Znikający róż i trochę uciesznych wspominków
Taki wiersz Poety znalazłem przypadkiem
w przekładzie Sandauera, nie Lama. Zwabił mnie
tu początek jednego z Sonetów do Orfeusza
(cz. II, XXVI):
Jakże krzyk ptasi w serce się wpija...
Nie tak dawno czytałem jego młodzieńcze listy
do Lou Salome i myślałem o tym, jaką wagę miała
dla niego samotność...I o Tołstoja obsesji śmierci,
po spotkaniu z nim. Tołstoj miał też inną poważną
obsesję, o której młody Poeta milczy - poczucie
winy wobec kobiet tak silne, że dręczyło go przez
całe życie aż do chwili, gdy zaczął pisać swój dziennik
poufny (nie chcąc, aby wpadł w ręce małżonki).
HORTENSJE
Różowość tę wymyślił dla nich - któż?
Kto czuł w zalążkach jej zapowiedź?
Jak złoty przedmiot co zaczyna płowieć
łagodnie blednie jej zużyty róż.
Różowość ta, iż nic nie biorą za nią,
może w powietrzu nadal trwa jak uśmiech?
Gdzie jest ten, co ją czule przyjmie, anioł,
gdy się ulatnia jak woń wielkodusznie?
A może ją oddają, aby nie
musiała doznać, co przekwitać znaczy?
Lecz pod różowym w świat zielone patrzy,
co słucha, więdnie i już wszystko wie.
I tak się miłość spotyka ze śmiercią, a
życie przestaje wyglądać różowo. Rilkego
czytałem we wczesnej młodości...A teraz
wracam do niego, po części dzięki przypadkowi.
Zaginął mi spory tom jego przekładów w czarnej
obwolucie, ale na wyprzedaży w Instytucie Filozofii
UW kilka lat temu kupiłem za ostatnie dziesięć
złotych niewielki tomik Rainer Maria Rilke. Poezje
w przekładach Artura Sandauera."
Lou Andreas-Salome też ostatnio czytałem,
ale jej dziełka psychoanalityczne niewiele dla mnie
znaczą, choć doceniam oddanie sprawie.
Nie wiem, czy chciałbym, jak Poeta, tak świadomie
przeżywać swoje umieranie. Nie chciał nawet łagodzić
bólu wynikającego z choroby nowotworowej - wolał
przeżyć wszystko do końca.
Znam sporo ludzi, którzy posiłkują się poezją,
literaturą, filozofią i mistycyzmem, są często piękni
i młodzi, i w jakiś sposób szczęśliwi. Czują się
wewnętrznie wolni, ale wolność ta niewiele ich
chyba kosztuje. Mówią wieloma językami.
Mogą nazwać swojego synka Orfeuszem...
Jednak najczęściej przenicowali wszystkie izmy
i zdają się na kulturową grę pojęć. Nie wiadomo, co
sami naprawdę przeżyli - wzrastają w abstrakcji,
obok życia. Nie potrafią zdobyć się na realną
samotność, ani na poddanie się próbie i
kontemplacyjne, odbiorcze przeżywanie tego, co
rejestruje ich świadomość. Żyją pielęgnując swą
szlachetność jak pięknoduchy, ale żyją życiem
takim samym jak inni, akceptując jego
zdroworozsądkowe, pragmatyczne, środowiskowe,
"mieszczańskie" reguły. Aż chciałoby się powiedzieć,
że dzięki temu nie zginą. Ale daruję sobie tę
uszczypliwość.
Moje filozoficzne studia też takie były, ale
musiałem dodatkowo przejść przez katorgę
dwuletniej pedagogiki, ekonomii politycznej
socjalizmu, historii ruchu robotniczego, lektorat
języka rosyjskiego z tekstami w rodzaju "Klasy,
walka klasowa i społeczeństwo", a materializm
historyczny zaznajamiał mnie z historią myśli
marksistowskiej w sposób nie gorszy niż
"podziemne" wydanie "Głównych nurtów
marksizmu" Kołakowskiego. Oczywiście już
wtedy istniał wśród wykładowców kult Husserla
i Heideggera, hermeneutyki i analizy logicznej,
a moi nauczyciele Klemens Szaniawski (miał być
premierem po zmianie ustrojowej, ale zmarł na
raka) i Marian Przełęcki, wywodzili się z tradycji
szkoły Lwowsko-Warszawskiej. Poza tym dość
gruntownie zaznajamiano nas z historią filozofii
od starożytności do czasów nowożytnych (działał
wtedy jako nauczyciel m.in. profesor Marek J.
Siemek) To było 80% całego nauczania.
Z lektoratami było gorzej. Łaciny uczyłem się
w liceum, a na studiach miałem tylko lektorat z
języka francuskiego, po tym jak zostałem
usunięty z lektoratu angielskiego. (Nie chcę już
opowiadać tej historii). Nauczycielami francuskiego
byli magister Wesoły i Hahulski (autentyczne
nazwiska) - ludzie niezwykle dowcipni. Wesoły
często powtarzał, że "angielski to język tawerny,
z epoki kamienia łupanego, którym posługują się
prostytutki i Górale z Zakopanego." Uczono nas
źle. Pamiętam, jak musiałem uczyć się na pamięć
nazw gatunków serów i części mięsa wołowego,
a także konstrukcji gramatycznych, którymi w
potocznym języku nikt się nie posługuje. W dodatku
w trakcie zajęć okazało się, że studenci ukrywają
przed magistrem fakt, że już wcześniej się tego
języka uczyli (wszyscy z wyjątkiem mnie) i grupa
została zmieniona z grupy dla początkujących na
grupę dla zaawansowanych. Mama i żona bardzo
przeżywały mój egzamin.
Nic dziwnego, że wykład z filozofii francuskiej
na romanistyce wygłaszałem po polsku. I tak miał
dobry odbiór, może dlatego, że bardziej
koncentrowałem się na istocie rzeczy, niż na
niuansach językowych (co oni mieli w codziennym
menu). Jeszcze jakieś trzy lata temu w necie
odnalazła mnie dziewczyna, którą podobno
zainspirowałem. Mieszka od dość dawna we Francji.
Ale nie chcę usprawiedliwiać swego nieuctwa. :-D
Chcę jedynie zauważyć, że taki program studiów
wymagał sporego samozaparcia (połowa z 40
studentów przyjętych wraz ze mną z 250 zdających,
nie zdołała ich ukończyć). Ja "błyszczałem" na
zajęciach z psychologii. Doktor na każdych robił
krótki sprawdzian i oceniał w kategoriach:
Wiedza + inteligencja;
Wiedza;
Brak wiedzy.
Jako jedyny zawsze byłem w tej pierwszej
grupie. Niemniej z zajęć otrzymałem jedynie
ocenę dostateczną, ponieważ opuściłem więcej niż
dwa, wracając nad ranem od mej przyszłej żony
pociągiem z Lublina, gdzie spałem na dworcu.
Niestety nie tylko w zimie pociągi spóźniały się
i zdarzało się i mnie nie zdążyć na czas.
Oceniający nie dotrzymał wcześniejszej umowy,
że niewielkie przekroczenie tej liczby nieobecności
nie będzie miało wpływu na ocenę i z surową miną
zakomunikował mi: "Ma pan szczęście, gdyby nie to,
że był pan najlepszy w grupie, nie zaliczyłbym panu
zajęć."
Nagle, jak po pstryknięciu, zniknął PRL i
przedmioty ideologiczne (na szczęście też i
pedagogika). Ale hart ducha pozostał! Co więcej
w jakimś roku wyznaczono mnie na najcięższy
odcinek - prowadzenie zajęć na Wydziale
Resocjalizacji. "Wymiękali" tam wszyscy wykładowcy
z Instytutu i panowała opinia, że studiują ją
niemal wyłącznie psychopaci. Zajęcia były
rzeczywiście nieco szokujące, ale poradziłem sobie
do tego stopnia, że pewien student, chcąc się
wykazać gorliwością, przyniósł na egzamin ogromny
stos książek filozoficznych i położył je na biurku,
wyznając, że niewiele zdążył przeczytać, ale wie
przynajmniej, że powinien. Było tego z dziesięć
kilo a może więcej. I okazało się nawet, że nie mówi
bez sensu. To skromna nagroda za mą cierpliwość
i delikatność - wszak uprzedzano mnie!
Po ukończeniu studiów rozpocząłem własne,
prywatne studia nad filozofią Wschodu i do dziś
pamiętam rozmowę z sekretarką Dziekana: "Był
tu taki jeden, co się interesował filozofią Wschodu,
ale już tu nie pracuje!" Tak trafiłem z zajęciami
do Instytutu Orientalistycznego i miałem wykład
w największej jego sali przed wykładem o historii
buddyzmu. (Ale o tym już kiedyś wspominałem).
Pewien doktor niestety habilitowany z mojego
zakładu, stary PZPR-owiec, po mym referacie na
temat taoizmu zagaił: "Żyjemy, jak wszyscy wiemy,
w kulturze chrześcijańskiej. Przepraszam za me
pytanie: Czy pan jest żółty?" Na szczęście starsza
koleżanka, również habilitowana, zauważyła, że
"myślę Levinasem", a ja zdążyłem się ugryźć w język
i nie powiedziałem, że od myślenia mam inny organ.
Tego rodzaju banalne trudności dobrze wpływają
na charakter człowieka ucząc go chodzić po ziemi
i zaznajamiając z ceną, jaką trzeba płacić za
własne zainteresowania i życiowe pasje. Jest to
piękna lekcja społecznego nieprzystosowania.
A teraz jaki problem z filozofią Wschodu? W
Krakowie i gdzie indziej uczą jej i nikogo to nie
dziwi...


Przez dwa dni nie pisałem z powodu kłopotów ze zdrowiem...Pozdrawiam obecnych i nieobecnych.
OdpowiedzUsuńLektorka języka rosyjskiego nazywała się Lea Bogomolna. Kazała nam się uczyć na pamięć wiersza Majakowskiego porównującego Lenina do Sfinksa...Rozczuliłem ją jednak, kiedy okazało się, przy okazji innego tekstu, że wiedziałem, że liaguszka to po rosyjsku żabka.
OdpowiedzUsuń...Warto przypomnieć te czasy teraz. Ale dzięki lektoratowi mogłem czytać Idiotę po rosyjsku.
Dostojewskiego oczywiście 🙂
OdpowiedzUsuńWolności nie otrzymuje się za darmo. A całe pokolenie otrzymało ją gratis. (Nie wnikam
OdpowiedzUsuńw to, czy jest ona realna).
Bogomolna uczyla jez rosyjskiego takze mojego brata, mial ciezko.
UsuńFajnie, ze juz lepiej sie czujesz.
Trochę lepiej, dziękuję. Mam nadzieję, że jakoś dojdę do siebie.
UsuńKiedyś filozofię uprawiano poza uniwersytetami, ale to od kilku wieków uległo zmianie. Praktycznie nikt nie robi tego poza uniwersytetem z wyjątkiem nielicznych samotników, do których również i ja należę. Nigdy nie chciałem robić naukowej kariery i przez środowisko byłem w związku z tym traktowany jak obce ciało. Zależało mi jedynie na poszerzaniu mojej wiedzy i przekazywaniu jej innym. Wywiązywałem się jednak z koniecznych obowiązków. Ale ta moja niewesoła sytuacja nie miała zasadniczego wpływu na moją twórczość i przekazywanie wiedzy studentom. Po utrąceniu mojej habilitacji żyłem w biedzie, prawie bez środków do życia, ale nie miało to wpływu na mój sposób myślenia i odczuwania świata i życia. Moje wykłady były cenione przez studentów i myślę, że także i w ten sposób udało mi się obronić moją wewnętrzną niezależność...Aby żyć tak jak Ty, musiałbym nauczyć się jakiegoś rzemiosła jak niegdyś Spinoza i zapewnić sobie środki utrzymania niezwiązane z filozofią...
OdpowiedzUsuńTwórcą chyba byłem skoro napisałem 10 tys. tekstów...😀Miałem taki pomysł i możliwość, ale wtedy nikt nie mógł przewidzieć jak zostanę potraktowany przez środowisko, w którym byłem. Byli w nim jeszcze ludzie zlachetni i bezinteresowni. Potem doszło do władzy pokolenie wychowanych w PRL- u.
OdpowiedzUsuńLudzie szkachetni
OdpowiedzUsuńSkrzydła chyba rozwinąłem jednak najbardziej robiąc to, czym się zajmowałem.
OdpowiedzUsuńAle nie zarabiałem na tym...
OdpowiedzUsuńNo tak. To nie każdy umie...Mam znajomego, który potrafi wszystko sprzedać. I jeszcze wmówić klientowi, że on o tym marzył. Sprzedaje bardzo drogo.
OdpowiedzUsuńAlma
UsuńChciałabym też zapytać Danka czy wolałby robić coś, co przynosi duże pieniądze ale czego nie lubi czy raczej wolałby robić coś za mniejsze pieniądze ale coś co lubi.
Alma
OdpowiedzUsuńCzy nigdy (teraz też) nie żałowałes, że nie spróbowałem robić czegoś innego (w zakresie jednak swoich zainteresowań)? Np. pisania artykułów o muzyce, chodzić na koncerty, sporządzać ich recenzje, prowadzić gdzieś rubrykę na temat taoizmu i współczucia we współczesnym świecie? Propagowania ducha literatury (dajmy na to Tolstoja) wśród młodzieży? Czy nie chciałeś nigdy wejść w jakieś nowe towarzystwo, poznawac ludzi?
Nie miałbym na to czasu. To nie są moje najważniejsze zainteresowania.
UsuńKontakt z młodymi ludźmi miałem jak mało kto...Poza tym na tym nie zarabia się pieniędzy. Recenzje muzyczne mógłbym pisać gratis, czyli dokładnie tak samo jak wszystko to, co piszę. Co to za idea, że człowiek po to, żeby zaistnieć ma robić to, czego nie robi, jakby to, co robi nie miało wartości? Owszem rynek tak ludzi często prostytuuje.
Wejść w towarzystwo nie jest tak łatwo 🙂
UsuńPiszę ciekawe teksty o muzyce, ale nikt ich tu nie czyta.
UsuńTo jest paradoks. Tu na Bloggerze mam niewielu czytelników a moja strona, na której piszę raz na pół roku, ma kilkanaście nowych polubień dziennie, mimo że jej nie reklamuję.
UsuńPropagowanie taoizmu nie na sensu🙂
UsuńOczywiście wymieniłaś rzeczy dla mnie ważne. Ale ich popularyzacja nie jest dla mnie tak samo ważna. Do ich poznawania konieczny jest indywidualny wysiłek. Nikt tego nikomu nie poda na tacy.
UsuńAlma
UsuńW porządku 🙂 Ja nie krytykuję tylko się pytam 🙂 To prawda, że trudno wejść w towarzystwo, z którym można się zakolegowac lub zaprzyjaźnić. Przyjaźń jest deficytowym towarem. Wkurzają mnie te nagonki, że trzeba kreować swoją karierę, trzeba okazać się światu, żeby cię dostrzegli. Kierować swoim życiem aby być szczęśliwym.
Alma
UsuńNiedawno widziałam książkę w Empiku "Taoizmu w życiu codziennym" czy jakoś tak 🙂
No tak...Na Zachodzie taoizm jest od dawna popularny.🙂 Ale są też niezbyt ciekawe jego interpretacje, np. Tao biznesu.
UsuńAlma
UsuńNezumi, a w jaki sposób powinno się żyć, żeby to życie było najwartosciowsze - według Ciebie? Nie zamierzam polemizować z Twoją opinią na ten temat. Po prostu, jeżeli zechcesz, to ją wyrazisz.
Almo
UsuńNie ma chyba na to jednej odpowiedzi. Ludzie są różni, mają różne potrzeby, zdolności i predyspozycje, doświadczenie życiowe. Sporo też zależy od tego, kogo spotykają na swej drodze i od różnych kulturowych mód. Mogę więc mówić tylko o tym, jak ja to sobie wyobrażam...Ale to już w następnym komentarzu, bo boję się, że ten poleci w kosmos.
Alma
UsuńTak, wiem o tym. Chodziło mi właśnie o Ciebie - co według Ciebie jest najistotniejsze
Inni mogą, jak najbardziej, mieć inne spojrzenie na tę sprawę.
Dla mnie samego najważniejsza jest kontemplacja i świadome przeżywanie życia, racjonalny stosunek do wiedzy i współczująca postawa wobec tego, co spotyka innych. To są oczywiście bardzo ogólne postulaty. Pozostaje kwestia proporcji między kontemplacją a działaniem, życiem praktycznym z dala od natury, wchodzenie w różne role przy zachowaniu dystansu do nich i otwartość na doświadczenie innych. Na pewno trzeba chcieć się rozwijać i pokonywać własny lęk wymykając się rutynie, kształtować jakoś własny charakter. Ale skłaniając się ku pewnemu minimalizmowi w duchu Kotarbińskiego mógłbym powiedzieć za nim, że ważne jest, żeby lubić coś robić i kogoś kochać.
UsuńI oczywiście starać się nikogo nie krzywdzić ani nie uszczęśliwiać na siłę.
Alma
Usuń"Trzeba chcieć się rozwijać i pokonywać własny lęk wymykając się rutynie, kształtować jakoś własny charakter. "
To jest odważne. Jeżeli naprawdę tak uważasz, to jesteś bardzo odważny.
Właśnie zamierzam coś takiego odważnego zrobić, a Twoje słowa utwierdzily mnie w tym zamiarze, chociaż nie mam wcale pewności, że zrobię dobrze 🙂
Świadome przeżywanie życia zakłada rozumienie tego, że jest ono nietrwałe, zmienne, że nie na wszystko w otaczającym świecie mamy wpływ, że nasze przeżycia i doznania są często subiektywne a wiedzą ograniczona, że ludzie zwykle muszą postępować tak jak postępują i że nasze istnienie jest kruche, kończy się śmiercią, a obok radości jest w nim cierpienie, niepokój i ból. Nie ma też w nim zjawisk izolowanych, ale wszystko jest ze sobą powiązane...Oprócz tego ważne są oczywiście konkretne sposoby radzenia sobie z problemami. Trzeba wiedzieć jak. Bez tego nie ma początku żadnego działania.
UsuńTrzeba starać się być wolnym, bo "bez wolności przykro żyć." Ale egoizm nie daje autentycznej wolności...I oczywiście nikt nie jest wolny w takim stopniu, jak mu się na ogół wydaje.
UsuńŻeby kształtować własny charakter trzeba poznawać samego siebie w różnych sytuacjach życia. Nie można mówić sobie Nie mogłem czegoś takiego zrobić, skoro to zrobiłem, albo czegoś zaniechałem...
UsuńTrzeba też chcieć widzieć jak to, co robimy, wpływa na innych, szczególnie na najbliższe nam osoby.
UsuńI na nas samych...
UsuńAlmo
UsuńTak uważam, co nie znaczy, że zawsze udaje mi się pokonać lęk...
Alma
UsuńDziękuję Nezumi.
Świadome przeżywanie życia gdy korzysta sie z wiedzy w XXI wieku pozwala żyć bez zadnego lęku wymędrkowanego przez tzw logików jako losu, ktory kieruje zyciem.
OdpowiedzUsuńTylko wtedy, gdy oddajemy wszelkie lęki czy troski Bogu Ojcu, tylko wtedy On prowadzi sprawy za nas.
Jest sie wolnym od wszelkiej troski, jest sie prawdziwie wolnym gdy jest sie wypełnionym Bogiem.
Świadome przeżywanie życia to jest codzienna radość z zycia.
Jest sie świadomym kim sie jest
Jest sie świadomym kto jest moim Ojcem.
Jest sie świadomym prawa jakie sie ma z racji gdy Ojcem jest Stworzyciel wszystkiego.
Gdyby w domu syn zapytal by sie czy moze sobie coś wziąść z lodowki ja sporzalbym na niego jakby nie wiedzial, ze nie ma co sie pytac, jest u siebie w domu, ma do wszystkiego prawo.
Podobnie moj Ojciec jest szczesliwy, gdy ze świadomoscia kim jestem oraz czyim jestem, korzystam w tego prawa.
Logika zrujnowala zycie czlowiekowi.
Logika powiada to co tutaj zapowiada z wysokosci Katedry Nezumi:
"Świadome przeżywanie życia zakłada rozumienie tego, że jest ono nietrwałe, zmienne, że nie na wszystko w otaczającym świecie mamy wpływ, że nasze przeżycia i doznania są często subiektywne a wiedzą ograniczona, że ludzie zwykle muszą postępować tak jak postępują i że nasze istnienie jest kruche, kończy się śmiercią, a obok radości jest w nim cierpienie, niepokój i ból"
Kazde Twoje slowo powyzej Nezumi jest zaprzeczeniem Prawdy.
Zycie nie jest kruche.
Świadome przeżywanie życia to swiadomosc, ze zycie jest trwale, nic nam nie grozi chocby 1,000 padało po mojej lewicy a 10,000 po mojej prawicy.
Nawet nasze życie nie kończy się śmiercią - żyjemy wiecznie.
Co logika potrafila zrobic z kogos, kto czuje sie Mystikiem - prawdziwy Mystik tego nie zrozumie.
Danek
UsuńRozumiem, że jest to radość z tego, że mamy w niebie Tatusia. :-)
Alma
UsuńNie znajduję pomiędzy Nezumi a Dankiem wielkiej różnicy w sposobie przeżywania życia. Obaj ze zrozumieniem przyjmujecie to, co w życiu się zdarza. Nezumi przyjmuje wobec tego postawę optymistycznego pesymisty, a Danek stara się być stale optymistą. Obaj jednak godzicie się na to (dobre i zle) co przydarza się Wam w życiu. Może tylko postawa optymisty Danka, może pewne jego cechy charakteru albo miejsce, gdzie bytuje sprawiają, że materialnie żyje Mu się wygodniej.
Piotrze, w moim przypadku na cmentarzach spoczywaja niezliczone moje fizyczne ciała w ktore inkarnowała sie moja nieśmiertelna dusza na przestrzeni 1,700 lat, odkad istnieję jako dusza.
UsuńJa zyje wiecznie.
Mnie nie mozna zabić, nie ma takiej możliwości :)
Danek
UsuńNo way :-D
Xactly Nezumi, there is no way that my soul could die,
UsuńI already have a promise for an eternal life
Alma -
OdpowiedzUsuńja myśle, ze jednak jest gigantyczna różnica pomiedzy świadomym przeżywaniem życia przez mnie a Nezumiego.
Różnica tak ogromna jak Night and Day.
Nezumi, gdy ma klopoty ze zdrowiem, czy w pracy czy finansowe -
Nezumi jeszcze bardziej wyolbrzymia te problemy.
Ja - wyolbrzymiam mojego Boga.
To z czym sie kiedykolwiek zmagam blaknie w obliczu potęgi mojego Ojca.
Jest gigantyczna, ale powstrzymam się od komentarza. To miłe, że Alma tak napisała. :-)
UsuńZgadza sie Alma napisala to w bardzo mily sposob, jednak minęła sie z prawdą calkowicie :)
UsuńDanek
UsuńTo Ty się minąłeś. Niczego nie wyolbrzymiam. Tobie po prostu stamtąd wszystko wydaje się małe 😀
Alma
UsuńO masz! :-D
Zaznaczam, że to było moje zdanie, a każdy przecież może mieć swoje własne, odmienne od zdania innych osób :-D Co za cietrzewie...;-))
Raczej cieczwierz. Trudno czasem nie reagować...
UsuńAlma - powiadasz za Nezumim "Trzeba chcieć się rozwijać i pokonywać własny lęk wymykając się rutynie"
OdpowiedzUsuńGdy wiesz, ze nie tylko Twoj Ojciec w Niebie ale cale Niebo dopinguje Ciebie w Twojej realizacji marzeń -
wyobraz sobie boisko na swoim terenie, dopingowane przez swoich kibicow.
Cale trybuny szaleja z radosci dopingujac Ciebie gdy realizujesz swoje zyciowe marzenia.
Jesli wiec w swoim sercu wiesz, ze powinnas sie rozwijac w tym kierunku w ktorym sie rozwijasz, gdy masz spokoj w sercu - wtedy caly niewidzialny swiat dopinguje Tobie.
Co to jest ten lęk?
To złorzeczenie tzw logików.
Idz przed siebie jak Burza Almo, ja Tobie tez dopinguje.
A tak w ogole to dzisiaj -
Happy Birthday dla Ciebie ♥ ♥ ♥
Alma
UsuńSuper, Twoje słowa są mocno budujące, Danku!
Thank you very much. Indeed, I have a nice day :-D
Almo -
OdpowiedzUsuńzapytałaś sie mnie "
Chciałabym też zapytać Danka czy wolałby robić coś, co przynosi duże pieniądze ale czego nie lubi czy raczej wolałby robić coś za mniejsze pieniądze ale coś co lubi."
Odpowiem w ten sposob.
Ja jestem wyjatkowo wrażliwy.
Po 14 latach pracy na hotelu w New York pomyslalem sobie, ze gdy przeprowadzilem sie na Floryde na pewno jest inny sposob zarabiania pieniedzy niz praca na hotelu.
Zaliczylem wiec kurs na kierowce ciezarowek, zaplacilem $800.00 zdobyłem prawo jazdy CDL kategorii A
Zawsze wydawało sie mnie, ze to wspaniała kariera dla mężczyzny.
Cala Ameryka jest teraz przede mna.
Wytrzymalem tylko 3 miesiace.
Mialem ogromne poczucie being home sick czyli tęskniłem za zyciem w domu.
Po drugie, przejezdzajac obok hoteli przy autostradzie odczuwałem tesknote za praca wlasnie na hotelu.
Co z tego, ze jako kierowca ciezarowki moge zarobic wiecej -
tesknota za domem oraz za praca na hotelu nie pozwalala mnie kontynuuowac pracy jako kierowca.
Dzisiaj wiem, ze mam błogosławieństwo czy namaszczenie na te wlasnie prace jaka wykonuje.
Kazda inna praca bedzie powodowac, ze moja dusza bedzie sie czuła nieswojo w moim fizycznym ciele.
Alma
UsuńDusza nie dusza, ale człowiek orientuje się, gdzie czuje się dobrze, niejako "na miejscu". Ale nie wszyscy mają odwagę szukać tego miejsca :-)