Letnia sielanka


             ...Upał, ale czuję upojny zapach lipowych kwiatów. Gospodarz (mój teść) wnosi do sieni plastry z miodem. Pszczoły walczą do końca. Domownicy są uczuleni i chowają się po kątach. Towarzyszę mu z twarzą osłoniętą siatką. Ucięło go już kilkadziesiąt owadów, jednak zupełnie się tym nie przejmuje. 
          W nocy śpimy w oborze oddzieleni przepierzeniem od krowy. Prawie czujemy w zaduchu jej oddech. Przez otwarte szeroko wrota widać roziskrzone gwiazdami niebo. Słychać wieczorną muzykę koników polnych. "Chciałbym być niebem by gwiazd tysiącem wpatrywać się w ciebie" - napisał niegdyś boski Platon. 
        Rano głaskam cielaczka. Nadstawia ufnie główkę nie przeczuwając, że przeznaczony jest na rzeź. Potem idziemy z koszem "na" ogród. W domu nie będą tego jeść, ale goście mogą.  "Ziele jest dla inwentarza" - wyjaśnia gospodarz. 
        "Państwo" (profesor filozofii i jego żona profesor biologii) zapraszają nas na spacer po lesie. Profesor żartuje "Ja jestem ten zły profesor filozofii, a Pan jest Wujaszek Wania". Lusia (jego żona) opowiada, że czuje się szczęśliwa, ponieważ jej rodzice od dzieciństwa chronili i wzmacniali jej poczucie wartości. To pozwoliło jej swobodnie kontaktować się z ludźmi w poczuciu, że jest osobą zasługującą na szacunek. "Tego nie wolno w dziecku zabijać". 
       Wracając spotykamy  pracujących w polu. Lusia pozdrawia ich i mówi z zachwytem godnym Lwa Tołstoja: "Jaka piękna jest wasza praca!". Słońce mocno świeci,  ocierają spocone czoła i rzucają jej nienawistne spojrzenia. Gdyby nie była Jaśnie Panią, daliby jej chyba "w mordę". Profesor opowiada potem jak na wsi pokładali się ze śmiechu widząc, że "prowadzi kota na lince". 
        Żona przygotowała obiad z nadziewanej cukini. Do tego najlepsze na świecie ogórki kiszone z piwniczki ojca i pomidory. Na deser rogaliki z nadzieniem z płatków z dzikiej róży (zerwanych przez nas wcześniej) i kompot z suszu. Lusia chwali ją,  mówiąc, że podziwia delikatność z jaką przygotowuje potrawy.  
       Wieczorem spotykam profesora "na" ogrodzie. Siedzi na kamieniu i ogląda zachód słońca. Każdego ranka kontempluje wschód słońca,  a potem wraca do izby i pisze artykuł do południa - później odpoczywa. Wieczorem zjawia się tam znowu. Jest tak zatopiony w kontemplacji, że mnie nie zauważa. 
     Kiedyś przysiadł się do mne
(na podwórzu były takie dwa kamienie obok siebie) i pyta: "Czy ciągnie pan jeszcze powieść?" Odpowiedziałem, że chwilowo nie. "Ma pan ogromną łatwość pisania. Ja nie mam. Pisanie przychodzi mi z trudem. I ma pan takie wyjątkowe poczucie cudowności istnienia...zupełnie jak Stachura". Prawie się obraziłem o tego Stachurę. Powiedziałem, że łatwość pisania to dla mnie przeszkoda w wyrażaniu tego, co czuję. Dlatego staram się pisać mniej. 
       Na wsi Profesor z pozoru przeistaczał się, jakby zapominał o swej roli. Na wydziale uważano go za uosobienie doskonałych manier, których szlachetność podziwiano. Nikt nawet nie próbował go naśladować. Jego słowa były zawsze właściwe a zachowanie stosowne, jakby był uczniem Konfucjusza. Garnitur miał zawsze zapięty na ostatni guzik. 
     Ale w wakacje dochodziła do głosu jego mniej zauważalna kontemplacyjna, taoistyczna natura. Wsiadali z żoną do taksówki i jechali w jakieś odległe piękne miejsce, jak na tej podlaskiej wsi otoczonej ze wszystkich stron łąkami i lasami.   
        Najpiękniejsza była Dębinka, którą odwiedzały sarny i jelenie, i mnóstwo ptaków. W polu unosiły się skowronki...
    Chociaż była tu droga, którą dojeżdżał autobus z Białej, ta część wsi położona była na uboczu. Autobus zresztą bywał tak zatłoczony, że kiedy przyjechałem przedstawić się rodzicom przyszłej żony, nie zabrał mnie i musiałem iść po zmroku w ulewnym deszczu dwadzieścia pięć kilometrów. Byłem tak przemoczony, że przyszła teściowa patrzyła na mnie z politowaniem. Czego się nie robi z miłości. 
        Kiedyś była tam straszliwa burza. Uciekaliśmy z żoną polną drogą z lasu i ledwie dobiegliśmy do ogromnego  krzyża na rozstaju dróg. Nie zatrzymaliśmy się. Chwilę potem błyskawica rozdarła niebo i piorun uderzył w ten krzyż.  Cudownie ocaleni, ale przemoczeni do suchej nitki, odstawiliśmy kosz pełen zebranych w lesie jagód... 
        Profesor w swojej życzliwości wyczuwał już to o czym oboje jeszcze nie wiedzieliśmy. Kiedyś wykonał taki gest, jakby chciał objąć nas ramieniem i zbliżyć do siebie jakbyśmy byli sobie przeznaczeni. Byliśmy tym gestem oboje trochę zaskoczeni... 
       


Komentarze

  1. Myślę, że Ci profesorstwo byli sporo odrealnieni - bez dzieci, nie kopiący kartofli i posługujący się na ogół piórem :- D Trudno uważać ich za autorytety, nie sądzisz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno nie znali wiejskiego życia.

      Usuń
    2. Profesor to nie kosmita. Dziwne, że nie znali. Dlaczego nie pojechali od czasu do czasu pomóc przy zniwach albo wykopkach. Nie lubię jak nauczają innych ludzi osoby, które nie znają życia innego niż swoje. Jak oni mogli trafić do studentów, do innych ludzi? Zwłaszcza, że chodzi o filozofa i biologa.
      Hmm, może to właśnie przeświadczenie pcha mnie do tego, żeby pojechać, zwiedzić, zobaczyć, dotknąć, pomęczyć się, zakosztować, zdać się na los i innych ludzi. To bardzo kształcące.

      Usuń
    3. Stonkę jeszcze powinni zbierać jak w PRL-u. 😀

      Usuń
    4. I chrabąszcze... 😀

      Usuń
    5. Nie tylko, powinni doświadczać. Wtedy mogą pouczać i nauczać.

      Usuń
    6. Zbierałam stonke. A makulature i butelki sortuje do dzisiaj. Nie widzę w tym nic złego. Widzę natomiast jak niewiele mogli mieć sensownego do powiedzenia Ci profesorstwo. Przynajmniej w aspekcie tego, jak ich poisujesz.

      Usuń
    7. A ja oprócz stronki zbierałem chrabąszcze i jakoś profesorem nie zostałem, nawet doktorem, a mam tyle do powiedzenia na ten temat. 🤓

      Usuń
    8. Doświadczyli chyba więcej niż Ty, przeżyli też wojnę, mieli uznanie i kontakty daleko poza granicami kraju, a nie widziałem, żeby kogokolwiek pouczali. Nauczać osoby takie nie tylko powinny, ale wielkim szczęściem dla studentów było to, że to robiły. Następne pokolenie było już inne.

      Usuń
    9. To chyba lajtowo przeżywali te wojnę, skoro walka o byt i kopanie kartofli było im obce 😃

      Usuń
    10. Jeżeli chcesz nauczyć, zwłaszcza filozofii, to kop kartofle 😄 Jak chcesz uczyć biologii - kop kartofle. Inaczej jesteś teoretykiem- kosmitą. A nie autorytetem.

      Usuń
    11. To ja nie wiedziałem, a mogłem zostać profesorem rehabilitowanym filozofii. Kopałem ziemniaki, orałem, bronowałem, woziłem buraki traktorem, zbierałem kombajnem kukurydzę... I wszystko to będąc chłopakiem z miasta.

      Usuń
    12. Nie wiem, czy tak lajtowo. Mój promotor był żołnierzem Powstania Warszawskiego. Był bardzo ciężko ranny, ale przeżył. Baczyński, który miał mniej szczęścia, też nie kopał ziemniaków. To byli mlodzi ludzie poddani różnym opresjom. To nauczylo ich skromności i intelektualnej pokory...Kosmitą jest osoba wszechwiedząca.

      Usuń
    13. Oni zachowywali się jak cudaki. Przynajmniej tak o nich piszesz. A ty? Masz do czynienia z ziemniakami tylko wtedy, gdy ktoś podaje Ci je na talerzu do jedzenia. 😄
      Zresztą tyle razy już o nich pisałeś, że zachwycać się stale nimi jest nudne, nie ma po prostu czym.
      Wiesz, z biegiem lat narasta we mnie przekonanie, że intelekt i tego typu praca to mało, bardzo mało, żeby poznać świat i mieć w nim coś do powiedzenia.

      Usuń
    14. Wielu walczyło w powstaniu. Gdyby on nie walczył to kim by był? Miał wybór skoro był mlody i zdrowy i mieszkał w tym mieście? Wielu ludzi w jakiś sposób uczestniczyło w powstaniu. Nawet dzieci przecież. Które ginęły.

      Usuń
    15. No tak, cudaki, bo kota prowadzają na lince.

      Nie zachwycam się, czasem wspominam. Mam chyba do tego niejakie prawo. To kim byli jako ludzie dostatecznie doceniają inni.

      Żart Odzia z tą reedukacją wyjątkowo celny.

      Gdyby nie walczył, to kim by był? Większość nie walczyła, ale musiała cierpieć.

      Od szóstego roku życia obierałem w domu ziemniaki. Przyznaję, że ich nie kopałem - przynosiłem z piwnicy.

      Usuń
    16. Kosmita to ktoś z innej planety, nie rozumiejący co dzieje się na Ziemi.

      Usuń
    17. Ja prowadzam kota na lince 😃
      Nie docenią. Nikogo nie obchodzą. Oni są już przeszłością. Może szokujące ale prawdziwe.

      Usuń
    18. Każdy kto odszedł ma podobny los i "jest przeszłością". Dotyczy to poetów, literatów, ludzi nauki, myślicieli, mistyków, artystów, władców w takim sanym stopniu jak innych ludzi...Wszyscy kiedyś zostaną zapomniani. Ale nie wszyscy są zapomniani.

      Usuń
    19. Oczywiście, to żadna filozofia. Każdy to wie.

      Usuń
    20. Ale oni już nic nie mogą zrobić. A my tu teraz- możemy. I to się liczy. To jest najważniejsze. I na to nie żal energii. Przeszłość odbiera siły. Nie jest warto skupiać się na niej. Pomimo, że czasem by się chciało na niej zawisnąć.

      Usuń
  2. Opowiadasz tu o wsi, jak o miejscyu, gdzie biegałam jako dziecko. Ale żeby dorosci profesorowie się tym zachwycali?? :-D

    OdpowiedzUsuń
  3. Wieś i sielanka, to piękne przeżycie, choć wieś to dwa światy, sielankowy jeden i codzienny trud chłopa drugi. Pięknie opisałeś sielankę i rolę Profesora w tym literackim obrazie, który mocno oddziałuje na moją wyobraźnię. To nie jest suchy opis, czuć tu emocje, a sceneria opisana przez narratora, sugeruje osobiste przeżycia.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty