Sen diabetyka
Idąc wpatrywał się w wiszącą na niebie ołowianą chmurę. Wiał przenikliwy wiatr. Znalazł jakiś punkt na mieście, do którego chciał dotrzeć nim zapadnie zmierzch, chociaż nic tam nie było. Przypomniał sobie czego słuchał kiedy zmorzył go sen. Był to z pewnością Wenzel Ludwig Elder von Radolt - Wiedeńskie koncerty lutniowe. Ale lutnie przykryte były brzmieniem tak gęstym, że trzeba było niezłego ucha, żeby pod zawodzeniem skrzypiec usłyszeć jak tryskają kaskadą dźwięków. Spłynęła na niego melancholia pierwszych trzech utworów jakie usłyszał. Była tam też taka sinfonia, o której skrzypek napisał w książeczce "Nigdy nie grałem równie smutnego utworu." Po jej wysłuchaniu jego mózg posłusznie wyłączył się. Spał bez snów. Ale ta krótkotrwała śmierć okazała się być złudzeniem i trzeba było żyć dalej, chociaż po jej wysłuchaniu życie melomana było spełnione. Nie można było już do niego niczego dodać.
Wciąż myślał, że może jakimś zrządzeniem losu spotkają się. On chciał skoczyć z mostu, a ona nie chciała skończyć pod mostem i ich miłość rozsypała się na deszczu i wietrze. Z ziarenek piasku można było ułożyć mozaikę dawnych przeżyć, jednak trudno było uwierzyć, że kiedykolwiek istniała. A jednak istniała.
Będzie musiał uważać, żeby nigdzie nie usiąść. Ostatnio budził go zatroskany głos młodych kobiet:
- Czy wszystko w porządku? Cukier panu spadł? Zawezwać pogotowie? Czy da Pan radę dojechać do domu?
A więc były w jego życiu i kobiety. Czy to nie była jawna zdrada? Zwykle ucinał szybko rozmowę.
- Musi pan brać ze sobą jakiś cukier. I mieć na nadgarstku taką obrączkę, żeby od razu było wiadomo, że jest pan diabetykiem. Podwieźć pana do domu?
- Jestem diabłem. Poradzę sobie. Bardzo dziękuję.
- To brzmi zachęcająco.
- A pani jest melomanką?
- Przepraszam...kim?
- Prosze powiedzieć, kto to jest Wenzel Ludwig Elder von Radolf?
- To chyba jakiś Niemiec...
- No to przepadło...Kompozytor. Muzyka dawna. Barok.
- To interesujące. Gram na wiolonczeli. Na razie tylko w orkiestrze. Mam jeden bilet dla znajomych, mogą poczekać.
- Jeden na dwie osoby?
- Chciałam im popsuć sielankę, ale dam go panu. Gramy Bacha...
- Pani wybaczy, ale Bach...
- Zaczeka pan na mnie przed salą, urwę się od nich i zapraszam pana do siebie.
- Przykro mi, ale...
- To jest pan diabłem, czy nie?
- Tak tylko powiedziałem, żeby było śmiesznie.
- Za późno! Będę na pana czekać. Tylko proszę nie spać.
- A gdzie jest ta sala?
- Nigdy pan nie był w Wigmore Hall? A to dobre!
Poczuł się oszukany. Grała koncert wiolonczelowy Bacha, publiczność w ekstazie, wszyscy ją podziwiali, oklaskom nie było końca.
- No i jak? Zadowolony? - spytała.
- Ależ to transkrypcja! Jak pani mogła?
- Proszę potrzymać kwiaty. Kosz mi przyniosą...Ale zmarzł pan? Długo pan czekał?
- Myślała pani, że będę tego słuchał? To świętokradctwo! ... Mała myszka ukryła się w orkiestrze!
- Jest pan taki nieśmiały. Nie chciałam, żeby pan się wystraszył. A szara myszka to może jakoś wśliźnie się do serca.
- Raczej nietoperz...
- Niech Pan nie przesadza. Chociaż zamierzam wyssać z pana wszystko. Zamówiłam najlepsze lody z poziomkami, w sam raz dla diabetyka. Mają wysoki indeks glikemiczny, dziwi to pana?...I wiem już kim był von Radolf. Opowiem panu o nim w łóżku. Ale uprzedzam, nie wyjdzie pan z tego żywy.
- Proszę nie zapominać, że jestem diabłem.
- Właśnie widzę...Ale nie zginie pan od razu. Po jakichś dwóch, trzech tygodniach zabije pana tęsknota.
- W porządku.
Pojechali. Okazała się być prawdziwym aniołem. Założyła poziomkową sukienkę i po północy słuchali jej ulubionych płyt, konwersjując o muzyce. Wyznał jej, że kocha Kathleen Ferrier i Bruno Waltera... Później już nic nie pamiętał.
Śniło mu się piekło. Wspinał się do okna pięknej kobiety, a wtedy spadały na niego jak grad ostre noże i wylewała się z niego poziomkowa krew.
- Luizo! - wykrzyknął. Ale nikogo nie było. Stał pod mostem, tonąc w szarym świcie. "Jeszcze zatęsknisz za śmiercią. Kto to powiedział?"


Komentarze
Prześlij komentarz