Kilka raczej bezużytecznych uwag na temat miłości



 


Wygasłe ongiś sny nigdy nie      powracają 
I obumarła miłość nigdy nie
zmartwychwstanie. 

(Horiguchi Daigaku)

      
     Pesymizm japońskiej poezji bywa zadziwiający, jeśli oczywiście pominiemy to wszystko, co w stosunku Japończyków do życia czyni go znośnym, a nawet konstruktywnym.  Ale czy nie jest tak? "Wygasłe sny"i "obumarła miłość"...
  Jednak trzymając się pierwszej metafory łatwo zauważyć, że czasem coś przygasa, ale nie wygasa. Sny mogą tlić się jeszcze długo, a z nich może jak feniks odrodzić się płomień. (Tłumienie i wyparcie nic tu nie pomogą).  Ale, jak pisał "nasz" książę La Rochefoucauld, najtrudniej uwierzyć w to, że już się nie jest kochanym. Szukamy
tysięcznych potwierdzeń naszej płonnej nadziei i oczywiście je znajdujemy, choć rzeczywistość jest inna. Zdarza się, że to my obumieramy, albo nawet umieramy, a nie tylko nasza nadzieja. Uważna lektura listów pisanych przed śmiercią przez samobójców,którzy zabijają się "z miłości", wskazuje na to wyraźnie. 
  Ale może to dobrze, że czasem wygasają? W końcu nie bez powodu Owidiusz przedstawił mnóstwo sposobów na to jak się odkochać. Utwór żartobliwy, ale temat wbrew pozorom,  dość poważny. To sposoby praktyczne. Nie będę jednak podążał za uskrzydloną wyobraźnią i żartem  Poety.  
  Jest jednak coś, co sprzyja nie tyle usunięciu miłosnego czaru, ile raczej wyrzeczeniu. Miłość, przynajmniej ta namiętna, to czułość, pragnienie i tęsknota, nierzadko  poświęcenie. Ale jej początkiem, źródłem  jest pragnienie. A pragnienie można łatwo osądzić jako złe, można też sam przedmiot miłości zacząć postrzegać jako zły. Św. Augustyn na przykład kajał się, że bardziej kochał kobietę niż Boga. 
   Praktycznie nie jest to łatwe - przypomina dzieci próbujące zadeptać żar ogniska. Potrzebujemy iluzji i samopotwierdzenia. Nawet jeśli, jak w piosence Marleny Dietrich, nasza iluzja jest "z second 
handu". 
   Jak to wyjaśnia pewien buddyjski (i medialny) mnich -jeśli ktoś nas kiedyś kochał,to dawało nam to  poczucie, że jesteśmy tej miłości innej osoby w jakiś sposób warci, że  było w nas coś,co sprawiało, że obudziliśmy w niej uczucie. I dlatego czujemy się "przekreśleni". A przecież czyjeś odrzucenie nikogo nie przekreśla. Jesteśmy wciąż osobą, która zasługuje na miłość, a być może nawet rozumiemy teraz więcej. Nie ma więc sensu zadręczać się i obwiniać.
   Argument ten ma nas pocieszać, dlatego pomija pewien dość istotny szczegół. Kiedy kochamy drugą osobę, jesteśmy skłonni do poświęceń, ponieważ nie jest nam obojętny los tego, kogo kochamy. Poza tym, miłość to upojenie i rzeczywiście podnosi nas, bo chcemy być w oczach osoby kochanej lepsi niż byliśmy dotąd. Często też mamy poczucie piękna i niepowtarzalności istnienia osoby kochanej. (Dla platonika pragnienie piękna jest istotą miłości). 
   Tym, co mnie zraża do praktycznej psychologii i psychoterapii jest posługiwanie się przykładami z praktyki terapeutycznej. Ma to uwiarygodniać przyjmowane często arbitralnie tezy. Rozumiem, że czasami nie da się czegoś wyjaśnić inaczej,ale metoda ta jest notorycznie nadużywana i ukrywa pewną pustkę przemyśleń. Daje też autorowi bezpieczne poczucie wyższości nad ludźmi, którzy sobie z czymś nie radzą...Dlatego tylko wyjątkowo się do niej odwołuję, a i to z pewnym zażenowaniem. 
   Pewna dobrze znana mi osoba została dotkliwie pobita przez partnera w sposób zagrażający potencjalnie jej życiu. Trafił za to do więzienia na pół roku, bo nie dało się tego ukryć,a ona dostała niebieską kartę. Wybaczyła mu. Troszczyła się o niego przez cały pobyt,myśląc tylko o odwiedzinach i paczkach, a potem znowu razem zamieszkali.A kiedy nieoczekiwanie zmarł, popadła w ciężką depresję, wypełnioną samooskarżeniami.Nie wiem, czy można ją postrzegać jako ofiarę miłości, choć jej poświęcenie przez okres trwania tej relacji było niezwykłe. 
   A jak jest z owym "obumarciem"? Obumarcie i wygasanie nie wydają się być równoważne. Miłość, której nic już nie podsyca, obumiera. Ale niespełnienie pragnień nie musi być jej kresem. Być może nawet nieszczęśliwa miłość jest paradoksalnie jedyną szczęśliwą, bo jej obiektu nie można utracić, nawet gdyby umarł lub znalazł szczęście z kimś innym. Nic złego nie może się przydarzyć. Nie wzbudza w przypadku porzucenia nienawiści, zazdrości,ani chęci niszczenia drugiej osoby lub jakiegoś wyrównywania rachunków. Dlatego ona sama bywa pożądana, niekoniecznie przez cierpiętników. 
   Ale i to jest iluzją. Jeśli kogoś kochamy, to nie jest nam obojętne, co go w życiu bez nas spotka. Stąd, szczególnie w przypadku mężczyzn, obawa, że kochana owieczka zbłądzi, zatraci się, bądź zostanie przez kogoś wykorzystana.Jest w tym odrobina męskiego szowinizmu, a przynajmniej jakieś przekonanie o zbawczej roli miłości, która ma chronić przed złem...Ale zdarzają się zagubione dusze. 
   Jednak to dotyczy tylko namiętnej miłości, ponieważ w głębszym sensie miłość jest wspólnotą losu. A taka miłość nie przemija i oznacza zgodę na wspólne przeżywanie codzienności z jej radościami i troskami, a czasem nawet z poczuciem absurdu. Być może taka miłość, która jest regeneracją naszej wrażliwości, odradza się nieustannie. 
   
   

Komentarze

  1. Nie chcę tu narzucać nikomu poglądu, że należy kochać jedną i tę samą osobę przez całe życie. Nie zawsze to jest możliwe i nie zawsze dobre. Wymaga to też poszanowania wolności osoby kochanej i jej wzajemności.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wolności...I jak Rilke pisał, samotności.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty