Złe samopoczucie profesora Tachibany
Profesor Tachibana nie czuł się tego wieczoru dobrze. Prawdę mówiąc był całkiem załamany. W domu było zimno, a za oknem leżał śnieg, który nadawał okolicy widmową poświatę. Obudził się w moherowej czapce, którą nosiła przed śmiercią jego matka, a kiedy przejrzał się w lustrze, wyglądał jak zmarły niedawno ojciec, który golił się co kilka tygodni. Twarz ojca, którą rozpoznawał teraz w lustrzanym odbiciu swej twarzy, budziła w nim współczucie. Tak chciał żyć, a umarł nieświadomy niczego podczas snu. O śmierci matki w ogóle nie myślał - była z nim przez cały czas. Bardzo chciała umrzeć, ale nie tak, w korytarzu na szpitalnym łóżku, półprzytomna i całkowicie bezradna.
Usiadł w fotelu i od razu przypomniał sobie o chorobie Etsuko. Nie pozwoliłaby mu zresztą o niej zapomnieć. Dzwoniła do niego co dwie, trzy godziny. Jego była żona potrafiła już tylko rozmawiać z duchami. Codziennie jednak sączyła mu do uszu: "Czuję tylko smutek i lęk. Jedynie sen mnie od nich uwalnia, kiedy zasypiam nie mam takich myśli, ale nie mogę spać. Wszystko jest bez sensu. Ale dlaczego jest bez sensu, przecież nie tak miało być! Czuję, że jakaś siła niszczy moje życie. Znam tylko rozpacz. Wszystko, cokolwiek widzę, przefiltrowane jest przez rozpacz. Nie widzę słońca...Jesteś dla mnie całym światem. Nie mam nikogo. Czekam tylko aż będziesz do mnie mówił". Po śmierci kochanka uchwyciła się go jakby był jedyną nitką łączącą ją jeszcze z życiem, nitką, której nie można zerwać, nie czując tego, że zaciska mu ją na szyi.
Na chwilę udało mu się odsunąć te myśli, wypił nawet zieloną herbatę, ale pod jego przymkniętymi powiekami zjawiła się Mitsuko. Pochylała się z wdziękiem nad jakąś grządką w ogrodzie, a nawet uklękła, żeby sfotografować złotą chryzantemę. Patrzył na nią z czułością. Był początek jesieni i ogród wyglądał wyjątkowo pięknie. To był ich ostatni spacer. Szli jeszcze przez jakiś czas w wieczornej mgle nie odzywając się do siebie, jakby przyzwyczajali się do przyszłej rozłąki. Po jej odejściu kilka razy próbował się zabić, ale wciąż miał nadzieję, że ją spotka. Teraz jednak nie myślał o unicestwieniu. Nie potrafił nawet płakać.
Potem nagle zasnął. Była już czwarta rano kiedy ktoś zapukał do drzwi. Nie dobijał się. Delikatnie, jakby zjawił się w dobrych zamiarach, ale nie chciał zakłócać jego spokoju. Ale Tachibana pomyślał, że to śmierć. Od dawna był chory, więc nie wiedział dlaczego tak się z nim cacka i skrada. Zamarł i prawie przestał oddychać, jednak po pewnym czasie niepokój znikł, a stukanie nie powtórzyło się.
Ranek był mroźny. Wyszedł z domu i całą uwagę koncentrował na tym, żeby nie przewrócić się na pokrytym lodem chodniku, jak doświadczony lis idący po kruchej tafli. Kiedy wychodził ze sklepu usłyszał za sobą głos. Odwrócił się i popatrzył ze smutkiem na młodą kobietę, która ukłoniła się i powiedziała:
- Pewnie pan profesor mnie nie pamięta. Dziesięć lat temu podczas wykładu powiedział Pan coś, co szczególnie mnie poruszyło.
Uśmiechnął się. Od niedawna zaczął uśmiechać się do napotkanych ludzi.
- Wydawało mi się, że mówię wyłącznie takie rzeczy.
- Może wejdźmy do kawiarni...
- To aż tak ze mną źle?
- Wygląda pan, jakby zobaczył pan ducha.
- Patrzyłem w lustro.
- To niesamowite! Myślałam dzisiaj o panu, a nawet złożyłam panu wizytę. Byłam przekonana, że pan nie śpi, bo ukradłam panu sen. Podczas wykładów wydawało mi się, że patrzy pan na mnie, jednak ponieważ rzadko się odzywałam, pewnie nie zwrócił pan na mnie uwagi. Byłam dla pana tylko szarą myszką...
- Zmieniłem się trochę, prawda? Ale nie chodzi mi o to, że zmieniłem się fizycznie. Jestem kimś innym niż byłem.
- Chcę panu pomóc "odejść stąd", jak powiada Platon i ukoić pana tęsknotę. To tylko taka mała przysługa w dowód wdzięczności. Kiedy chciałam ze sobą skończyć pańskie słowa uratowały mnie, a teraz chciałabym spełnić pana największe pragnienie. Zrobię dla pana wszystko. I proszę nie myśleć, że to tylko słowa. Ja naprawdę to zrobię.
- Nie wiem, czy mam to rozumieć dosłownie?
- Tylko dosłownie! Zakochałam się w panu takim, jakim pan wtedy był. Śnił mi się pan. Ale dopiero teraz mnie pan potrzebuje.
- Wszystko jest snem i jest pisane na wodzie, a już najmniej realne jest spełnienie naszych najgłębszych pragnień. Nie wie pani, czym może okazać się takie spełnienie. Jak pani może pamięta z wykładu o dawnej filozofii dusza, albo raczej to, co w ten sposób nazywamy, zmienia się nieustannie i pragnienia nigdy nie są takie same. Wszystko na tym świecie przemija, a najszybciej stany świadomości. Krates powiedział, że nawet raz nie można wejść do tej samej rzeki.
- Czy wobec tego mielibyśmy się ich wyrzec?
- Trzeba przez cały czas obserwować siebie, rozmawiać ze sobą i poznawać, bo nic nie jest takie jak było, ani my sami nie jesteśmy tacy sami. Nie wiem, czy warto mieć jakieś tego rodzaju pragnienia i czy ich spełnienie, gdyby nawet było możliwe, uszczęśliwiłoby nas. Nie chcę też powtarzać, że niektóre przedmioty pragnień są złe, albo, że czasem samo dążenie do ich spełnienia okazuje się złe, a zatem to, że czegoś pragnę nie może być dla mnie nakazem i trzeba pytać zawsze o rzeczywistą wartość rzeczy. A to wymaga pewnego dystansu wobec samego siebie i własnych przeżyć. Poza tym, każde spełnienie rodzi nowe pragnienie, przesyt, nudę, cierpienie, jak to opisał niegdyś Schopenhauer. A jak to ukazuje podobna filozofia, trzeba usunąć cierń rozpaczy.
- Nie wyobrażam sobie życia bez pragnień. To one są paliwem życia, nadają mu dynamikę, stymulują rozwój, nawet kiedy wydają się moralnie problematyczne, albo ryzykowne. Najwyżej spłonie pan jak ćma w płomieniu świecy. A ja od dawna niczego się nie lękam. Jestem nieustraszona! To pan powiedział, że życie jest jak przyczajony tygrys. Wiem, że to był tylko cytat ze starożytnego buddyjskiego poety, ale czułam, że wiele pan przeżył, ale nie potrafi pan, albo nie chce, o tym mówić. Czuje pan jego obecność i zauważa skupienie, z jakim pana śledzi. Teraz pana pragnienie jest także moim...Tęskniłam za panem przez te wszystkie lata. Wejdźmy na klatkę, rozepnę panu rozporek.
- To całkiem miłe, ale ma pani dość jednoznaczne wyobrażenie o szczęściu faceta. Chyba ogląda pani dużo filmów. Nie, żebym takich pragnień nie miał, ale nie są one największe.
- Tylko studyjne...Proszę się nie krępować. Nie jestem feministką. Powinien Pan nauczyć się zdobywać to, czego pan pragnie.
- Ale ja nie mam żadnych istotnych pragnień, których spełnienie by mnie jakoś dotyczyło. Być może pragnę czegoś dla innych - dla tych, którzy są mi bliscy, jeśli jeszcze żyją, dla pani, dla świata, dla cierpiących czujących istot, ale dla siebie już nie. Może nie z powodu jakiejś mej szczególnej szlachetności, ale po prostu wiem, że moje najbardziej odobiste, intymne pragnienia nigdy się nie spełnią. Ale marzenia mogą być bezinteresowne, jak tęsknota i miłość do życia.
- Jednak ten poeta, o którym Pan wtedy mówił na pierwszym wykładzie napisał "Bodaj bym umarł, gdy mnie te rzeczy cieszyć przestaną..." To Mimnermos, prawda?
- Lubię go, ale na życie patrzę inaczej. On miał w sobie czułość i poczucie krótkości życia, i przemijanie niemal fizycznie go dotykało. Dlatego tak się martwił tym, że nie będzie miał nikogo bliskiego. Wierzył, że miłość rozumiana jako intensywne przeżycie unieśmiertelnia. A starość jest pod tym względem okrutna.
- Ale nie jest pan chyba platonikiem...Jak to było? Modli się do niej oczami, a nie okrakiem na nią pcha...I nigdy nie żałuje tego, co dla niej poświęcił, czasu, uwagi, poniesionych psychicznych i materialnych kosztów, bo miłość jest upojeniem i tęsknotą za pięknem. I nie ma w sobie niczego z kalkulacji i wymiany korzyści. Tak samo zresztą przyjaźń. Dlatego, jak pan mówił, Arystoteles pisał, że w przyjaźni nie żałuje się poświęcenia, ponieważ dzięki niemu stajemy się lepszymi, bardziej szlachetnymi ludźmi.
- Jakoś tak chyba pisał o tym, kto kocha, boski Platon. A Arystoteles o prawdziwej przyjaźni...
- Jeśli wolałby pan umrzeć, to w prawej kieszeni płaszcza mam nóż. Mogę go panu wbić prosto w serce. Przetestowałam na indyku. W życiu najważniejsze są dwie rzeczy - miłość i śmierć, albo tylko jedna - miłość silniejsza niż śmierć.
- Jest jeszcze kilka innych.
- Mam panu tyle do opowiedzenia, ale chyba nie będziemy tutaj rozmawiali.
Tachibana nie lubił takich hałaśliwych miejsc. Nie chciał iść do kawiarni. Zaproponował spacer.
- Do parku pójdziemy w nocy. Wiem, że uwielbia pan widok dzikich kaczek przy oczku wodnym. Chciałabym to zobaczyć. To znaczy, chciałabym zobaczyć profesora Tachibanę w euforii! Wiem, że nie każdą może spotkać takie wyróżnienie, ale byłam dobrą uczennicą. Siądziemy na lodowatej ławce we mgle i poczuje się pan komfortowo słysząc chichot kuny.
- Czyta pani w moich myślach, ale możemy tam pójść wcześniej. Przed czwartą jest już całkiem ciemno. Poza tym, jestem samotnikiem. I jestem wyjątkowo odporny na złą pogodę. Nie wiem, czy mgła dostatecznie mnie przeniknie, a pani będzie trzęsła się z zimna i narzekała na ciemność i wtedy okaże się, kto naprawdę jest melancholikiem.
- To mnie pan przytuli!
- A nie boi się pani, że mogę panią zamordować? Może potrafię wzbudzić zaufanie ofiary.
- A może to ja tam pana zwabię?
- Wyobraźmy to sobie tak. "Była studentka, zamordowała szanowanego profesora. Dlaczego to pani zrobiła? Nie mam pojęcia! Było tak ciemno i zimno. Musiałam się trochę rozgrzać. Zrobiłam to, bo to było absurdalne. Może zapatrzyłam się w śnieg. Na tym polega egzystencja".
- Ale, gdzie jest premedytacja? Bez tego nie ma mowy o porządnym wyroku. Obrońca będzie wywodził, że to było w afekcie, z zazdrości o zdolniejsze koleżanki, albo o pana byłe sympatie. Jestem chyba dość atrakcyjna. Założę szpilki, jak dzisiaj. Mój widok ich poruszy. A kobiety zawsze trzymają stronę kobiet.
- Ale mógłbym panią po śmierci straszyć. "Studentka dostała zawału serca na widok profesora, którego podstępnie pozbawiła życia. W karetce przyznała się do tego zbrodniczego czynu. Nie przypuszczała, że ją odratują. Powiedziała, że dawno już wszystko zaplanowała. Policja czeka na jej dalsze zeznania".
- Podobno w Europie jest taki przesąd, że podczas zawału trzeba sobie zakryć usta widelcem, a wtedy dusza nie wyleci.
- Dobry jest też podobno kieliszeczek alkoholu.
- "Kiedy jesteś martwy nie prowadź nigdy samochodu" - Tom Waits.
- Słucha pani Waitsa? Im starszy, tym lepszy, jak dobre wino.
- Ale sentymentalny - "Pamiętaj, że mnie kiedyś kochałaś".
- Ale to ma sobie wyobrazić, kiedy stanie nad jego grobem i opisze mu jak wygląda niebo. Mimo wszystko, potrafi być stary.
- Jednak pański sąsiad go nie cierpi. Potrafi wyć po nocy naśladując jego przepity głos...Ja nie znoszę miauczących kotów.
- Dlatego ostatnio słucham Cave' a.
- Chyba ktoś do pana dzwoni?
- Proszę się nie przejmować, to moja była żona. Dzwoni dopiero trzydziesty trzeci raz.
- Zjawiła się jak zjawa, bezsilna i niezdolna do życia. Jednak to bardzo poczciwe z pana strony, że nie wyłączył pan telefonu. Powinien pan być bardziej okrutny. Nie może pan się ugiąć, bo jej pan nie pomoże.
- Tak pani myśli?
- Niepotrzebnie się pan nią tak przejmuje. Powinna się pana trochę bać.
- Ale pani się mnie nie boi?
- Ja?...Niczego się nie boję. Zawdzięczam to panu...A jednak pan nie pamięta! Zabił mnie pan, chyba przez pomyłkę, ale od tego czasu nie boję się niczego. Ale nie chcę, żeby pan popadł w melancholię, więc tak tylko mówię. Trzeba kochać to, co nam się przydarza.
- A jak ma pani na imię, bo chyba nie zapisałem w notesie? Prowadzę dziennik, w którym wszystko dokładnie, ze szczegółami, opisuję. To taki akademicki nawyk - co ofiara robiła podczas wykładu nim zanudziła się na śmierć, jakiego rodzaju przeżywała samoudręczenie, z jaką nadzieją czekała aż to się skończy. Jak słusznie pani zauważyła, nie przypominam sobie pani. Może widziałem kogoś podobnego. W końcu wszyscy są jakoś podobni.
- A nie ma pan przypadkiem moich kolczyków z perłą i przy okazji kawałka mojego ucha?
- A gałek ocznych? Nie widzę pani oczu...Możliwe, że mam. Muszę sprawdzić.
Rozmowa ta wprawiła Tachibanę w doskonały nastrój, a studentka umówiła się z nim na spacer następnego dnia. Jednak nie wrócił do domu. Jego ciało znaleziono rano w parku, w pobliżu oczka wodnego przy którym gromadziły się kaczki. Lubił myśleć o ich tkance tłuszczowej, które chroni je przed zamarznięciem. Odnaleziono też jego dziennik, w którym pisał, że obawia się o własne życie. Jego wpisy stawały się z tygodnia na tydzień coraz bardziej niepokojące i mroczne. Być może Tachibana tak bardzo obawiał się o swe życie, że postanowił je sobie odebrać. Była to zresztą dobrze znana mu idea. Po śmierci nie ma już bowiem żadnego smutku, ani lęku. Tylko świetlisty mrok Platona...
Śledztwo po jakimś czasie zamorzono z braku dowodów.
To nie autor, a Blogger powiększył litery w tekście. Uznałem to jednak za całkiem dobry żart.



Moja krótka opowieść, czy może raczej dialog, łączy elementy poważne z parodystycznymi. Jedno do drugiego nie przystaje. Ale tak właśnie ma być.
OdpowiedzUsuńSkoro tak ma być, to widać być musi...
UsuńNa razie zerknęłam tylko w Twój komentarz 🙃
Na Jowisza, z tydzień będę musiała dumać, jak mam komentnąć... Poczekam na roztropniejszych i wybiorę średnią. Alem ja mondra🤭
OdpowiedzUsuńNie wiem, czy ktoś skomentuje.
UsuńA już najtrudniej mi wyobrazić sobie jakąś taką średnią. 🙂
Myślę, że ten komentarz mówi wszystko, ale może paradoksalnie ktoś pochwali trud autora...
Ten komentarz mówi, że zebrało mi się z rana na żarty, rano zazwyczaj mam dobry humor, gorzej teraz, to moja ciężka godzina, wieczorem jest już dobrze. A trud autora doceniam - śmiech przez łzy - takie to życie...
UsuńProszę Autora, jak sadzę "byki", to proszę pamiętać, że dowcipkuję ino... No🐿️
UsuńNie odbieram nikomu prawa do oceny tego, co piszę, zgodnie z własnymi odczuciami, a jeśli jest to opinia życzliwa, nie niszcząca "autora", to nie jest to żaden "byk". 🙂
UsuńMoja opowieść miała być poważna i zarazem groteskowa. Nie zdziwlbym się jednak, gdyby ktoś śmiał się z niej w tych miejscach, gdzie jest ona poważna, a był bardziej refleksyjny tam, gdzie żartuję. Byłaby to nieudolność "autora"...Moja Mama miała takie dwa określenia, którymi wyrażała swoje zdegustowanie filmem - "wydumane" i "mocno udziwnione". Tachibana jest jednak postacią w jakimś stopniu realistyczną, a nawet bardziej niż fantastyczną.
Usuń"byk" w sensie "błąd"
Usuńtu dla żartu celowy - "mondra"
W "słowie pisanym" zdarzają się drobne nieporozumienia.
A tak w ogóle - wziął mnie Pan "pod włos", bo jarzył Pan, że mój koment z 8:16 to żart 🤨
I teraz się gniewam i nie wiem czy coś wydolę na poważnie 🤔
Jest też i pewien element biograficzny. Dość często spotykałem takie młode osoby po latach, które mówiły coś podobnego. A jedna rzeczywiście powiedziała, że zrobi dla mnie wszystko, ale była tym bardzo przejęta. Tu sobie z tego trochę zażartowałem. Tamta rozmowa byla niezmiernie serio.To była bardzo wrażliwa osoba. Ktoś też do mnie pukał o czwartej rano. Ale nie tak należy czytać takie opowieści...Jeśli mają jakikolwiek sens.
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
UsuńAni nie brałem pod włos, ani nie traktowałem jako żart, a jako dezaprobatę, więc napisałem, że każdy ma do niej prawo. Zatem i ja też mam prawo jakoś odpowiedzieć. 🙂
UsuńMaestro, przepraszam😔
UsuńCzułam się trochę uprawniona tym humorystycznym akcentem w tekście.
Szkoda, że stało się to przy tak świetnym utworze na który z utęsknieniem czekaliśmy 🥀
"Bo z dziewczynami nigdy nie wie, oj nie wie się
UsuńCzy dobrze jest czy może jest, może jest już źle
I jaka będzie przez najbliższe dni
Przygarnie cię, czy zatrzaśnie drzwi"
Basiu
UsuńPomyślałem, że mogłaś być trochę zdezorientowana i rozszerzyłem nieco tę wymianę myśli między postaciami dialogu, którą wcześniej właściwie tylko w pośpiechu naszkicowałem. 🥀
Nezumi, treść jest dla mnie czytelna. Super groteska, miałam po prostu poranną głupawkę i stąd taki komentarz.
UsuńOdważnie piszesz o swoich intelektualnych rozterkach.
OdpowiedzUsuńZapewne za mało wychodzisz na światło słońca albo tego słońca jest w Polsce za mało, szczególnie zimą aby rozweselić nastrój.
Moje życie jest radosne chociaż jestem sam a od miesiąca moja Mama przebywa w Polsce.
Radości więc zapewne pomaga słoneczna ciepła pogoda jednak nie wątpię, że to my wybieramy, że żyjemy w sposób świadomy w radości albo jak to nazywasz w melancholii.
Pieśni naszych Aniołów wokalu - przepiękne
OdpowiedzUsuńMiały być dla Nich jeszcze dwie 🌹🌹ale nieopatrznie wysłałam...
OdpowiedzUsuńCudnie by było, gdyby zaśpiewali to w duecie. Nie wiem, czy coś razem zaśpiewali. Takie dwa głosy, to by było chyba zbyt piękne...
Po namyśle zdaje mi się, że nie byłoby to dobre połączenie. Piękne barwy, ale każda z osobna.
UsuńBardzo ciekawa opowieść. Prawdziwa wartość czegokolwiek jest nam nieznana. Tak sądzę. To co czujemy jest jedynie naszym subiektywnym przybliżeniem tej wartości. Pragnienia są ważne, ale gdy nie są dopasowane do możliwości, mogą być jedynie źródłem żalu do rzeczywistości. Często budujemy je na bazie jakiś wyidealizowanych obrazów, a to rzadko kończy się spełnieniem. Epiktet uczył, że cierpienie wynika z pragnienia rzeczy, na które nie mamy wpływu.
OdpowiedzUsuńObligatoryjna zasada obowiązująca na błękitnej planecie jest taka: nigdy nie będziemy tu spełnieni do końca. W jakimś stopniu tak, ale nigdy całkowicie. I zgadzam się tu zupełnie z Schopenhauerem. Odziu pisze podobnie. Zawsze ściska nas jakaś tęsknota - uczuciowa, materialna, obie naraz i jeszcze pośrednie. Jedni marzą skromnie, inni na bogato.
OdpowiedzUsuńTak że tak... A gdzie będzie spełnienie? Gdzie indziej ☁️🌌☁️
To „gdzie indziej ” jest właśnie jednym z tych wyidealizowanych obrazów o których mówiłem...
UsuńNawet sił nie mam na polemikę, ale może się polepszy... Pozdrawiam Odziu ☘️
UsuńTe śliczne studentki i ci zniewalający wykładowcy... Wszystko by dla nich zrobiły, wszystko. Nawet to... i owo... I nawet w zszarzałej już młodości.
OdpowiedzUsuńCzasem można jednak przedobrzyć. A to nic dobrego 🙁
Piękne te słowa o miłości i przyjaźni ♥️💚
OdpowiedzUsuńBasiu,
OdpowiedzUsuńw sposób kategoryczny wypowiadasz się twierdząc:
"Obligatoryjna zasada obowiązująca na błękitnej planecie jest taka: nigdy nie będziemy tu spełnieni do końca. W jakimś stopniu tak, ale nigdy całkowicie."
Nezumi powinien sprostować tak postawioną tezę ale tego nie robi.
Czyli wasza Filozofia uprawiana w Europie jest do bani.
Co innego kultura Azji, na której podobno Nezumi buduje swoje dziedzictwo podstaw filozofii.
Basi teza w Azji świadczyłaby o prostocie osoby wyrażającej takie "mądrości".
Obligatoryjnie to w Polsce macie zapewnione, ze nawet na Katedrze Filozofii nie naucza się mądrości.
Poprzez buddyzm ludzie osiągają spełnienie się duszy w tej ziemskiej inkarnacji.
Nikt kto prawdziwie uprawia nauki Buddha nie powie na łożu śmierci, że czuje się niespełniony.
Wasza polska wielkość nie pozwala wam nauczyć się czegokolwiek pożytecznego na tym świecie.
Macie podane na talerzu nauki logiczne, które maja wystarczyć wam aby zaspokoić potrzeby Polaka.
Nic dziwnego, ze dusza Polaka nie ma szans rozwijać się w waszym świecie.
Zwykły człowiek w Polsce nie wie nawet, ze przede wszystkim jest duszą jako jego czy jej świadomość.
Ogłupiony waszą logiką Polak jest przekonany, ze człowiek to tylko masa ciała jaką dostrzega logicznie.
To w jaki sposób Basiu Polak ma się "spełnić" gdy nawet nie wie kim jest.
Moi Panowie, pozostaniemy przy swoim zdaniu, w naszych "młodych" latach, to raczej oczywiste. Pozdrawiam wszystkich miłych tutaj chłopców ☘️
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńNajmniej wiedzą kim są ci co spieprzyli ze swojej Ojczyzny do Ameryki.
OdpowiedzUsuńGoldi,
OdpowiedzUsuńza chwilę już Valentynki to może zaczną na kawie w Bristolu ponownie robić te obrazki :)
Wiesz co, ja ostatnio bardzo lubię sobie podjeść coś pysznego. Już pal sześć z tymi obrazkami na kawie :-) Nie jestem jakoś związana z obchodzeniem Walentynek. Raczej wyskakuję gdzieś, w jakieś fajne miejsce, kiedy czuję, że mi tego potrzeba. Ostatnio zwiedziłam 56 piętro Varso Tower i kolejkowa makietę Warszawy. Chodzę do kosmetyczki - to przyjemne, a jutro idę na mapping, a w lutym do teatru na "Wiśniowy sad". Lubię też czasem pozrządzać w domu - jak mam siłę i trochę czasu. A teraz jest zimno i trzeba się ogrzewać grzanym winem (i kotem 😄). I jeść tiramisu, bo wczoraj zrobiłam:-D
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
UsuńGoldie,
Usuńwidzę, że spełniasz swoje marzenia,
podróżujesz, cieszysz się nawet małymi rzeczami w życiu, które radują Twoją dusze.
Tak trzymaj, czujesz się spełniona każdego dnia nie czekając na uczucie spełnienia gdzieś tam w przyszłości.
Ja tez tak żyję, wiedząc kim jestem więc w sposób świadomy realizuję marzenia mojej duszy.
Jeśli czujemy potrzebę zrobienia czegoś radykalnego w naszym życiu - absolutnie koniecznie powinniśmy iść za nasza intuicja.
Nawet gdy pod koniec 2023 roku miałem ogromna potrzebę przeczytania całej Biblii przez następny 2024 rok -
poszedłem za głosem mojej intuicji.
Czujemy się spełnieni każdego dnia - tak powinniśmy żyć.
szatan chce abyśmy byli pokonani przez życie.
szatan szepcze - ten doczesny żywot nikogo nie jest w stanie zaspokoić w poczuciu spełnienia.
To jest kłamstwo waszych intelektualistów aby pokonać zwykłego mieszkańca tej planety.
Radujmy się - Biblia ponad 40 razy przypomina nam - radujcie się.
Nasz tutaj Nezumi nie widzi potrzeby zachęcania swoich czytelników do radości z istnienia, do czucia się spełnionym.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Usuń