Zimowa niedobra opowieść
"... Synku mój, by ojciec twój,
kochał ciebie"
(Krasiński)
Lokomotywa z łoskotem wtoczyła się na stację. Zatrzymała się sapiąc ciężko i ociekając potem. Śnieg przestał już padać. Niewielka grupka ludzi oczekiwała na podróżnych. Zaczął iść wzdłuż wagonów, z których czasem ktoś wysiadał. Doszedł do końca składu. Nie przyjechała...
Wsiadł w autobus i pojechał spod dworca do końca trasy. Idąc wzdłuż cmentarnego muru trafił w okolicę prawie wiejską. Była tam jakaś ścieżka prowadząca przez bruzdy pola. Szedł bezwiednie w półmroku wieczoru nie mogąc ukoić smutku, kiedy nagle zobaczył przed sobą sylwetkę jakiejś młodej kobiety. Przewrócił ją na śnieg. Zaczęła się wyrywać, ale kiedy zwolnił uścisk nie odeszła, ani nie próbowała uciekać. Trwało to o chwilę za długo i udusił ją.
Kiedy wrócił do domu ciotka powiedziała:
- Dzwoniła mama. Nie mogła przyjechać, bo jest przeziębiona, ale przyjedzie w przyszłą niedzielę. Gdzie się szwędałeś?
- Spotkałem na dworcu koleżankę i odprowadziłem ją do domu.
- Jest w pół do pierwszej.
- Rozmawialiśmy trochę.
- Wiesz, że jutro rano masz lekcje. Kładź się spać.
Szkoła była daleko więc się spóźnił i drzwi były już zamknięte. Pokręcił się trochę po starówce i zszedł nad rzekę. Od brzegu była zamarznięta. Poranek był rześki. Z rzeźni po drugiej stronie słychać było kwik zarzynanych zwierząt. Przechadzał się w nadziei, że kogoś spotka. Czuł pustkę.
Po kilku dniach uświadomił sobie, że nikt go nie szuka. Jednak przez ten czas nie czuł żadnego lęku ani współczucia. Zupełnie tak jakby nic się nie stało. Siedział w ostatniej ławce z grubym kolegą, do którego nauczyciele mówili "Ty ośle!" Gadali, albo grali w coś pod ławką. Było to najlepsze miejsce w klasie, daleko od katedry. Nauczyciele byli surowi i groźni, i wzbudzali przerażenie. W domu czekał na niego ciepły obiad, a wieczorem ciotka opowiadała mu o wielkich malarzach i artystach, którzy cierpieli nędzę i pokazywała albumy z reprodukcjami ich obrazów. Wiedziała, że podgląda ją przez szybę kiedy kąpie się w łazience. Wujek wracał późno z fabryki. Tylko w nocy z piątku na sobotę wyrwał się jak zwykle na całonocnego brydża. Ciotka wyczekiwał na niego do rana. Albert zwykle już o dziewiątej kładł się spać żeby rano zdążyć do szkoły. Nie chciał mieć za dużo nieobecności.
W niedzielę o dziesiątej wieczór poszedł na dworzec. Ale matka znowu nie przyjechała.
- Mówiłam ci, że przyjedzie nie w tę , a w przyszłą niedzielę. Niepotrzebnie tam chodziłeś i czekałeś.
- Tak, ciociu, niepotrzebnie, ale nie wiedziałem. Miała przyjechać.
- Jesteś rozbrajający. Chcesz do niej zadzwonić? Na pewno tęsknisz. Maminsynek!
- Nie.
Ale w następną niedzielę przyjechał ojciec. Na jego widok pobladł.
- Poinformowano mnie, że masz na okres trzy oceny niedostateczne - powiedział. Jednak obecność siostry sprawiła, że musiał pościągać gniew. -Parszywe szczenię!On chodzi na wagary. - wyjaśnił.
- Nie denerwuj się. To taki wiek. Sam kiedyś chodziłeś do szkoły. Nie pamiętasz?
- I jeszcze ciężko pracowałem. A ten ma cieplarniane warunki.
Następnego dnia rano ojciec wyjechał. Był to dzień, w którym nie poszedł znowu do szkoły. Pojechał na nowe osiedle. Kobieta nie zdążyła zamknąć przed nim drzwi od mieszkania. Zbiegł szybko po schodach, a potem udawał, że idzie powoli, żeby nie zwrócić na siebie uwagi. I tym razem nic się nie stało. Chodził tylko częściej nad rzekę. Marzył o tym, żeby spotkać jakąś dziewczynę, która mogłaby go pokochać. Ale tam prawie nikt nie chodził. Czasem tylko bliżej wieczora jakieś pijane prostytutki. Nie chciał być taki jak ojciec, który bił matkę i sprowadzał do domu dziwki, które wdzięczyły się do niego i brały go na kolana kiedy matki nie było w domu, bo był ślicznym dzieckiem. Mógł ją nawet zabić. Kiedy wpadał w szał matka zamykała drzwi, żeby chronić dzieci. Ale to było najgorsze. Ojciec budził w nich paniczny lęk i Albertowi przez całe dzieciństwo trzęsły się ręce.
Wiosną siadał na trawie, albo na ławce i nie potrafił zrozumieć co się z nim dzieje. Nie mógł zrozumieć dlaczego to zrobił. Nie wiedział nawet, co dokładnie zrobił. Nie miało to żadnego sensu. Było jak sen, który niepotrzebnie się przyśnił, ale nie do końca. Jedynie rozpacz i nadzieja, że to już nie wróci, były realne. Przed południem było tam upojnie, a zapach trawy mieszał się ze słodkawym mdłym odorem z rzeźni. Kiedy wracał do domu mijał dawny klasztor, w którym położona była jego szkoła. W mrocznych korytarzach działy się tam różne rzeczy. Koledzy lubili go, chociaż wydawał im się jakiś inny. Nie potrafili tego określić. Wiedzieli, że jest ze stolicy. Prosili go czasami, żeby zagrał coś na gitarze. Odmawiał, ale wstydził się powiedzieć, że nie umie.
Był maj kiedy siedział nad rzeką zatopiony w rojeniach i podszedł do niego tajniak.
- Gdzie ukryłeś zwłoki? - zapytał. Musiało chodzić jeszcze o jakąś inną jego ofiarę, której nie potrafił sobie przypomnieć.
- Niczego nie ukrywałem. - odpowiedział. Policjant wyjął z kieszeni pistolet.
- Żebym cię tu więcej nie widział. Ale jeśli jej nie znajdziemy, będziesz miał problemy.
Być może nad rzeką rzeczywiście zaginęła jakaś kobieta. Musiała się jednak odnaleźć, bo go już nie niepokojono. Zapisał w swoim notesiku:
"Spłoszone sygnaturki,
synogarlice smutku,
samotność."
Kiedy opublikował w gazecie swoje pierwsze utwory młody nauczyciel, na którego sam widok uczniowie czuli grozę, wyrecytował je jak zawodowy aktor i niskim, dobitnym głosem zakomunikował:
- To napisał wasz kolega Albert, który tu z nami jest. Wy tego nigdy nie zrozumiecie, Mroczki!
Kiedy w nocy po skończonym roku szkolnym przyjechał na dworzec, ojciec nieoczekiwanie wyszedł po niego. Trząsł się z zimna. Musiał mieć bardzo wysoką temperaturę, a ojciec był dla niego wyjątkowo czuły. Nigdy przedtem taki nie był.
- Jesteś bardzo chory. Możesz mieć
zapalenie płuc. Muszę cię przykryć ciepłą kołdrą. Wypijesz ciepłą herbatę, a rano zawiozę cię do szpitala.
Wsiedli w taksówkę.
- A gdzie mama? - spytał.
- Nie możesz się rozczulać jak dziewczynka. Mamy nie ma.



Trochę może sentymentalne. Nie żebym się rozczulał nad mordercą, który prawie nie wiedział, że zabił... Zakończenie jest niedopowiedziane. Jednak można spodziewać się najgorszego. Matka nie zostawiłaby go samego z ojcem.
OdpowiedzUsuńW moim poczuciu błędem jest nazywanie emocji (rozpacz, nadzieja, lęk). Te powinny okazywać się same. Ale ta opowieść jest na to zbyt krótka.
Emocji nie potrzeba nazywać i tak razem z myślami to one „rządzą” działaniem człowieka. Emocja popycha, a myśl prowadzi. A właściwie to rządzi taki nasz wewnętrzny „obserwator”, który widzi jedno i drugie, a potem decyduje co jest lepsze w danej chwili.
UsuńKrótką i w miarę zwięzłą opowieść napisać jest zacznie trudniej niż dłuższą.
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że Gabriela nie obrazi się, że zamieszczam piosenkę jej Rodziców.
OdpowiedzUsuńAle potrzebowałem czegoś, co odwołuje się wprost do uczuć, a czego mój tekst nie zapewnia. Jestem w końcu melomanem.
Zdanie "Mamy nie ma" robi całą robotę. Inne zdanie zmieniłabym nieco na" Był jak sen, który niepotrzebnie się przyśnił, ale nie do końca". Ja tam po tej lekturze idę położyć głowę na tory. Z powodu syndromu Stendhala.
OdpowiedzUsuń