Dziennik, 18 września
Po dwóch trudnych dla mnie dniach
dzisiaj poczułem się lepiej i od razu
chciałem jakoś wykorzystać ten przypływ
energii. Mogłem w końcu posłuchać
muzyki.
Najpierw była to muzyka instrumentalna
z semi- oper Purcella i Locke' a, a potem
"Dido and Aeneas."
"Dydonę i Eneasza" znam w bardzo
wielu wykonaniach, przede wszystkim
angielskich, ale tym razem wybrałem
realizację argentyńskiego dyrygenta
Leonardo Garcii Alarcona. To nagranie
z 2009 r, więc słuchałem już go kilka
razy przedtem. Nie ma może angielskiego
wdzięku niektórych innych nagrań, ale
głosy są piękne i jest w nim jakaś
intensywność i zarazem ciemna barwa.
Choć cudowny końcowy chór, który
następuję po sławnej arii, w której
nieszczęsna samobójczyni żegna się
z życiem, nie dorównuje wersji Gardinera.
(Oczywiście przypomniało mi się, że
B. włączyła tę arię, żeby mnie
rozczulić, kiedy uciekłem od niej z
Londynu i wysłuchałem jej z automatu
telefonicznego. Odniosło to skutek, bo
nasz związek przetrwał jeszcze przez
wiele lat).
Podobnie jak autor popularnej
książki o życiu i muzyce Purcella
niezbyt lubię te przerysowane i
groteskowe momenty utworu, w
których szlachetna powaga uczucia
ustępuje miejsca szyderstwom
i chichotom wiedźm. Nie uważam
go też za największe dzieło sceniczne
Purcella. Ale kondensacja przeżyć
w tym krótkim stosunkowo utworze
jest jednak wyjątkowa, podobnie
jak ulotność i finezja samej muzyki.
Na zakończenie tego koncertu
słuchałem suit Maraisa w wykonaniu
wprawdzie nie tak gęstym
i melancholijnym jak interpretacje
Savalla, ale mimo to oddającym
wiele z piękna samej muzyki. Jednak
Marais, inaczej niż Purcell, przywodzi
raczej me myśli ku kresowi życia.
A później pobiegłem na spotkanie
z kimś, kogo chyba mogę nazwać
przyjacielem. Nie było ładnej
pogody, wiał wiatr i padał deszcz,
jednak w naszym schronieniu
spędziliśmy czas na miłej i ciekawej
rozmowie o rzeczach poważnych
(o tzw. życiu, pewnych zmianach
obyczajowych...i przez chwilę nawet
o śmierci), ale i śmieliśmy się
czasem serdecznie. I to jak!
Wracaliśmy jeszcze trochę razem
w deszczu i choć było nieprzyjemnie
zimno, poczułem pewien rodzaj
ciepła tak rzadki ostatnio w mojej
smętnej, a może nawet tragicznej
egzystencji zaświatowej mary.
Czytam "Opowiastki z
zaświatów", wydane niedawno
przez wydawnictwo "Dialog." Jest
tam chiński tekst i przekład tych
bardzo starych, wiekowych
utworów (wybranych z różnych
dzieł).
Poznaję ostatnio topografię
zaświatów, najpierw Hadesu i
Szeolu, a teraz chińskich. Odnajduję
w tych opowiastkach rzeczy bliskie
czasem mym własnym opowieściom,
albo ku mojemu zaskoczeniu, bardzo
aktualne. Jedna z nich jest po prostu
wstrząsająca i mówi o tym, jak znikome
jest istnienie jednostki w autorytarnie
rządzonym społeczeństwie i jak nie
może ona uniknąć swego losu.
Ale są i takie, które niezmiernie
mnie irytują, jak wyobrażenie
zaświatowej biurokracji. A już
zupełnie zezłościła mnie opowieść
o tym, jak pewien Chińczyk
okrutnie potraktował napotkanego
po drodze ducha, sam udając
przedtem, że zakończył życie.
Duch, który niósł go na barana
dziwił się, że jest taki ciężki,
jakby miał ciało. W zakończeniu
tej krótkiej opowieści jest coś
w rodzaju pochwały cwaniactwa.
A to mi się bardzo nie podoba,
także w naszym rodzimym,
polskim wydaniu.
dzisiaj poczułem się lepiej i od razu
chciałem jakoś wykorzystać ten przypływ
energii. Mogłem w końcu posłuchać
muzyki.
Najpierw była to muzyka instrumentalna
z semi- oper Purcella i Locke' a, a potem
"Dido and Aeneas."
"Dydonę i Eneasza" znam w bardzo
wielu wykonaniach, przede wszystkim
angielskich, ale tym razem wybrałem
realizację argentyńskiego dyrygenta
Leonardo Garcii Alarcona. To nagranie
z 2009 r, więc słuchałem już go kilka
razy przedtem. Nie ma może angielskiego
wdzięku niektórych innych nagrań, ale
głosy są piękne i jest w nim jakaś
intensywność i zarazem ciemna barwa.
Choć cudowny końcowy chór, który
następuję po sławnej arii, w której
nieszczęsna samobójczyni żegna się
z życiem, nie dorównuje wersji Gardinera.
(Oczywiście przypomniało mi się, że
B. włączyła tę arię, żeby mnie
rozczulić, kiedy uciekłem od niej z
Londynu i wysłuchałem jej z automatu
telefonicznego. Odniosło to skutek, bo
nasz związek przetrwał jeszcze przez
wiele lat).
Podobnie jak autor popularnej
książki o życiu i muzyce Purcella
niezbyt lubię te przerysowane i
groteskowe momenty utworu, w
których szlachetna powaga uczucia
ustępuje miejsca szyderstwom
i chichotom wiedźm. Nie uważam
go też za największe dzieło sceniczne
Purcella. Ale kondensacja przeżyć
w tym krótkim stosunkowo utworze
jest jednak wyjątkowa, podobnie
jak ulotność i finezja samej muzyki.
Na zakończenie tego koncertu
słuchałem suit Maraisa w wykonaniu
wprawdzie nie tak gęstym
i melancholijnym jak interpretacje
Savalla, ale mimo to oddającym
wiele z piękna samej muzyki. Jednak
Marais, inaczej niż Purcell, przywodzi
raczej me myśli ku kresowi życia.
A później pobiegłem na spotkanie
z kimś, kogo chyba mogę nazwać
przyjacielem. Nie było ładnej
pogody, wiał wiatr i padał deszcz,
jednak w naszym schronieniu
spędziliśmy czas na miłej i ciekawej
rozmowie o rzeczach poważnych
(o tzw. życiu, pewnych zmianach
obyczajowych...i przez chwilę nawet
o śmierci), ale i śmieliśmy się
czasem serdecznie. I to jak!
Wracaliśmy jeszcze trochę razem
w deszczu i choć było nieprzyjemnie
zimno, poczułem pewien rodzaj
ciepła tak rzadki ostatnio w mojej
smętnej, a może nawet tragicznej
egzystencji zaświatowej mary.
Czytam "Opowiastki z
zaświatów", wydane niedawno
przez wydawnictwo "Dialog." Jest
tam chiński tekst i przekład tych
bardzo starych, wiekowych
utworów (wybranych z różnych
dzieł).
Poznaję ostatnio topografię
zaświatów, najpierw Hadesu i
Szeolu, a teraz chińskich. Odnajduję
w tych opowiastkach rzeczy bliskie
czasem mym własnym opowieściom,
albo ku mojemu zaskoczeniu, bardzo
aktualne. Jedna z nich jest po prostu
wstrząsająca i mówi o tym, jak znikome
jest istnienie jednostki w autorytarnie
rządzonym społeczeństwie i jak nie
może ona uniknąć swego losu.
Ale są i takie, które niezmiernie
mnie irytują, jak wyobrażenie
zaświatowej biurokracji. A już
zupełnie zezłościła mnie opowieść
o tym, jak pewien Chińczyk
okrutnie potraktował napotkanego
po drodze ducha, sam udając
przedtem, że zakończył życie.
Duch, który niósł go na barana
dziwił się, że jest taki ciężki,
jakby miał ciało. W zakończeniu
tej krótkiej opowieści jest coś
w rodzaju pochwały cwaniactwa.
A to mi się bardzo nie podoba,
także w naszym rodzimym,
polskim wydaniu.


No tak, pełniło użyteczną funkcję. W końcu zaborcy nie byli przyjaźnie do Polaków nastawieni, a wręcz przeciwnie. Jednak, ja już nie potrafię śmiać się, kiedy oglądam filmy w rodzaju "Jak rozpętałem drugą wojnę światową", albo "CK dezerterzy." To już chyba Szwejk byłby mi mentalnie bliższy.
OdpowiedzUsuńNiestety, jak słusznie zauważasz, demokracja wcale nie chroni przed pokusami autorytarnymi.
Ja odwiedzam zaświaty, bo interesuje mnie to, jak ludzie rozpaczliwie poszukują pocieszenia i ukojenia dla swych niespełnionych tęsknot.