The Eternal
Zimna Zośka zawsze przypomina mi Zosię, która trzy metry pod ziemią nie czuje już chłodu. Fascynację "Joy Division" , podobnie jak jej siostra, zawdzięczała Alkowi Januszewskiemu. Ja też słuchałem wtedy tej muzyki, czytałem teksty utworów Curtisa i jego biografię, oglądałem film o nim, słuchałem dedykowanych mu wykonań, myślałem jak o kimś bardzo bliskim. Drugim naszym wspólnym "idolem" był Jim Morrison.
"New Order" wysłuchałem lewie kilka razy. Śmierć Curtisa głęboko mną wstrząsnęła i oczywiście dociekaliśmy jej przyczyn, słuchając tego, co mówili i pisali o nim jego żona, kochanka i znajomi. To nie miało większego sensu - w przypadku samobójstwa trudno przebić się przez splot zapętlonych przyczyn. Tu było ich co najmniej kilka, które tragicznie zbiegły się w czasie. Ale u ich podłoża tkwiła jego nadwrażliwość i depresja . To prawda, że był osamotniony i można pytać, dlaczego koledzy, żona, przyjaciółka, producent, nie ratowali go. Ale takie pytania dotyczą każdej samobójczej śmierci młodej osoby.
Chociaż bardzo lubiłem "Unknown Pleasures", całkowicie mnie pochłonęła aranżacja Hannetta ze strony B "Closera". Nie wiem, czy była całkiem zgodna z tym, co Curtis chciał wyrazić, ale pozwoliła wydobyć odpowiednio gęsty, melancholijny nastrój. Słuchałem jej tak wiele razy.
Z nowej fali spore wrażenie wywierał na mnie bardziej teatralny, ale brzmieniowo pełen inwencji "Bauhaus". Oczywiście Marley i roots reggae - Burning Spear, Ijajman Levy, Misty in Roots, Culture, Keith Hudson.
Kiedy Zosia była w szpitalu nagrałem jej kasetę z utworami Burning Speara z jednej z jego późniejszych, ale wciąż udanych płyt. Mówiła potem, że ta muzyka przywróciła jej poczucie sensu życia w opresji, w jakiej się znalazła po nieudanej operacji. Słuchała też sporo reggae, a jej ulubieńcem był Ras Michael (and "The Sons of Negus" ), który łączył roots reggae z bardziej pierwotną muzyką Nyabinghi. Augustusa Pablo chyba nigdy nie słuchaliśmy razem. Ja wtedy nie wiedziałem jak jest istotny. Podczas jej choroby często odwiedzałem ją w domu, słuchaliśmy muzyki i rozmawialiśmy sporo o rzeczach bardzo osobistych, ale i o buddyzmie i ziołach, którymi się fascynowała. Wiele lat wcześniej pożyczyłem jej "Człowieka bez właściwości" Musila i "Dzienniki" Kafki, którego uwielbiała. Ale w tym czasie już o nich nie mówiliśmy. Na ścianie naprzeciwko jej łóżka Alek przykleił jeden z moich groteskowych rysunków, które lubiła - "Niebożątka": przedstawiał na wąskim pasku dzieci, z których każde dręczyło inne dziecko. To było moje wspomnienie z pierwszej klasy podstawówki.
Po nieudanej operacji woziłem ją na wózku do Łazienek. Wierzyła, że z drzew może pozyskać energię, obejmowała je i dotykała. Wierzyła też w działanie namagnetyzowanego buddyjskiego zboża. Przysłałem jej studenta bioenergoterapeutę, który próbował ją rehabilitować. Próbowaliśmy z jej siostrą załatwić jej miejsce w Klinice Neurologii Akademii Medycznej, gdzie była wcześniej leczona, ale ordynator odmówił. Prawdopodobnie wiedział, że nie przeżyje i nie chciał "blokować łóżka". Nie mieliśmy też dość pieniędzy na łapówkę.
Poproszony o filozoficzną redakcję książki "Mnich i filozof", co jak zawsze zrobiłem bezinteresownie, w nagrodę zostałem z Zosią zaproszony na spotkanie z Dalajlamą, które odbywało się w UW - przepuszczono nas przez tłum i siedzieliśmy blisko. Dalajlama sprawiał wrażenie człowieka ogromnie życzliwego. Jednak spotkanie to ją głęboko rozczarowało. Oczekiwała jakiejś uzdrawiącej mocy, nadziei, a powiedział tylko:
- Kiedy swędzi mnie szyja, idę do lekarza, a nie modlę się...
To było szokujące. Nie podobało jej się też, że Tybetańczycy całowali go w wyciągniętą dłoń.
Tego dnia kiedy pojechała z siostrą do Lichenia, miałem coś, co można by nazwać przeczuciem. Narysowałem w swoim notesie śmierć. Wieczorem zadzwonił telefon. Straciła przytomność i przez pół roku już jej nie odzyskała. Jeździłem do szpitala we Włocławku, gdzie leżała i czasami tam nocowałem lub koczowałem w lesie przed szpitalem. Myśleliśmy, że się wybudzi, bo podobno odemknęła na chwilę powiekę.
Jej pogrzeb pamiętam tak dobrze, bo byłem tam, obok jej ojca, siostry i niewidomej matki, w roli najważniejszej postaci. Pierwszy rzuciłem grudkę ziemi. Widziałem (tylko ja) jak była malowana do trumny. To była pierwsza bliska osoba, jaką straciłem. "Ostatni akt jest krwawy, choćby i całe życie było najpiękniejsze. Gruda ziemi na głowę i koniec na zawsze" - napisał Pascal. Dziwna myśl jak na człowieka głęboko religijnego.
Odrzucała wszelkie pocieszenie. Pamiętam jedną z naszych rozmów w szpitalu.
- Dlaczego stoisz nade mną jak kruk? Przecież ja wiem, że umrę...
Student też na swój sposób próbował przezwyciężyć jej depresyjny nastrój. Nie tylko z nią ćwiczył, ale gadał o pozytywnym myśleniu. Do dziś szydzi ze mnie jego dedykacja w książce "Siła umysłu", która została mi po niej, obok zdjęć: "Chcieć, to móc!"




18 maja była też rocznica śmierci Augustuda Pablo.
OdpowiedzUsuń