Trudne pytanie


             Pewien sławny psycholog napisał, że "depresyjne matki nie potrafią okazywać miłości swym dzieciom". Przypomina mi to historię pewnej najbliższej mi kiedyś osoby, która żaliła się, że matka nigdy nie brała jej na ręce i nie przytulała, ponieważ jej własne dzieciństwo spędzone gdzieś na podlaskiej wsi, było straszne. Została sierotą, a dalsza rodzina, która się nią zaopiekowała, trzymała ją w chlewie. Osoba ta cierpiała później sama na ciężką depresję i lęk społeczny, które z pozoru miały inne przyczyny. 
   Ulubioną lekturą innej mojej najbliższej osoby była książka pewnej psychoterapeutki zatytułowana "Przytul mnie mamo!" Szczerze tej książeczki nienawidziłem, ponieważ osoba ta mówiła, że dokładnie opisuje jej przypadek i udrękę, na przeżywaniu której się koncentrowała, niszczona przez despotyczną matkę. A ponieważ jeszcze dwie bliskie mi osoby płci żeńskiej, z którymi utrzymuję obecnie dość intensywny kontakt, też mają problem z relacją z własną matką i są w poważnej depresji, pomyślałem nawet, że w jakiś sposób przyciągam, magnetyzując niejako, takie osoby. 
     We wszystkich tych przypadkach i zwierzeniach dominuje figura zaborczej, agresywnej lub zobojetniałej, depresyjnej matki, na której miłość dziewczynka, a potem dorosła osoba, chciałaby zasłużyć. To niezaspokojone pragnienie, a nawet głód miłości, miały w przypadku tych osób tragiczne konsekwencje dla ich osobistego życia i były źródłem wielu traum.  
    Podobnie było w przypadku innej, młodej jeszcze mej znajomej, która zalewając się łzami, nazwała swą matkę "wredną suką", która nigdy jej nie rozumiała i nie kochała, a jednak potrafiła odejść z życia z godnym podziwu spokojem i godnością. 
       Nie wiem jak powszechne jest to zjawisko wśród mężczyzn.  Moja matka była w pierwszym małżeństwie poniżana i zaszczuta, jednak starała się, bez większego powodzenia, chronić mnie i brata przed nieobliczalnym ojcem.  A na krótko przed śmiercią, nieoczekiwane powiedziała, że żałuje, że za mało mnie kochała, ponieważ w odróżnieniu od brata nie miałem w dzieciństwie dramatycznych kłopotów ze zdrowiem.  Wyznanie to, powtarzane przez nią kilkakrotnie, bardzo mnie zmartwiło. Nie czułem się przez nią jako dziecko niekochany, czy odrzucony. W każdym razie dla mnie problemem była relacja z ojcem, przed którym czułem lęk i od którego chciałem być za wszelką cenę inny. Matka dość często mówiła, że jako dziecko byłem dla niej czuły i przypominała mi ze wzruszeniem, że kiedy miała iść na operację do szpitala, przyniosłem jej do łóżka wszystkie swoje ulubione zabawki z pokoju i starałem się ją pocieszyć. Niemniej uważała, że w dzieciństwie byłem nadwrażliwy i niepodobny do innych dzieci. Wspominam o tym jedynie dlatego, że nie potrafiłem jej obronić przed ojcem. 
      Jednak nieczułość matek w stosunku do córek nie musi być uwarunkowana depresją, ani autorytarnym charakterem, który odmawia nieposłusznemu dziecku miłości. Ten drugi przypadek doskonale opisał Fromm. Dziecko, które chce się rozwijać i żyć własnym życiem nagle zauważa, że matka postanawia je za to karać odmawiając spełniania jego potrzeb. W ten sposób uczy dziecko, że dobrem nie jest jego rzeczywiste dobro, a to, za co jest się nagradzanym i co ważniejsze, nie jest się karanym. Najgorszą rzeczą, jaką można  zrobić wychowując dziecko, to pozbawić je poczucia własnej wartości. 
      Jest dość oczywiste, że żale i pretensje wobec rodziców bywają nieuzasadnione, czy nawet krzywdzące i że nie należy zrzucać na nich odpowiedzialności za własne niepowodzenia i błędy. Niemniej determinizm jest niezwykle silny, bowiem nie tylko dziedziczymy po rodzicach "geny", ale oni nas wychowują lub czasem niestety deprawują. Sami natomiast są silnie zdeterminowani przez różne uznawane w społeczeństwie przesądy i koncepcje wychowawcze.  Stoimy przed trudnym pytaniem, jak wobec istnienia owego determinizmu, nazywanego też czasem losem, zachować jakąś cząstkę wolności, która nie czyniłaby z nas "ofiar losu". 
       Co należy robić, aby dziecko nie było nadmiernie wydelikacone, nadwrażliwe i "mimozowate" ?  Poza poglądami wyrażanymi przez światłych mędrców, w  różnych kulturach istniały "naturalne" sposoby, których wartość bywa często problematyczna. 
      Autor "Komentarzy królewskich o Peru Inków" (1609) wspomina o surowości z jaką Inkowie wychowywali  dzieci. Inkowie "wychowywali swe dzieci w szczególny sposób, najmniej czule jak to było możliwe. Kiedy dziecko przyszło na świat, Indianki myły je zimną wodą przed zawinięciem w pieluszki: robiły to samo każdego ranka, wystawiając wodę do kąpieli na wieczny chłód...Kobiety mówiły, że czynią to wszystko, aby przyzwyczaić dziecko do zimna i zmęczenia oraz aby wzmocnić jego członki. Przez trzy miesiące zawijały im w pieluszki także ramionka, żeby - jak mówiły - nie osłabły. Kładły je  je spać zawsze na czymś w rodzaju zwykłej ławki, której jedna noga była krótsza od trzech pozostałych, co umożliwiało kołysanie. Przed upadkiem z takiej "kołyski" chroniła dziecko gęsta siatka, w którą były zawinięte i przewiazane grubym włóknem. Matki nie brały wcale dzieci w ramiona, nawet aby dać im piersi, czy też w innych okolicznościach. Uważały, że jeśli dzieci przyzwyczaja się do tego, staną się płaczliwe i nie zechcą pozostawać w kołysce. Karmiły trzy razy dziennie, rano, w południe i wieczorem, pochylając się nad dzieckiem. Poza tym nigdy nie dawały im piersi. Wolały słuchać jak płaczą, bo mówiły, dzieci przyzwyczajają się do ssania przez cały dzień, brudzą się wymiocin ami i ekskrementami, a gdy dorosną, będą obżartuchami. Powoływały się na zwierzęta nie karmiące swych małych przez cały dzień, lecz tylko o konkretnych porach. Pewna wielka dama zostawszy matką karmiła swe dziecko sama, z wyjątkiem dni kiedy była chora. W okresie karmienia kobiety powstrzymywały się od stosunków z mężem, mówiąc, że to szkodzi ich pokarmowi i powoduje wątłość dziecka. Dzieci cherlawe Indianie nazywali ayusca: był to imiesłów czasu przeszłego oznaczający odmieńca, a dokładniej - dziecko zamienione...
     Dopóki matka miała wystarczająco dużo mleka, aby wyżywić dziecko, nie dawała mu nic innego do jedzenia do czasu, a nie odstawiła go od kołyski. Indianki twierdziły, że inne pożywienie, mieszane z mlekiem matki, psuje je i szkodziniemowlęciu. Kiedy nadszedł moment wyjęcia dziecka z "kołyski", kobiety drążyły w ziemi otwór do wysokości klatki piersiowej dziecka, wyścielały go starymi gałganami i wsuwały tam malucha w pozycji stojącej. Stawiały przed nim kilka przedmiotów do zabawy. Dziecko mogło tam skakać i ruszać się, a matka dalej nie brała go na ręce, nawet jeśli był to syn najwyższego dygnitarza królestwa. 
       Kiedy małe zaczynało raczkować, ssało pierś klecząc znowu po to, by matka nie musiała brać go na ręce: jeśli pragnęło drugiej - kobieta podsuwała mu ją, również nie biorąc dziecka na ręce. Trzeba przyznać, że po porodzie kobieta była dla siebie jeszcze mniej czuła: myła się w strumyku lub w domu w zimnej wodzie, potem myła dziecko i zabierała się do gospodarstwa, jak gdyby nic się nie stało. Indianki rodziły bez akuszerek, których nigdy nie miały. Jeśli ktoś asystował przy porodzie, to czarownica nie akuszerka. Oto jakie były zwyczaje Indianek rodzących i opiekujących się dziećmi, niezależnie od tego, czy były bogate, czy biedne, szlachcianki, czy plebejuszki." 
     Ta relacja nie budzi mojego zachwytu, nawet jeśli opisuje pierwotną surowość życia w niezbyt sprzyjającym środowisku naturalnym, naśladując niejako naturalne przystosowanie zwierząt podporządkowane selekcji najbardziej odpornych osobników. 
    Oczywiście denerwują mnie matki, które pozwalają dzieciom wrzeszczeć w autobusie tak, że uszy puchną, albo babcie, które szukają dla pociech miejsca, nierzadko walcząc o nie, po to, aby same stać obok "króla" całymi godzinami. W pedagogice jest na to śmieszne określenie "pajdocentryzm" i jest to niestety plaga naszych czasów, ale i reakcja na wcześniejsze, nadmiernie represyjne i krzywdzące dziecko koncepcje wychowawcze. 
      Inkowie mieli też dość niepokojący zwyczaj składania w ofierze dzieci, ale zaszczytu tego mogły odstąpić jedynie dzieci z uprzywilejowanych, arystokratycznych rodów. Kult Słońca i światła miał swoje niewinne ofiary...
  
 



Komentarze

  1. Powiększone litery to dzieło sztucznej inteligencji...Sam tekst nie odpowiada na pytanie jak wyjść z mroku depresji. Nie mam też zbyt wielu własnych doświadczeń w wychowywaniu dzieci.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiesz, nie da się wychowywać dzuecki na takie, żeby ono było. Rodzic kochający i świadomy pokazuje różne warianty i różne drogi, wskazuje postawy dobre i złe (te podstawowe), no potem wszystko się niesza.
    Istotę, że ludzie są rozni. Matki I ojcowie też. Jeżeli dziecku dzieke się krzywda, to nie tylko rodzice są za to, moim zdaniem, odpowiedzialnością. Ludzie dookoła też.
    Jest też tak, ze przychodząc na świat nikt nam niczego nie jest winien. Ludzie stale żyją w jakichś traumach mniejszych lub większych. A nawet wydumanych.
    Skupiłabym się raczej na wsparciu społecznym siły jednostki, a nie szukaniu winy dookoła. Toż Ludzie po Auschwitz wiedli dobre życie.
    Aha: ludzi"pokreconych" pod różnymi względami jest mnooooostwo. Czyli raczej jest to norma.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie naprawiajmy swiata, Nezumi, zanim nie naprawimy siebie.
    I to źle rokuje, że napisałeś. Myślałam, że wreszcie wziąłeś się za siebie.

    OdpowiedzUsuń
  4. A kiedyś to wsadzano dzieci do pieca na trzy zdrowaśki...

    OdpowiedzUsuń
  5. Podjąłeś temat, w który każdy może wpisać swoją własną historię. Temat istotny i ciekawy.
    Rygorystyczne wychowanie u Inków, o którym piszesz jest chyba skrajnie surowe i ma swoje uwarunkowania. Ale patrząc historycznie, to dopiero w epoce "bezstresowego wychowania" to się zmieniło i przyjęło postać nieco przedobrzoną, której efekty od dawna obserwujemy. Natomiast ci "bezstresowcy" swoje dzieci traktują często karygodnie.
    W latach 90. głośno podejmowano problem toksycznych rodziców. Tacy rodzice zawsze byli, ale wówczas zdawało się, że niemal wszyscy są toksykami. Najgorzej, jeżeli zarówno wychowanie surowe, jak i jego przeciwieństwo przyjmuje postać patologiczną. Wówczas jest dramat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bezstresowe wychowanie to koncepcja. Idea, jakich wiele. Nie dzieje się tak. Ale może to być niedorozumiane : Nie zrozumiesz pokolenia starszego od siebie o 10 lat, jak i młodszego od ciebie o 10 lat. Metod nauczania i "wychowania" jest tyle, ilu rodziców.

      Usuń
    2. Całkiem serio: czy Wy, jako babcie i dziadkowie, bylibyście zainteresowani pokazaniem wielu dzieciom w czym jesteście dobrzy? Zainteresowaniem ich swoimi zawodami, pasjami, czasami dawnymi? Chodzi o to, że chcemy stworzyć możliwość włączania seniorów w życie dzieci/młodzieży. Obecnie na to przeznacza się pieniądze ministerialne :-)))) Czy, z Waszej perspektywy, takie inicjatywy są sensowne/potrzebne seniorom i dzieciom?

      Usuń
    3. Jeżeli to bullshit to też napiszcie, proszę, bo nikt nie zamierza robić dla seniorów rzeczy, których oni sami nie chcą. Faktem jest, że rodziny są coraz mniej liczne i za moment młodzież nie będzie nawet dostrzegać potrzeb i ważności osób starszych w społeczeństwie. Ale nie będziemy wydawać pieniędzy na nietrafione inwestycje - a kogo o taką rzecz spytać, jak nie Seniorów? Więc pytam 😃

      Usuń
    4. Nie czuję się seniorką, nie umiem więc odpowiedzieć na Twoje pytania. Taki może wybryk natury, nie wiem...

      Usuń
    5. Czyli nie uważasz za potrzebne włączanie ludzi w Twoim wieku w świat dzieci i młodzieży w ramach ogolnopolskich: oświatowych, kulturalnych, warsztatowych, piknikowych, itp.? Nie tylko o Ciebie chodzi. Masz z pewnością przyjaciółki, koleżanki, sąsiadów.

      Usuń
    6. Nie musisz mnie kokietować z tym wybrykiem natury ;-) Chociaż mam w sobie meskie geny 😆

      Usuń
    7. Za dużo sobie chyba myślisz.

      Usuń
    8. Ach, zapomniałam dodać 😉

      Usuń
  6. Moja mama, wzorem owych dość surowych i wymagających matek (mamy moich koleżanek były jednak łagodniejsze), trzymała mnie krótko i nie okazywała czułości, bo jak mówiła nie potrafiła. Często się Jej bałam.Tato wszystkie te braki w nadmiarze mi wyrównał. Nigdy nie miałam potrzeby zasłużenia na miłość mamy, jakbym podświadomie wiedziała, że ona kocha mnie po swojemu. Do dzisiaj pamiętam nie byle jakie prezenty i inne ważne niematerialne rzeczy, które mi darowała.
    Sama byłam mamą bardzo czułą. Gdy były małe, wymiętoliłam te moje dzieci ponad miarę. Choć sama jestem pani niedotykalska. Ale małe dzieci kocham bardzo, nie tylko własne, wszystkie. I choć nastał czas nie tykania dzieci, w pracy swojej zawsze czochrałam im czuprynki, a i przytuliłam nierzadko. Nie mówiąc o żartach. Bardzo to lubiły 🙂
    Z moich czterech wnuków, jeden to przytulasek wzorcowy. Jeszcze dzisiaj - dryblas już taki - czuły jest bardzo. Jego brat bliźniak też nie skąpy... Ale dwaj pozostali dbają o równowagę w przyrodzie 😀

    OdpowiedzUsuń
  7. Jeżeli rzeczywiście przyciągałeś w jakiś osobliwy sposób kobiety, które nie zaznały czułości swoich matek, to chyba dlatego, że potrafiłeś im te przykre przeżycia wynagrodzić. Dać im miłość, ciepło i sprawić, że czuły się mimo tamtych traum - szczęśliwe. Byłeś właśnie Im potrzebny i nadal jesteś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Don Kichot czy Sancho Pansa? Ach ten Cervantes

      Usuń
  8. Na podstawie opowiadań i z doświadczenia własnego, mogę powiedzieć tak, w mojej rodzinie od zawsze Matki były od wychowywania w miłości, a Ojcowie, jeżeli nie byli na wojnie, to brali się za wychowywanie dzieci tylko w przypadku gdy potrzebna była do tego surowość, której Matki z racji tej miłości nie posiadały. Działało to praktycznie niezawodnie do XXI wieku, bez psychologów, depresji i patologii w rodzinie. To tak w dużym uproszczeniu, bo oczywiście były różne sytuacje życiowe i towarzyszące im problemy, czy błędy wychowawcze, jednak wszystko to nie przekraczało ram określonych przez moralność naszego społeczeństwa jako wychowanie wystarczające. Można było oczywiście wychowywać dzieci lepiej, czy mówiąc inaczej lepsze, jednak niestety rodzice dopiero wtedy wiedzą jak dobrze wychowywać dzieci, gdy już im to do niczego potrzebne nie jest, bo dzieci są już dorosłe. Tak, że na temat złego wychowywania dzieci właściwie nie mam nic do powiedzenia, bo znam to jedynie z przykładów.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty