Złe samopoczucie profesora Tachibany
Profesor Tachibana nie czuł się tego wieczoru dobrze. Prawdę mówiąc był całkiem załamany. W domu było zimno, a za oknem leżał śnieg, który nadawał okolicy widmową poświatę. Obudził się w moherowej czapce, którą nosiła przed śmiercią jego matka, a kiedy przejrzał się w lustrze, wyglądał jak zmarły niedawno ojciec, który golił się co kilka tygodni. Twarz ojca, którą rozpoznawał teraz w lustrzanym odbiciu swej twarzy, budziła w nim współczucie. Tak chciał żyć, a umarł podczas snu. O śmierci matki w ogóle nie myślał - była z nim przez cały czas. Bardzo chciała umrzeć, ale nie tak, w korytarzu na szpitalnym łóżku.
Usiadł w fotelu i od razu przypomniał sobie o chorobie Etsuko. Jego była żona potrafiła już tylko rozmawiać z duchami zmarłych. Codziennie sączyła mu do uszu: "Czuję tylko smutek i lęk. Wszystko jest bez sensu. Ale dlaczego jest bez sensu, przecież nie tak miało być! Czuję, że jakaś siła niszczy moje życie. Jesteś dla mnie całym światem. Nie mam nikogo". Śmierć kochanka była dla niej traumą, przypomniała sobie o jego istnieniu i uchwyciła się go jakby był jedyną nitką łączącą ją jeszcze z życiem, nitką, której nie można zerwać.
Na chwilę udało mu się odsunąć te myśli, wypił nawet zieloną herbatę, ale pod jego przymkniętymi powiekami zjawiła się Mitsuko. Pochylała się z wdziękiem nad jakąś grządką w ogrodzie, a nawet uklękła, żeby sfotografować złotą chryzantemę. Był początek jesieni i ogród wyglądał wyjątkowo pięknie. To był ich ostatni spacer. Szli jeszcze przez jakiś czas w wieczornej mgle nie odzywając się do siebie. Po jej odejściu kilka razy próbował się zabić, ale wciąż miał nadzieję, że ją spotka. Teraz jednak nie myślał o unicestwieniu. Nie potrafił nawet płakać.
Potem nagle zasnął. Była już czwarta rano kiedy ktoś zapukał do drzwi. Nie dobijał się. Delikatnie, jakby zjawił się w dobrych zamiarach, ale nie chciał zakłócać jego spokoju. Ale Tachibana pomyślał, że to śmierć. Od dawna był chory, więc nie wiedział dlaczego tak się z nim cacka i skrada. Zamarł i prawie przestał oddychać, jednak po pewnym czasie niepokój znikł, a stukanie nie powtórzyło się.
Ranek był mroźny. Wyszedł z domu i całą uwagę koncentrował na tym, żeby nie przewrócić się na pokrytym lodem chodniku, jak doświadczony lis idący po kruchej tafli. Kiedy wychodził ze sklepu usłyszał za sobą głos. Odwrócił się i popatrzył ze smutkiem na młodą kobietę, która ukłoniła się i powiedziała:
- Pewnie pan profesor mnie nie pamięta. Dziesięć lat temu podczas wykładu powiedział Pan coś, co szczególnie mnie poruszyło.
Uśmiechnął się. Od niedawna zaczął uśmiechać się do napotkanych ludzi.
- Wydawało mi się, że mówię wyłącznie takie rzeczy.
- Może wejdźmy do kawiarni...
- To aż tak ze mną źle?
- Wygląda pan, jakby zobaczył pan ducha.
- Patrzyłem w lustro.
- To niesamowite! Myślałam dzisiaj o panu, a nawet złożyłam panu wizytę. Byłam przekonana, że pan nie śpi, bo ukradłam panu sen. Podczas wykładów wydawało mi się, że patrzy pan na mnie, jednak ponieważ rzadko się odzywałam, pewnie nie zwrócił pan na mnie uwagi. Byłam dla pana tylko szarą myszką...
- Zmieniłem się trochę, prawda?
- Chcę panu pomóc "odejść stąd", jak powiada Platon. To tylko taka mała przysługa w dowód wdzięczności. Kiedy chciałam ze sobą skończyć Pańskie słowa uratowały mnie, a teraz chciałabym spełnić pana największe pragnienie. Zrobię dla Pana wszystko. I proszę nie myśleć, że to tylko słowa.
- Czy mam to rozumieć dosłownie?
- Tylko dosłownie! Zakochałam się w panu takim, jakim pan wtedy był. Ale dopiero teraz mnie pan potrzebuje.
- Przecież nie wie pani, czym może okazać się takie spełnienie. Dusza zmienia się nieustannie i pragnienia nigdy nie są takie same. Krates powiedział, że nawet raz nie można wejść do tej samej rzeki. Trzeba przez cały czas obserwować siebie, rozmawiać ze sobą i poznawać, bo nic nie jest takie jak było, ani my sami nie jesteśmy tacy sami. Nie chcę też powtarzać za innymi, że niektóre przedmioty pragnień są złe, albo, że czasem samo dążenie do ich spełnienia okazuje się złe. Poza tym, każde spełnienie rodzi nowe pragnienie, przesyt, nudę i cierpienie.
- Najwyżej spłonie pan jak ćma w płomieniu świecy. A ja od dawna niczego się nie lękam. Jestem nieustraszona! To pan powiedział, że życie jest jak przyczajony tygrys. Wiem, że to był tylko cytat, ale czułam, że wiele pan przeżył, ale nie potrafi pan, albo nie chce, o tym mówić. Czuje pan jego obecność. Teraz pana pragnienie jest także moim...Tęskniłam za panem przez te wszystkie lata. Wejdźmy na klatkę, rozepnę panu rozporek.
- Ale ma pani wyobrażenie o szczęściu faceta. Chyba ogląda pani dużo filmów.
- Tylko studyjne...Proszę się nie krępować. Nie jestem feministką.
- Ale ja nie mam ż a d n y c h istotnych pragnień, których spełnienie by mnie jakoś dotyczyło.
- Ale ten poeta napisał "Bodaj bym umarł, gdy mnie te rzeczy cieszyć przestaną..." To Mimnermos, prawda?
- Lubię go, ale na życie patrzę inaczej.
- Ale nie jest pan chyba platonikiem...Jak to było? Modli się do niej oczami, a nie okrakiem na nią pcha...I nigdy nie żałuje tego, co dla niej poświęcił.
- Jakoś tak chyba pisał o tym, kto kocha, boski Platon.
- Jeśli wolałby pan umrzeć, to w prawej kieszeni płaszcza mam nóż. Mogę go panu wbić prosto w serce. Przetestowałam na indyku. W życiu najważniejsze są dwie rzeczy - miłość i śmierć, albo tylko jedna - miłość silniejsza niż śmierć.
- Jest jeszcze kilka innych.
- Mam panu tyle do opowiedzenia, ale chyba nie będziemy tutaj rozmawiali.
Nie chciał iść do kawiarni. Zaproponował spacer.
- Do parku pójdziemy w nocy. Wiem, że uwielbia pan widok dzikich kaczek przy oczku wodnym. Chciałabym to zobaczyć. To znaczy, chciałabym zobaczyć profesora Tachibanę w euforii! Wiem, że nie każdą może spotkać takie wyróżnienie, ale byłam dobrą uczennicą. Siądziemy na lodowatej ławce we mgle i poczuje się pan komfortowo słysząc chichot kuny.
- Czyta pani w moich myślach, ale możemy tam pójść wcześniej. Przed piątą jest już całkiem ciemno. Poza tym, jestem samotnikiem. Nie wiem, czy mgła dostatecznie mnie przeniknie, a pani będzie trzęsła się z zimna i narzekała na ciemność i wtedy okaże się, kto naprawdę jest melancholikiem.
- To mnie pan przytuli!
- A nie boi się pani, że mogę panią zamordować? Może potrafię wzbudzić zaufanie ofiary.
- A może to ja tam pana zwabię?
- "Była studentka, zamordowała szanowanego profesora. Dlaczego to pani zrobiła? Nie mam pojęcia! Było tak ciemno i zimno. Musiałam się trochę rozgrzać. Zrobiłam to, bo to było absurdalne. Na tym polega egzystencja".
- Ale, gdzie premedytacja? Bez tego nie ma mowy o porządnym wyroku. Obrońca będzie wywodził, że to było w afekcie, z zazdrości o zdolniejsze koleżanki, albo o pana byłe sympatie. Jestem chyba dość atrakcyjna. Mój widok ich poruszy. A kobiety zawsze trzymają stronę kobiet.
- Ale mógłbym panią po śmierci straszyć. "Studentka dostała zawału serca na widok profesora, którego podstępnie pozbawiła życia. W karetce przyznała się do tego czynu. Nie przypuszczała, że ją odratują. Powiedziała, że dawno już wszystko zaplanowała. Policja czeka na jej dalsze zeznania".
- Podobno w Europie jest taki przesąd, że podczas zawału trzeba sobie zakryć usta widelcem, a wtedy dusza nie wyleci.
- Dobry jest też podobno kieliszeczek alkoholu.
- "Kiedy jesteś martwy nie prowadź nigdy samochodu" - Tom Waits.
- Słucha pani Waitsa? Im starszy, tym lepszy, jak dobre wino.
- Ale sentymentalny - "Pamiętaj, że mnie kiedyś kochałaś".
- Ale to kiedy stanie nad jego grobem. Mimo wszystko, potrafi być stary.
- Jednak pański sąsiad go nie cierpi. Potrafi wyć po nocy naśladując jego przepity głos...Ja nie znoszę miauczących kotów.
- Dlatego ostatnio słucham Cave' a.
- Chyba ktoś do pana dzwoni?
- Proszę się nie przejmować, to moja była żona. Dzwoni dopiero trzydziesty trzeci raz.
- Zjawiła się jak zjawa, bezsilna i niezdolna do życia. Jednak to bardzo poczciwe z pana strony, że nie wyłączył pan telefonu. Powinien pan być bardziej okrutny. Nie może pan się ugiąć, bo jej pan nie pomoże.
- Tak pani myśli?
- Niepotrzebnie się pan nią tak przejmuje. Powinna się pana trochę bać.
- Ale pani się nie boi?
- Ja?...Niczego się nie boję. Zawdzięczam to panu...A jednak pan nie pamięta! Zabił mnie pan, chyba przez pomyłkę, ale od tego czasu nie boję się niczego. Ale nie chcę, żeby pan popadł w melancholię, więc tak tylko mówię. Trzeba kochać to, co nam się przydarza.
- A jak ma pani na imię, bo chyba nie zapisałem w notesie. Prowadzę dziennik, w którym wszystko dokładnie, ze szczegółami, opisuję. To taki akademicki nawyk - co ofiara robiła podczas wykładu nim zanudziła się na śmierć, jakiego rodzaju przeżywała samoudręczenie. Jak słusznie pani zauważyła, nie przypominam sobie pani. Może widziałem kogoś podobnego. W końcu wszyscy są jakoś podobni.
- A nie ma pan przypadkiem moich kolczyków z perłą i przy okazji kawałka mojego ucha?
- A gałek ocznych? Nie widzę pani oczu...Możliwe, że mam. Muszę sprawdzić.
Rozmowa ta wprawiła Tachibanę w doskonały nastrój, a studentka umówiła się z nim na spacer następnego dnia. Jednak nie wrócił do domu. Jego ciało znaleziono rano w parku, w pobliżu oczka wodnego. Odnaleziono też jego dziennik, w którym pisał, że obawia się o własne życie. Jego wpisy stawały się z tygodnia na tydzień coraz bardziej niepokojące i mroczne. Być może Tachibana tak bardzo obawiał się o swe życie, że postanowił je sobie odebrać. Była to zresztą dobrze znana mu idea. Po śmierci nie ma już bowiem żadnego smutku, ani lęku. Tylko świetlisty mrok Platona...
Śledztwo po jakimś czasie zamorzono z braku dowodów.
To nie autor, a Blogger powiększył litery w tekście. Uznałem to jednak za całkiem dobry żart.



Moja krótka opowieść, czy może raczej dialog, łączy elementy poważne z parodystycznymi. Jedno do drugiego nie przystaje. Ale tak właśnie ma być.
OdpowiedzUsuńSkoro tak ma być, to widać być musi...
UsuńNa razie zerknęłam tylko w Twój komentarz 🙃