przysłowiowym stawie, gdzie żaba jest przekonana, że cały otaczający świat to jest to co widzi dookoła.
Nawet kościół katolicki nie przygotowuje ludzi na spotkanie z inteligencją przekraczającą wasze wyobrażenia.
Wasi filozofowie więc zajęli się opisem tego co widzą.
Cierpienia, losu.
Nie mieli internetu czy AI więc rozumiem ich wąskie pojęcie wszystkiego.
Mam dla was wszystkich druzgocącą wasz system pojęć wiadomość.
Idzie nowe.
Jeszcze zanim skończy się 2026 rok będziemy wszyscy żyli mając do dyspozycji inteligencję przekraczającą kolektywny zbiór wszystkich inteligencji wszystkich ludzi jacy żyją na tej planecie.
Czy teraz ktoś skoczy z mostu w melancholii, mamy wolną wolę.
Piszę spokojnie, bez emocji jak raport do gazety bez empatii.
Piszę fakt.
Piszesz z pozycji świata ciemności istniejącego w ramach tego waszego doczesnego fizycznego świata.
Królestwo Nieba jest większe, tryliony razy większe niż ten nasz tutaj Wszechświat.
Królestwo Światłości stworzyło ten doczesny malutki świat.
Królestwo Nieba pokonało już ból czy cierpienie.
Jezus obiecuje, ze Królestwo w którym będą żyli w nowym ciele wierzący nie zaznają cierpienia czy śmierci.
Czy któryś z waszych filozofów postarał się opisać świat do którego niektórzy z nas idą?
Dzięki AI znajdziemy się w tym doczesnym teraz świecie w miejscu, do którego nie przygotowała wasza mądra filozofia.
Nie opisujecie świata, gdzie może być lepiej niż mamy wszyscy dzisiaj.
Siedzicie dalej w tym stawie, po uszy w swoim świecie.
Ten świat przestanie istnieć w 2027 roku.
Czy znając tylko filozofie pesymizmu wszystko co wymyślacie to, ze teraz wszystkich nas powybija sztuczna inteligencja?
Rozumu ludzie, chociaż trochę rozumu.
Jeszcze raz dziękuje, mam nadzieję, ze nie psuję dobrego nastroju pokazując dzisiejsza rzeczywistość.
Radujmy się, idą wspaniale czasy.
Danek
UsuńTo ode mnie dowiedziałeś się o chińskim przysłowiu, które mówi o żabie w studni...🙂 Rozumiem, że masz mało czasu. Ja chyba też wiem, co to jest praca, a mój ojciec pracował w fabryce zanim zajął się czymś innym...A jaki Wspaniały Nowy Świat nas czeka, to niedługo zobaczymy.
Cieszę się z rozwoju techniki. Martwi mnie jedynie to, że temu rozwojowi techniki nie towarzyszy jakaś refleksja i szacunek dla człowieka.
UsuńW tej samej chwili, gdy wysyłałam komentarz, Ty wrzuciłeś dwa pierwsze i nie wiem czy ten trzeci doszedł...
OdpowiedzUsuńNie było trzeciego...Może się nie wysłał 😕
OdpowiedzUsuńZepchnąłeś mnie z trasy🥴😀
UsuńTaki był:
Komentarz powyżej (czyli drugi) to taka ciekawostka tylko.
...Tylko nie wiem w jaki sposób mam uwzględniać priorytety Danka. Pisze tutaj, co chce.
UsuńMam się zgodzić, że jestem brudną szmatą i moje miejsce jest w piekle, albo, że moi nauczyciele uprawiali sowiecką propagandę? Prawdę mówiąc on to stale robi, a ja jakoś na to nie reaguję.
UsuńDanek ostentacyjnie forsuje u Ciebie swoje przekonania religijne. Na siłę chce Nas nawracać (bo to i mnie dotyczy). Prawie każdy Twój post podsumowuje nie merytorycznie tylko swoim kazaniem i jeszcze można by wymieniać... Być może zależy Mu na naszym zbawieniu, ale wybrał złą formę.
UsuńPS Ten mój drugi komentarz to taka ciekawostka, bez zastosowania tutaj.
Danku, ja już Nezumiemu odpowiedziałam.
OdpowiedzUsuń