Niewczesne amory. Opowieść z lepszego świata
Masa zgłoszeń. Mimoza wprost nie mogła opędzić się od ofert wspólnego spędzania czasu w cieniu myśli Platona. Szczęściem Martusia jej dopomogła w selekcji. Po paru nudnych randez-vous w jej kajecie pozostało już tylko jedno nazwisko.
- Pułkownik Bolszewicki, całuję rączki. W czym mogę się przysłużyć?
- Spadł mi szanowny pan z nieba, ale sprawa jest niezmiernie delikatna i wymaga koronkowej roboty. Może powinnam ci mówić Ekselencjo?
- Napad na sklep z tekstyliami? Może jakieś pończoszki bym przy okazji złowił, a potem kogoś nimi udusił? Koronkowa robota to moja specjalność.
- Przekazanie komuś pewnej tajemnicy.
- Prywatnej, jak mniemam?
- Nie całkiem.
- A co z tego będę miał oprócz twych słodkich pieszczot?
- Moja miłość jest, jak zaznaczyłam, platoniczna.
- Jak tak, to ponawiam i modyfikuję me ostatnie pytanie. I zapraszam do Arkadii na kolacyjkę.
- Przyjmuję tylko poważne oferty. Martysiu, odprowadź Pana!
- Że jak proszę? Chyba panna oszalała. Marcin Bolszewicki, z Utajonej Grupy Kontrwywiadu. Przypuszcza pani, że znalazłem się tu przypadkowo? Jesteśmy w trakcie realizacji operacji Incognito. Więcej rzecz jasna nie mogę ci powiedzieć. Ale mnie kobiety nie odmawiają...Ma się te stosuneczki z kim trzeba. Z Wieniawą zajeździliśmy kiedyś kasztankę. Jest pani w doborowym towarzystwie.
- Wolę rozmawiać tutaj...Martysiu, opuść nas proszę, drzwi są tam.
- I radzę milczeć jak grób. Chłopakowi też nic nie mów.
Martynia odnalazła drzwi.
- To z pana strony wielka nieostrożność. -
- Nie ucz ojca dzieci robić! Martysia to nasz człowiek. Jak myślisz, tak po prostu dostałaby u ciebie posadę?
- Ale, czego wy właściwie chcecie ode mnie?
- Chcemy zapoznać się ze szczegółami akcji Mimoza. Dla kogo pani pracuje?
- Dla nikogo.
Bolszewicki szukał czegoś po kieszeniach, może cygaretek. Ale przypadkiem natknął się na pistolet. Taki miniaturowy, srebrny. Zbliżył się do Mimozy i powiedział:
- Ładna zabaweczka, chce pani? W płaszczu mam większy. Przynieść?
- Nie trzeba.
- Więc cóż to za tajemnica?
- Tajemnica?...Tak powiedziałam?
Bolszewicki delikatnie, ale stanowczo ujął kobietę za gardło i nieco przycisnął, a potem spytał:
- Komu i co mam przekazać?
- To nikt ważny!
- Ustalimy to. Gadaj!
- Nie zostałam upoważniona.
- Wiesz, że mogę cię postrzelić nie tylko platonicznie, ale zdaje mi się, że już jesteś trochę postrzelona. Niepotrzebny dystans. Więc?
- Bęc!
- Nie przekomarzaj się, dziwko! To nie komedyjka w tanim kinie. Interesuje nas, kto jest ojcem dziecka, rozumiesz. Chcemy mu spuścić wpierdol. Od kogo i co, i do kogo idzie?
- Wesz po Żydzie...
- Chcesz, żebym prozmawiał z tobą inaczej?
- W suahili?
- Kim jest A. H?
- To nikt znaczący. Blotka...
Bolszewicki schwycił Mimozę za rękę i jął boleśnie ją wykręcać, pytając, czy boli. Kiedy mówiła, że boli, wykręcał mocniej. Łzy nabiegły jej do oczu, ale pułkownik starał się zbytnio nie przegiąć, chcąc uniknąć sceny omdlenia.
- Nie chciałbym cię skrzywdzić, dziecko. Więć może jednak powiesz mi, kto to jest?
Pogłaskał ją przyjaźnie po policzku, ocierając łezkę. Było to dla Mimozy wyjątkowo wstrętne.
- Taki tam...Nazywa się Adolf Hitler.
- To, wiemy. Ale k t o chce mu pzekazać tajemniczkę państwową? I za ile?
- Za łzy krokodyle...
- Widzę, że musisz się zastanowić. Zabieram Martynę do Arkadii, a ty przemyśl moją propozycję. Nie musisz nic mówić. W końcu wiele nieszczęśliwych miłości znajduje swój kres w Wiśle. Zostawiam tu swój płaszcz. Rano po niego wrócę. Straszna z ciebie Mimoza... Niedotykalska.
- A z ciebie prostak i cham.
- Cała przyjemność po mojej stronie. Adieux i do zobaczenia niebawem.
Mimoza musiała działać szybko. Nie przypuszczała, że została rozpracowana. Wiedziała, że dom jest pod obserwacją, a telefon na podsłuchu. Pozostał tylko jeden sposób na powiadomienie Centrali - Maciuś.
Król Maciuś Pierwszy był cudownym stworzeniem. Mówi się, że koty chadzają własnymi drogami, ale on, tak czy owak, zawsze trafiał do ogródka sąsiadki, która częstowała go czymś, co bardzo lubił, nazywając to "Świeżutką myszką". Staruszka była punktem kontaktowym. W przerwach między paleniem opium dorabiała trochę na boku. Mimoza napisała coś na niewielkiej karteczce, którą ukryła w obróżce i wypuszczając kota powiedziała czule głaskając go za uszkiem: "Tylko mi nie zabłądź, Łajdaku!"
Był to kryptogram, którego adresatem był niejaki Wrangel. Dla większej pewności niezawodności przekazu Hrabina trzymała u siebie kocicę Teofilkę, do której Maciuś zawsze się śpieszył. Każdy, kto pracował kiedyś w tajnych służbach wie, jak ważna jest szybkość informacji. Nawet gdyby przysnęła, kocur z pewnością by ją obudził głośnym miauczeniem i buczeniem, które obudziłoby nawet umarłego. Wiadomość już po niecałej godzinie leżała na biurku Wrangla. Ten zaś zastanawiał się, co z nią zrobić. Ale nie zrobił nic. Miał słabość do Mimozy i zamiast spać pocieszał się popijając brandy i słuchając z patefonu "Szczęście trzeba rwać jak świeże wiśnie". Dopiero nad ranem zastrzelił się.
Nad ranem zjawił się też Bolszewicki. Mimoza miała już przygotowaną ampułkę, ale na szczęście jej nie rozgryzła, bowiem pułkownik mocno ją zaskoczył. Nie tylko nie zamierzał jej przesłuchiwać, ani zlikwidować, ale był wręcz rycerski. Pocałował ją w rękę i przeprosił za nieporozumienie. Powiedział, że dręczy go poczucie winy, bowiem nigdy nie zachowywał się w ten sposób wobec dam.
- Honor oficera, rozumie pani. Proszę to przyjąć ode mnie. Pomyśli pani, że straszny prostak ze mnie. Ale gotóweczka zawsze się przyda. - zakończył wręczając jej srebrną kopertę, zasalutował i odmaszerował. Wychodząc odwrócił się jeszcze i wyszeptał:
- A jednak, Niunia, szkoda, że to tylko platonicznie. Zbliżyłem się do Pani.
Grzebałem z nudów trochę po przedwojennych archiwach, ale z pożogi wojennej niewiele ocalało. Prawdopodobnie operacja Incognito miała jedynie na celu wyeliminowanie Wrangla. Wiedziano o jego ukrywanej sympatii dla Mimozy, którą szaleńczo kochał, bo przypominała mu zmarłą córkę. Rzecz jasna ich relacja była platoniczna. Jednak nostalgia musiała go w końcu zabić...Martysia tak niefortunnie przechodziła prze most, że wpadła do rzeki, a Hrabina przedawkowała walerianę. Być może A. H likwidował w ten sposób świadków, albo pułkownik działał profesojnalnie.
Niunia chciała w pierwszym odruchu rzucić mu gotówkę w twarz, ale pomyślała, że może wariat się w niej zakochał. Zdarzało to się dość często, bowiem była dość ponętna. Tylko ten dureń mąż może pomyśleć, że pod jego nieobecność flirtowała...Na pewno sam to robił.



Trochę "brukowa". I oczywiście zmyślenie...Autor nie jest antysemitą. W szkole, do której chodził niestety dzieci tak mówiły. Kiedy nauczycielka spóźniała się na lekcję ktoś wyglądał na korytarz i wołał IDZIE! A gdy nauczycielka mimo to nie pojawiała się, tak mówiły. I nie był to bynajmniej koloryt lokalny.
OdpowiedzUsuń