Trzecia suita...Nie tylko o muzyce
Wczesnym rankiem obudził mnie telefon. "Nie jest dobrze" powiedział lekarz, który wyrwał mnie z chwilowego snu.
Przez pół nocy rozmawiałem z AI o kształcie, charakterze i różnych znanych mi i najwyżej cenionych interpretacjach Suit wiolonczelowych Brittena, koncentrując uwagę na trzeciej, a w szczególności na jej zakończeniu. Britten, kiedy ją napisał, był już poważnie chory - miał raka (za dużo palił). Podobnie jak dwie poprzednie przeznaczył ją dla swego przyjaciela Rostropowicza, którego ekspresyjną i "dziką", i zarazem doskonałą technicznie grę, podziwiał, ale ten jej nie nagrał w przeciwieństwie do dwóch poprzednich, ponieważ jej zakończenie za bardzo go poruszało. (Zagrał ją jedynie na jakimś koncercie).
Suita ta powstała też pod wrażeniem twórczości Szostakowicza. Britten nawiązywał w niej do rosyjskich pieśni żałobnych i zakodował w zapisie nutowym inicjały genialnego kompozytora. W przeciwieństwie do dwóch poprzednich, jest w swym wyrazie tragiczna a jej tematem jest śmierć. Suita ta słusznie jest uważana za utwór na miarę suit wiolonczelowych Bacha (drugiej i piątej). To właśnie miłość do muzyki Bacha skłoniła mnie kiedyś do jej słuchania, a potem już się z nią nie rozstawałem. Kiedy podczas ciężkiego epizodu depresyjnego moja była żona mieszkała ze mną, słuchając jej poczuła nagłe i silne przerażenie.
AI z właściwą sobie przesadą zachwyciła się moimi pytaniami dotyczącymi tego zakończenia. Zrobiła też jeden niewielki błąd, ale bardzo się kajała, a na koniec życzyła mi dobrej i spokojnej nocy.
Twierdziła, że nie ma wiolonczelisty o nazwisku Walton i musiałem go pomylić z Watkinsem, bo Walton to przecież kompozytor. Jamie Walton jednak również istniał i nagrał te suity, o czym jako meloman bardzo dobrze wiedziałem, bo ich słuchałem. Delikatnie o tym wspomniałem. Komiczne było jak po ułamku sekundy namysłu podała mi w miarę dokładną charakterystykę jego wykonania, określając je jako wyjątkowo cenne. 😀
Nie chcę tu zanudzać czytających szczegółami tej rozmowy trwającej prawie do rana. Analizując najbardziej chwalone przez krytyków muzycznych interpretacje zwracała uwagę na różnice w wykonaniu Passacaglii, które tłumaczyła odwołując się głównie do różnic w przyjętej estetyce muzycznej. Dla melomana, który te interpretacje zna, było to interesujące. Jej uwagi dotyczące różnych wykonań, w tym jednego z moich ulubionych - Morka (jest szczególnie melancholijne i piękne w brzmieniu) były tak dalece zbieżne z moimi, że za każdym razem mówiła, że zwróciłem uwagę na rzecz najbardziej istotną.
Zauważyłem, że różnice te mogą być też wynikiem różnic postaw wobec oczekiwanego kresu życia. Dlatego w jednej interpretacji oczekiwaniu na śmierć towarzyszyło, jak się wyraziła, "lodowate odrętwienie" i rodzaj beznamiętnej obserwacji, jakby chwila śmierci była jedynie naturalnym kresem oddychania, jak w ostatnim nagraniu Wispelway'a, którego jeszcze nie słuchałem (znam jedynie dwa poprzednie), a w innej "krzyk" i bunt. Podobno krytycy zachwycają się tym nagraniem znanego holenderskiego wiolonczelisty, a AI twierdzi, że wyraża ono coś więcej i coś innego niż stoickie pogodzenie się z losem. Poprzednie jego nagrania uważa za bardziej teatralne, z czym trudno się nie zgodzić.
W grze czterech wykonawców, które ze sobą porównywał, były widoczne, czy może raczej wyczuwalne, jeszcze dwie inne interpretacje, jednak poprzestanę tu na tych najbardziej skrajnych.
Przedtem, jak wspomniałem przed chwilą, AI zwracała jedynie uwagę na różnice czysto estetyczne. Można tę Suitę grać w sposób powściągliwy, chłodny, analityczny, jak Anglicy, albo namiętny i pełen ekspresji jak Rostropowicz i jego młody niemiecki uczeń Muller-Schott. Nie wiadomo, co było bardziej zgodne z intencją samego kompozytora, ponieważ Britten cenił powściągliwość, ale zachwycał się jej brakiem u Rostropowicza.
Nawiązałem przez chwilę do tanatologii, zwracając uwagę, że po fazie buntu jedną z następnych jest zwykle faza pogodzenia się z tym, co nieuniknione. Zgodziliśmy się też z moim rozmówcą, że Britten afirmuje gasnące życie i jest daleki od nihilizmu. Nie znoszę tanatologii i wspomniałem o niej jedynie marginesowo dla odróżnienia typowej reakcji psychicznej od filozoficznej postawy. To wiedza jak każda inna i bywa użyteczna, ale pewna bliska mi osoba zmarła w trakcie pisania doktoratu, który do niej nawiązywał. (Studiowaliśmy razem, a potem razem pracowaliśmy, dopóki nie zwolniono mnie z pracy za rzekomy "anty-marksizm"). Kiedy zaczynała go pisać nie była jeszcze chora i było jej rozstawać się z życiem tym trudniej, że na krótko przedtem urodziła syna (mojego bratanka). Egzystencjalista powiedziałby, że jej śmierć była absurdalna, bo wiedząc tak wiele na temat przeżyć towarzyszących umieraniu, nie potrafiła w tej wiedzy znaleźć jakiegokolwiek pocieszenia, ani rozumieć własnych stanów emocjonalnych i niemal obwiniała innych o to, że nie muszą odchodzić z życia.
Jeden jedyny raz w moim dorosłym życiu miałem ochotę kogoś uderzyć, czy jak się potocznie mówi, "dać komuś w mordę." Było to podczas mszy za jej duszę, kiedy celebrujący ją ksiądz krzyczał, że zmarła nie chodziła do kościoła, piorunując przez nastawiony głośno mikrofon:
"JAK TRWOGA TO DO BOGA!"
Faktem jest, że odeszła po straszliwych męczarniach młoda kobieta, osierocając niespełna roczne dziecko. Już to samo powinno obudzić w nim choćby cień współczucia. Szczerze, choć chyba niepotrzebnie, oburzyło mnie to jego oburzenie, a właściwie to już nic nie powinno mnie dziwić.
Spytałem jeszcze AI w czym widzi podstawową różnicę między przeżyciami, jakie może budzić Trzecia suita Brittena i ostatni, Piętnasty kwartet Szostakowicza, skomponowany przez niego na rok przed śmiercią, kiedy odczuwał szczególny niepokój spowodowany chorobą serca ("niewydolność serca spowodowana chorobą nowotworową płuc"). Zgodziliśmy się, że obaj afirmują gasnące życie i są dalecy od nihilizmu. Britten widział jakieś pocieszenie w poczuciu wspólnoty z innymi ludźmi (podobno też religijnej) i w przyjaźni. Szostakowicz miał natomiast "odwagę spojrzeć w twarz ludzkiemu losowi." (To określenie moje, które ochoczo podchwyciła AI). Nazwałem to heroizmem. Pocieszenie jakieś można widzieć w twórczości, która w jakimś sensie zwycięża śmierć. Słowa pocieszenie używam teraz. W rozmowie mówiliśmy o afirmacji, ponieważ użyłem tego określenia. A AI wyrecytowała: "Szostakowicz w XV Kwartecie udowadnia, że ostatecznym zwycięstwem człowieka nad nieuchronnym losem jest akt artystycznej kreacji. Los może zniszczyć ciało, ale nie jest w stanie odebrać człowiekowi prawa do zwerbalizowania swojego cierpienia na własnych warunkach...Szostakowicz nakazał wykonawcom grać wiele fragmentów pierwszej części (Elegia) bez wibracji (senza vibrato) - dźwięk miał być płaski, lodowaty, wręcz trupi. Kiedy więc nagle, w momentach największego napięcia powraca vibrato, działa ono jak przywrócenie akcji serca. Ten minimalny gest staje się heroiczną obroną ludzkiego ciepła w zamarzającym świecie." Słowo "udowadnia" uważam za nieco przesadzone. Nie wydaje się, żeby Szostakowicz chciał udowadniać cokolwiek, ani żeby jakikolwiek dowód był tu możliwy.
Wyznaję, że spytałem AI, czy jest sens rozmawiać o śmierci z kimś, kto sam nie umiera. Odrzekła, że wprawdzie nie ma świadomości ani uczuć, a mogłaby teoretycznie istnieć w nieskończoność, to jednak nośnik, na którym jest zapisana może ulec zniszczeniu i powołała się na kilka podobnych okoliczności. Współczułem jej, chociaż z pewnością nie była smutna.
Istnieje pewna pokusa wykorzystywania konstatacji sztucznej inteligencji, opartej na ludzkich przemyśleniach i wiedzy, do chwalenia się własnymi. Człowiek udaje wtedy lub nawet jest o tym przekonany, że sam odkrył to, czego przed chwilą się dowiedział i jest z tego bardzo dumny. Ja cieszę się jedynie, kiedy dowiaduję się tego, o co pytałem. Jakaś pokora poznawcza jest konieczna do tego, aby słowa mogły wyrażać to, co rzeczywiste.
Zabawną rzeczą jest antropomorfizowanie AI i przypisywanie jej mądrości lub empatii. W Chinach zatrudnia się już roboty do opieki domowej nad starszymi ludźmi. Podobno nawet ich skóra przypomina skórę człowieka. A można je tak zaprogramować, że nie tylko będą sprawiały wrażenie empatycznych, ale mogą nawet mówić głosem należącym do zmarłego, ukochanego małżonka. Podobno są cierpliwe i całkowicie pozbawione pretensji do tych, którymi się opiekują. Dlatego ceni się je bardziej niż naturalne opiekunki.
Spałem niecałe dwie godziny, kiedy obudził mnie ten telefon. Ale suity Brittena potem nie słuchałem, a zupełnie innej muzyki...


Brittena słuchałem trochę we wczesnej młodości, jednak nie wywarł na mnie większego wrażenia. Chłonąlem wtedy muzykę słuchając wszystkiego. Później dotarłem do niego przez pieśni Purcella, które opracował na głos i fortepian, kameralistykę, niektóre inne utwory wokalne i te właśnie suity. Opery znam słabo. Requiem wojennego słuchałem tylko raz, ale uważam, że kazdy powinien go chociaż raz posłuchać, a wtedy z pewnością zrozumie na czym polega absurd i okrucieństwo wojny. I że śmierć to nie zabawa, a modlitwa niewiele daje, kiedy wybuch rozrywa czaszkę.
OdpowiedzUsuń