Non omnes moriar, czyli żywot melomana


      Rozmawiałem z kimś niedawno
o symfoniach Mahlera. Są w nich
chwile niewyobrażalnie piękne, 
ale w kalejdoskopie zmian również
fragmenty pompatyczne lub 
zgoła płytkie. Mimo to lubię niektóre, 
co bardziej dramatyczne lub 
kontemplacyjne ich części i momenty.
Trudno mi jednak na ogół z równym 
entuzjazmem słuchać całości.
"Każda z symfonii Mahlerowskich
ma - jak pięknie o tym pisał Bohdan 
Pociej - takie miejsca, w których 
wygasa napór życia, cichnie zgiełk
wydarzeń, ustaje motor dramatyzmu,
milknie nawet narracja; to miejsca 
odpoczynku w wielkiej wędrówce,
jaką przedstawia sobą cała muzyka
Mahlera." Miejsca te są mi szczególnie
bliskie
    Dzisiaj rano wysłuchałem czterech
części - z jedynki i z piątki. Jedynka 
jest, jak wiadomo, najbardziej klasyczną 
z jego symfonii i na ogół akceptują ją 
wszyscy, którzy mają kłopot z akceptacją
następnych.   
    Piątka jest dramatyczna i zaczyna się
od marsza żałobnego. (Byłoby pewną
przesadą, gdybym starał się streścić
tutaj jej najważniejsze idee i momenty). 
Marsz żałobny jest też klejnotem pierwszej 
symfonii, a ponieważ łączy powagę z 
groteską i pojawia się w nim motyw 
klezmerski, nikt nie prześcignął w jego 
interpretacji Bersteina. (Uwielbiam ten 
utwór, szczególnie właśnie w tym 
wykonaniu).
    Przypadkowo wpadło mi ostatnio 
w ręce za grosze trudne już dzisiaj do 
dostania nagranie Sinopoliego. Zawsze
podziwiałem siódemkę w jego interpretacji, 
ale tego nie znałem. Sinopoli miał spore 
wyczucie dramatyzmu muzyki.
Niestety sprawił pewien dyskomfort 
swoim licznym fanom umierając na
scenie. Choć z drugiej strony dla 
niektórych widzów mogła to być atrakcja 
nie wliczona w cenę biletu. 
    Niestety moje zdrowie dzisiaj 
gwałtownie się załamało i marsz 
pogrzebowy, nawet z udziałem ptaków
i zwierząt, wydawał mi się całkiem stosowny. 
Choć moja śmierć z pewnością nie będzie
śmiercią bohatera, chętnie odłożyłbym 
ją jednak na okres nieco późniejszy ;-)
    Dzisiaj był chyba najpiękniejszy dzień
w całym roku - słoneczny i ciepły w nastroju, 
ale nie upalny, pełen jakiegoś blasku. 
Niestety powalony przez chorobę wyszedłem 
z domu dopiero przed szóstą i większość
czasu musiałem spędzić na mieście,
a potem z matką, nieświadomą na 
szczęście zupełnie grozy mojej zdrowotnej 
sytuacji. Kiedy wychodziłem od niej 
objuczyła mnie jeszcze jakimiś dość
ciężkimi workami, które miałem wyrzucić
na śmietnik. (Ponieważ moja bratowa
postanowiła powyrzucać z jej mieszkania
zbędne rzeczy).
     Mój stosunek do wielkiej symfoniki 
jest taki, jak już kiedyś pisałem. Nie 
lubię w niej przerostu brzmień i pustego
czasem patosu. Muzyka epok 
wczniejszych odznaczała się pewną
ekonomią w użyciu muzycznych 
środków, które symfonika wykorzystuje
rozlegle. Poza tym słucham zwykle
muzyki w domu, a w tej przestrzeni 
i w samotności bardziej przemawia
do mnie kameralistyka i muzyka na 
instrumenty solowe.  
    Prawdziwie kocham jedynie wczesne, 
kameralne symfonie Emanuela Bacha, 
Haydna i Mozarta, i może jeszcze 
smyczkowe symfonie Mendelssohna, 
które ten komponował jako chłopiec.  
    Chociaż nie tylko Emanuel Bach 
komponował symfonie, które nie były
już tylko uwerturami do utworów 
wokalnych, chyba najbardziej przyczynił
się do rozwoju tego gatunku, tworząc
krótkie i pełne ekspresji, skontrastowane
utwory o wyrazistym nastroju.  (Jego
młodszy brat również je, wśród wielu 
innych, komponował i wpłynął na 
twórczość Mozarta). Jednak dopiero
Haydn uczynił, jak wiadomo, z symfonik
formę w znaczeniu, jakie znamy obecnie.  
Skomponował ponad 100 symfonii, 
ale ja najbardziej podziwiam utwory
jego okresu Sturm und Drang. Przede 
wszystkim te, które były utrzymane w 
tonacjach minorowych. Ostatnio często
i z powodzeniem grają je orkiestry 
specjalizujące się głównie w nagraniach 
muzyki epoki baroku.
    Trzy moje ukochane symfonie Haydna 
"La Passione", "Trauer" i "Farewell"
są jedynymi, których mógłbym słuchać
codziennie, choć lubię też jego "Symfonie 
paryskie" (w przeciwieństwie do 
najsłynniejszych "londyńskich"). 
40 symfonię Mozarta wielbię wprawdzie 
od dzieciństwa, podobnie jak uwerturę 
do "Don Giovanniego", ale pozostałe z 
ostatnich jego symfonii raczej mało 
mnie poruszają.
     Z późniejszych szczególnym
kultem otaczam szlachetne utwory
Sibeliusa i pełne romantycznego 
niepokoju symfonie Brahmsa. Przede
wszystkim czwartą...i oczywiście 
niedokończoną ósemkę Schuberta. 
(Choć lubię też i "Symfonię fantastyczną"
Berlioza).  
    Czasem słucham też z podziwem 
niektórych dość mrocznych w 
nastroju i dramatycznych symfonii 
Szostakowicza (wśród których są
tzw. arcydzieła) i dwóch ostatnich 
Lutosławskiego. Na premierze czwórki 
z udziałem kompozytora miałem zresztą 
szczęście być obecny. W rok później 
Mistrz chyba umarł (o ile dobrze 
pamiętam). Lutosławski był 
ostatnim prawdziwie wielkim 
kompozytorem. Po nim muzyka, dla 
mnie przynajmniej, skończyła się. 
     Lubię pastoralną i siódemkę 
Beethovena. Ale symfonika to, jak 
wiadomo, nie tylko symfonie, 
lecz także piękne czasem poematy 
symfoniczne i różne inne utwory
(w tym także baletowe). Uwielbiam 
nie tylko Sibeliusa, ale także 
Debussy' ego i Ravela. A nawet 
stosunkowo mniejszego kompozytora, 
jakim był Albert Roussell. Debussy, 
Ravel, Messiaen, Lutosławski
i Takemitsu stworzyli chyba najbardziej 
subtelne brzmienia w muzyce XX wieku.      
Bardzo lubię też "Orfeusza", "Ognistego 
ptaka" i inne klasycystyczne utwory 
Strawińskiego oraz jego "Symfonię 
psalmów."  Nieco mniej słynne "Święto 
wiosny." Bartoka wolę w kompozycjach
kameralnych niż orkiestrowych. 
      Kiedyś nie znosiłem Brucknera, ale 
teraz wczułem się już w jego dość 
ponurą i przyciężką symfonikę, którą 
wypełniają patos,kontemplacja i ekstaza.  
Niektóre kontemplacyjne adagia jego 
symfonii są szczególnie piękne. 
A niedokończona dziewiątka jest 
metafizycznym świadectwem wielkiego  
cierpienia i destrukcji życia. Niedawno
Rattle zagrał też jej czwartą część, której
zaledwie szkic ocalał w rękopisach 
kompozytora.   
     Wagnera (który w swych dramatach
muzycznych jest symfonikiem) i Ryszarda 
Straussa nie uważam wprawdzie za bogów, 
ale czasem też słucham. Strauss jest dla mnie
nieco za brutalny i za bardzo zmysłowy, choć 
ostatnio wsłuchuję się w "Symfonię alpejską."
Nie wierzę w jego metafizyczność - może
jedynie w ostatnich pieśniach, które są 
ębokie...O Czajkowskim niedawno pisałem,
a walców Johannesa Straussa słucham 
jedynie z transmisji koncertów noworocznych
Symfonii Dworzaka słuchać mi się jakoś 
nie chce, podobnie jak symfonicznych 
utworów Anglików. Za to Bacha w 
transkrypcjach orkiestrowych Stokowskiego 
słucham czasem w znakomitym nagraniu
Salonena.  
     Nie wiem, co mi przyszło do głowy,
żeby rozliczać się tu ze swych muzycznych
gustów. Wspomnę więc już tylko o moim
najwyższym podziwie dla dwóch dyrygentów
- Bruno Waltera i Carlosa Kleibera. Walter
był też podobno cudownym i łagodnym 
człowiekiem.
     Zawsze, kiedy chcę napisać w miarę
krótki tekst, żeby zaoszczędzić siły, 
nieoczekiwanie rozrasta się on nieco,
w tym wypadku do rozmiarów niemal 
apokaliptycznych, biorąc pod uwagę, że
jak wspomniałem...nie lubię raczej symfoniki
i niewiele się na niej znam, a temat nie jest 
może dla większości czytelników, z 
wyjątkiem oczywiście Pharlapa (który wie 
na temat muzyki prawie wszystko), zbyt 
zajmujący.   
    Jednak jest pewien aspekt egzystencjalny
tych wynurzeń na temat muzyki klasycznej.
Spotkałem niedawno starego frontmana,
który wciąż jeszcze gra w zespole rockowym
i trochę rozmawialiśmy o naszych muzycznych
pasjach z młodości. 
    Nieoczekiwanie dla mnie wyznał, że cała 
muzyka rozrywkowa jest absolutnie niczym 
w porównaniu z tym, co objawia tzw. klasyka. 
To ona ukazuje prawdę ludzkiej egzystencji, 
a tamtą się lubi, bo byliśmy kiedyś młodzi. 
Curtis, czy Cobain, nie byli wielkimi 
poetami, ani nie tworzyli najbardziej 
poruszającej muzyki...I dopiero ich 
samobójcza śmierć stała się pieczęcią
ich niedojrzałej sławy. (Ja słucham tylko
Curtisa, bo był wrażliwy i psychicznie 
delikatny, a jego utwory uważam za
znacznie ciekawsze). 
     Mój przyjaciel, który przez całe życie
czerpał z niego garściami, filozofuje teraz
czytając Ciorana i powtarza po nim, że
chodzi już tylko o to, żeby "jakoś dopełznąć
do kresu życia."  
     Ja słucham i wciąż poznaję muzykę
rozrywkową i etniczną i uważam, że spełnia 
ona równie ważne, choć inne nieco funkcje
życiowe (na przykład terapeutyczną
energetyzującą i utrwalającą wspólnotę)
I na razie jakoś nie myślę o tym, żeby 
dopełznąć do kresu...
     Choć smutno mi, kiedy kupuję czasem 
jakieś płyty od wdów, które po śmierci męża, 
fana Zeppelinów, albo dajmy na to Milesa 
(Daviesa), wstawiają je za grosze do  
antykwariatu. (Choć przyznaję, że szukam  
na ogół czegoś innego). 
     Każdemu melomanowi, który słuchał
muzyki z płyt (młodzi już tego przeważnie
nie robią) życzyć wypada odpoczywania
pod gustowną płytą grobową z napisem
"Non omnes moriar."  Choć nawet 
Mozart i Schubert umarli całkowicie, a
jedynie cząstka ich duszy przetrwała we 
wciąż wskrzeszanej przez innych ich 
muzyce.
     Ktoś z żyjących sobie taką przyjemność 
zafundował na cmentarzu w Wilanowie ;-)  
Grzeszył skromnością, czy nie, ale płyta z 
czarnego marmuru robi jednak wrażenie 
i pięknie się na niej odbija światło 
słoneczne, księżycowe i wiekuiste...Jednak
figury aniołów na londyńskich cmentarzach
nie mają chyba sobie równych, a bez anioła 
jakoś spoczywać markotnie.
 



  
     

Komentarze

  1. Faktycznie się rozpisales:)). Zawsze mnie ujmuje to jak piszesz o muzyce;)
    Ech te zdrowie...:(. Mam nadzieję, że się polepszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-) ...I też mam nadzieję, że tak będzie.

      Usuń
  2. Podziwiam za bardzo obszerne i ciekawe gusta muzyczne . Obiecuję sobie , że będę starała się ich dogonić i posmakować :) Zawsze chyba lepiej z aniołem :) Podobno każdy z nas takiego ma . Mój to czasami traci skrzydła ... tak lata :) by mnie dogonić . Przyjemnego wieczoru życzę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To tylko, te rzeczy, których mniej słucham :-) ...Ale lepiej go chyba mieć za życia.
      Dziękuję :-) Niech dla wszystkich będzie miły...

      Usuń
  3. Tak...Wzruszające, bo jest w nich intymność uczucia.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty