Na pustkowiu


    Zwierzęta, choć nie mają świadomych przeżyć egzystencjalnych, 

też przeżywają śmierć - nie tylko swych bliskich, ale i kuzynów, jak

słonie, które potrafią rozpoznać kości bliskich po wielu latach, 

albo stado małp, kiedy jedna z nich jest martwa. A podobno nawet

i pszczoły "coś" czują.

    O tym, że jedynie przypisujemy zwierzętom nasze uczucia nikt już 

nie wypowiada się  tak definitywnie jak Darwin. Czytałem ostatnio o 

instrumentarium, w jakie wyposażone są organy wzrokowe pszczoły 

i o tym, co dzięki ich istnieniu  widzi - brzmi to jak bajka 

z tysiąca i jednej nocy, więc nie mam wątpliwości co do tego, że ich 

postrzeganie świata i orientacja w nim jest zupełnie inna niż nasza. 

     A jak jest z przeżywaniem żalu?  W Japonii czci się 

pewnego psa, który przez dwadzieścia lat (?) wyczekiwał na peronie 

powrotu swego pana, który nie powrócił jak zwykle z pracy, bo umarł.  

Prawie każdy zna zresztą podobne historie o psach ginących z 

tęsknoty na grobach. Nawet wśród ludzi takie zachowania są rzadkie, 

choć moja Babcia  po rozstrzelaniu Dziadka, przez długie lata 

jeszcze po wojnie znikała z domu i można ją było znaleźć nocą przy 

jego grobie.  Ale uczucia ludzi bywają zmącone, albo nieszczere. 

    Pewna ciotka, którą moja Mama starała się bezskutecznie 

namówić, aby odwiedziła swą starą matkę, która bardzo za nią tęskniła,

jednak spotykała się jedynie z odmową, podczas pogrzebu matki  

chciała się rzucić do rozkopanego  grobu.  Była to podobno piękna 

filmowa scena, ale Mama, która była bardzo młodą osobą, nie 

wytrzymała i zaczęła się głośno śmiać, tak że musiano ją 

wyprowadzić z pogrzebu.  Widywała osamotnioną staruszkę 

prawie codziennie, ponieważ czuła, że jest bardzo samotna i nie 

mogła znieść podobnego "przedstawienia." 

    Śmiała się jeszcze przez kilka następnych dni. Podobno "cały 

Poznań", w którym wtedy mieszkała, był tym śmiechem zgorszony.  

Jednak może to nie było takie proste... Wyrzuty sumienia mogą 

dawać o sobie znać w zupełnie nieoczekiwany sposób.  Kiedyś

rozmawiałem z pewnym szesnastolatkiem, który nienawidził 

własnego ojca, ale nie był jeszcze w stanie fizycznie mu dorównać. 

Wiele razy mówił o tym, że marzy o zabiciu go.  I nagle, po kilku 

latach, podczas jego pogrzebu, on - silny już jak mężczyzna, 

zemdlał i o mało nie umarł.   Nie ustalono przyczyny tego

zasłabnięcia. Być może jego negatywne emocje żywione wobec

ojca powróciły do niego w tej chwili. 

     Ze względu na okoliczności mojego życia, nie chcę już jednak

dalej opisywać ludzkich zachowań po śmierci kogoś z

pozoru, czy rzeczywiście bliskiego.  Jeśli zmarły to wszystko 

widzi, może mieć powód do łez, albo niezłą zabawę.  Można

chyba czasem ludziom w podobnych sytuacjach 

życzyć odrobiny zezwierzęcenia. (Choć bywa też, że nie wiemy, 

co kryje się za czyimiś niezrozumiałymi dla nas zachowaniami i 

niewłaściwie je interpretujemy). 

     Utrata bliskiej osoby uważana jest za największą traumę 

i prowadzi czasem do śmierci fizycznej, dlatego istnieje zwyczaj 

żałoby, różnie określany i pojmowany w poszczególnych kulturach.  

Ma się w nim wyrażać szacunek dla osoby, która odeszła.  Jak 

mawiał Konfucjusz, rodziców nie powinno się za życia traktować 

gorzej niż psa i kota, i należy się im opieka i szacunek także po 

śmierci.  Jednak jakikolwiek kulturowy zwyczaj, czy przymus, 

niczego tu nie załatwia, choć może, jak każdy rytuał, pomóc w 

powolnym oswajaniu się z bólem i stratą. 

      Dla mnie żałoba rozumiana jako wewnętrzne oczyszczenie 

znaczy niewiele, ponieważ  zbyt silnie przeżywam utratę 

najbliższych  (nawet jeśli nadal w jakimś sensie żyją)  i są blisko 

mnie po kilkunastu, czy kilkudziesięciu latach.  A ponieważ jestem 

zupełnie sam, nie mam przed kim odgrywać jakiejś roli.  Po 

pogrzebie mojej matki rozmawiałem tylko parę minut z psychiatrą, 

który wysłuchał mnie w skupieniu, szczerze zasmucony, a potem 

spytał: - A co u pana?... Był to mój jedyny bezpośredni kontakt z 

ludźmi od kilku dni. 

      Znam klasyczne utwory psychoanalityków poświęcone

żałobie i traumie, przyjemnie się je czyta, jak wszelkie inteligentne  

konstrukcje ludzkiego umysłu mające coś wyjaśnić.  Nie chodzi 

o to, jakie mógłbym mieć wobec nich zastrzeżenia, nie 

jestem aż tak kompetentny, żeby podjąć się krytyki założeń 

psychoanalizy, ale o to, że oparta na nich terapia 

psychoanalityczna nie zawsze jest skuteczna. Czasem też lepiej dla 

pacjenta, aby terapia się nie powiodła. Pomijam niekompetencję,

ponieważ błędy, kosztujące czasem pacjenta życie, popełniają też 

najlepsi psychoterapeuci, choć nie zawsze z powodu trzymania

się jakiejś teorii.   W psychoterapii istnieje również, jak wiadomo, 

zjawisko nieuświadomionego oporu pacjenta. Nie tak dawno jednak

przeczytałem  książkę poświęconą terapii psychoanalitycznej 

(napisaną przez lekarza o sporym międzynarodowym autorytecie)  

i z pewnym zaskoczeniem przeczytałem o problemach psychicznych 

i etycznych psychoterapeutów, a nawet o ich poważnych grzechach 

wobec pacjentów. Autorka pisała o nich w sposób bardzo otwarty

i było to częściowo zgodne z moimi własnymi obserwacjami.

     Sam, jak powiedziałem, nie odczuwam silnej potrzeby żałoby po 

stracie, jaka mnie spotkała.  Żyję tym, czym mogę, w pustce po 

odejściu najbliższej mi osoby, ale co jakiś czas w strumieniu mej 

świadomości pojawia się uczucie żalu.  Jest to zupełnie nieoczekiwane. 

Ale przede wszystkim stają mi przed oczami niedawno przeżyte 

sytuacje bez względu na to, co w danej chwili robię i o czym myślę. 

Nie widziałem umierania matki. Mogę jedynie je sobie wyobrażać.  

Ten brak obecności sprawia, że realne jest tylko dla mnie to, co 

było przedtem, kiedy widziałem ją żywą. 

    Powiedziałem, że żal pojawia się nieoczekiwanie. Czasem

jednak ma wyraźną i łatwą do rozpoznania przyczynę. 

Kilka dni temu odwiedziłem pewną galerię, w której spotkać

można przesympatyczną staruszkę w wieku mojej Mamy.  Jest 

jeszcze pełna życia a z jej twarzy nie schodzi uśmiech.  Ucieszyłem 

się bardzo, że żyje, bo ostatnio jej tam nie widziałem...Ale 

oczywiście podpełzł do mego serca demon zawiści wobec jej 

córki, którą również znałem i ogarnął mnie przypływ żalu,  kiedy

starsza pani wspomniała, że urodziła się dokładnie w tym 

samym roku, co Mama. Pomyślałem  "Ona żyje, a Mamy nie 

ma. Jest w dobrym zdrowiu, a Mama cierpiała i nie mogła nawet 

przejść bez pomocy kilku kroków. A w końcu w szpitalu 

zbyt późno jej pomogli i udusiła się."      

      Ponieważ kupiłem tam coś niepotrzebnie, po kilku minutach

przyszedłem to odnieść, a wtedy staruszka wylała całą swą gorycz, 

ale nie na mnie, lecz na to, "co się teraz w Polsce dzieje" i nagle 

z przerażeniem ujrzałem inną jej twarz, podobną do twarzy 

Mamy, kiedy poczuła się źle. 

     Suma jaką mi zwrócono była niewielka, zupełnie się zresztą 

tym nie przejęła.  (W galerii poza nielicznymi drobiazgami 

sprzedaje się rzeczy drogie, czasem na raty). Przed moim 

kolejnym wyjściem  wypogodziła się i wyznała, że poczuła ulgę,

 jakby uwolniła się od jakiegoś ciężaru. Wyrzuciła z siebie, co 

jej leży na sercu.  Edukacja upada, kultura upada, więzi 

przestają istnieć, ludzie schamieli, dobrze, że są jeszcze tacy 

jak ja, ale nie podźwigniemy się z tego przez kilka pokoleń... 

Oczywiście nie wspomniałem o tym, że Mama nie żyje. 

      Kiedy siostra bliskiej mi osoby leżała w śpiączce, przyjęto do 

szpitala wiejskiego chłopca z wypadku. Spadł z fury z sianem.  

Jego zahukana i przerażona matka, została wyrzucona przez 

lekarzy.  Chłopak leżał w pokoju obok, a my z B.  siedzieliśmy 

przy łóżku jej siostry. Był późny wieczór. Nagle biedak zaczął 

się dławić - miał niewydolność oddechową. Pobiegliśmy do 

młodej pielęgniarki, która nie reagowała na to, że pacjent się 

dusi i poprosiliśmy, aby udzieliła mu pomocy, albo wezwała 

lekarza. Dziewczyna nie przerywając malowania paznokci, 

wyjaśniła: "Ten pacjent jest już przeznaczony na narządy...

Nie wykazuje odruchu Babińskiego."

     Szczęściem lekarz tamtędy przechodził.  W prowincjonalnym

szpitalu było chyba tylko jedno, czy dwa miejsca na OIOM-ie.

Zadzwonił do  kolegi i powiedział, że pacjent może

mu zejść, że jest młody i że jak on mu udostępni miejsce, to 

mu się czymś odwdzięczy.  B. bardzo to wzruszyło i zaczęła

mówić, że może ten chłopiec nie umrze.  Jest taki przystojny

i młody!  A jak szkoda jego matki. Co ona musi przeżywać? 

I lekarze tak na nią krzyczeli...

      Nie umarł. Wyszedł ze szpitala, po trzech tygodniach

odebrała go szczęśliwa matka. To było naprawdę radosne

zdarzenie, ale bardzo przygnębiło B.  "Dlaczego on żyje, a 

ona ma umrzeć?" - pytała ze złością. - "Przecież jego

stan był o wiele cięższy!"

     Jej siostra była nieprzytomna jeszcze przez pół roku 

zanim umarła. B.  czasem wyrzucała mi, że nie potrafiłem 

jej uratować.  "Przecież ty wszystko możesz!"  

Nie potrafiłem...Pamiętam jeszcze pokręcone sosny w 

szpitalnym parku i pobliskim lesie, gdzie koczowałem czekając na

chwilę,kiedy pozwolą mi  wejść do pokoju, w 

którym nieprzytomna leżała i powroty stamtąd sierpniową, 

upojną nocą.  Autobus do Warszawy był nad ranem.  

     Sporo czytałem o buddyjskiej terapii, która zwalczała 

takie negatywne przeżycia, ale wiem, czym jest ciężar 

depresji i nie potrafiłbym, ani nie chciałem  jej karcić.  

Czułem wobec B.  głębokie współczucie. A poza tym

mam wyraźną niechęć do terapii wstrząsowych. Mnie

nie przyniosły one niczego dobrego. 

     Budda miał swą koncepcję lgnięcia do osób, miejsc i

rzeczy i uważał, że owo lgnięcie jest źródłem cierpienia.   

Może nie każdy wie jak chciał uleczyć młodego 

człowieka, który przeżywał śmierć swej ukochanej?  

Co powiedział ojcu, który stracił małe dziecko?  Albo matce, 

która w rozpaczy przywoływała imię swej córki?   Albo tej, 

która prosiła go, aby jej dziecko wskrzesił?   Jego pouczenia 

były czasem posunięte aż do okrucieństwa, jak przeprowadzana 

bez znieczulenia operacja.  Miały usuwać cierń rozpaczy, ale 

mogły też  zabić. "To, co się kocha, przynosi tylko ból 

i cierpienie" - słowa, które tak głęboko zgorszyły Schweitzera,

mogą być uzasadnieniem dla takiej terapii.  

      Co na przykład zrobić, żeby zakochany nie tęsknił za piękną 

osobą, którą stracił i nie zwariował?  Nic prostszego!  Niech pójdzie 

w miejsce, gdzie spoczywa jej ciało i uważnie przygląda się,

jak rozkłada się po śmierci przechodząc przez wszystkie fazy  

rozkładu. Podobno wyleczył tak pewnego kochanka, który został 

mnichem. Ale ilu by tego nie przeżyło?   

     Jednak w przypadku śmierci starszej osoby "to nie działa." 

Zmarła już za życia nie wyglądała fizycznie pięknie, jej ciało 

było zdeformowane i nie była obiektem tęsknoty o podłożu 

erotycznym, ale raczej czułości i miłości, która odkrywa

w człowieku inny rodzaj piękna.  Tu też Budda potrafiłby

argumentować. Przecież nie ma duszy, a świadomość

jest znacznie bardziej nietrwała niż ciało. Do czego się

więc przywiązywać? 

    Mimo to później, czasem delikatnie perswadowałem B., 

kiedy do wściekłości doprowadzał ją widok roześmianych 

na ulicy ludzi, że każdy kiedyś przeżyje taką stratę, a może 

już nawet ją przeżył i że nie możemy wiedzieć, co skrywa 

taka uśmiechnięta twarz, a ludzie, którzy sami czegoś nie

przeżyli, są często nieświadomi.  Być może lepiej byłoby 

jakoś odwrócić jej uwagę lub otoczyć czułością, co starałem 

się robić, ale ona do tego często wracała. To było jej 

dominujące przeżycie. 

      Nie darowała mi tego...Musiało jej się wydawać,

że nie przeżywam śmierci jej siostry tak, jak ona ją

przeżywa.  Z pewnością tak jej nie przeżywałem, 

ale bardzo ją w tamtych chwilach i przedtem w 

długotrwałej chorobie siostry, z którą przyjaźniłem się

i znałem nawet o wiele dłużej niż ją, wspierałem. 

     Pewnego dnia, w piękną pogodę, wiał tylko 

niewielki wiatr sypiący piasek w oczy na cmentarnym 

pustkowiu,  pojechaliśmy na Wólkę na świeżo 

przygotowany grób. Byłem wobec B. serdeczny i czuły, 

oddaliśmy się wspomnieniom o Zmarłej i robiliśmy 

zdjęcia czarnej marmurowej płyty ze złotymi literkami, 

na której odbijało się słoneczne światło  (wcześniej 

zamówiliśmy ją u kamieniarza), kiedy powiedziała nagle: 

      - Wolałabym, żebyś to ty leżał w tym grobie. -  

    Jej miłosne wyznanie spadło na mnie 

jak grom z jasnego nieba. Widziałem to fizyczne zjawisko 

kilka razy. Raz podczas spaceru po łące zygzak wszedł w 

ziemię, która zaczęła parować tuż obok mnie. Deszcz

padał, ale wcześniej i ziemia była wilgotna...

     Wracaliśmy idąc dość długo przez pusty cmentarz,

ten sam, na którym pochowana została teraz moja Matka

a przedtem Marian (Profesor Przełęcki).  Od tamtego

czasu urosły tam drzewa i nie sprawia już wrażenia

pustkowia. Zamilkłem. B. zaniepokoiła się i zaczęła mnie 

pytać, jak się czuję i czy coś się stało, jak zawsze kiedy 

przez chwilę nie mówiłem.  Nie potrafiła znieść takiego 

dystansu.  Zacząłem ją pocieszać.  Przypomniało mi się

jak na pogrzebie jej siostry ich niewidoma matka 

pytała mnie jak dużo przyszło ludzi. Od tej chwili nie 

pragnę już nikogo oświecać...           

      

 


 

    

       

Komentarze

  1. Dlatego napisałem, że "jedynie przypisujemy."

    ...Dla mnie istotne jest to, aby przeżywając stratę, nie czuć niechęci do ludzi, dla których nie jest ona tym samym, co dla nas, albo w ogóle jej nie zauważają. Jest to jakiś rodzaj resentymentu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alma
      Ja chciałam tylko zwrócić uwagę na to odczuwanie niechęci do ludzi. To chyba nie powinna być niechęć. Jeżeli ktoś nie wie o tym, co się stało, to w swoich wypowiedziach nie może przecież zwrócić uwagi na bolące kwestie. Z drugiej strony, czasami człowiek pogrążony w żałobie nikogo nie potrzebuje, a czasami potrzebuje. W tym drugim przypadku ktoś odzywa się do niego, a przecież każde słowo może być wtedy uznane za nie takie, jakie powinno być.

      Usuń
  2. Żałoba jest albo konwencjonalna, albo wypływa ze szczerych uczuć. Myślę o niej podobnie jak Ty...

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak sobie Nezumi medytuje Filozoficznie, w zaden sposob nie jestem w stanie zrozumieć, co miałeś na myśli piszac powyzej:
    "Przecież nie ma duszy, a świadomość jest znacznie bardziej nietrwała niż ciało. Do czego się
    więc przywiązywać? "

    OdpowiedzUsuń
  4. To tylko nawiązanie do poglądów głoszonych przez Buddę. Nigdzie napisałem, że się z nimi utożsamiam. Buddyzm jest po prostu dość radykalny...

    OdpowiedzUsuń
  5. Alma
    A propos okazywania miłości😀:
    Wczoraj wracałam ze swoim potomkiem z domu kultury i rozmawialismy o różnych zajęciach, które się tam odbywają.
    - Wiesz, jak będę seniorką, to też tu przyjdę na zajęcia dla seniorów, bo są fajne i dom kultury jest tak blisko naszego domu - powiedziałam.
    - Jak to? To my już nigdzie indziej nie będziemy mieszkać?
    - No wiesz, chciałabym jeszcze gdzieś pojechać na dłużej, ale jak już się ma dziecko, które chodzi do jednej szkoły, a potem będzie chodziło do drugiej szkoły, to już się tak dużo człowiek po świecie nie przemieszcza.
    - Ale to niemożliwe! - odparło moje dziecko - Tu w pobliżu nie ma cmentarza! Gdzie ja cię pochowam? ?!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alma
      Chodzi o to, że moje dziecię nie bywa na cmentarzu/ach w Warszawie i nie wie gdzie one się tu znajdują. Natomiast często bywamy razem u mojej mamy (w małym miasteczku) i u mojej babci (na wsi), gdzie cmentarze są blisko osiedli ludzkich, i gdzie często nie zaglądamy (zapalamy znicze, przynosimy kwiaty lub po prostu przychodzimy). Ciagalam potomka po pogrzebach, żeby wiedział (choć jeszcze nie zdaje sobie w pełni sprawy) z tego, jak kończy się życie oraz po to, żeby wiedział o obowiązkach jakie mamy wobec starszych członków rodziny. Tak naprawdę to jestem dumna z jego pytania i troski (jak nie bądź) o mnie 😉

      Usuń
  6. Tak mu się powiedziało...Chyba się raczej nie zastanawiał 😀

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty