Bycze szczęśliwym
Po śmierci mojej Mamy Luna powoli się wyludnia. Być może Czytelnicy, którzy natknęli się na jakieś moje teksty, w których o tym wspominam, poczuli że nie jest to dla nich dość interesujący temat. Co mogę powiedzieć? Mam chyba niewielu stałych Czytelników, przynajmniej na tej stronie. Moje teksty nie zmieniły się od czasów, kiedy liczono ich w tysiącach dziennie. Jeden z nich miał kiedyś nawet ponad 50 tysięcy odsłon, o czym informowała mnie specjalna strona wyceniająca wartość blogów. Podstawą wszelkiej działalności tego rodzaju jest autoreklama i grono znajomych ją wspierających, przeważnie osób, które zna się w realnym życiu a także udawanie, że jest się kimś innym, o wiele ważniejszym i interesującym niż się jest i dostarczanie utworów na jeden popularny temat. To sprawa kultury czytelniczej i systemu, a nie wyłącznie tego, co przekazuje autor. Odkąd Agora zlikwidowała Bloxa, gdzie każdy mój tekst był polecany w dziale kultury (po tym, jak bez takiego wsparcia blog znalazł się na liście najpopularniejszych blogów) nie tak łatwo jest znaleźć moje teksty w necie. Ale jeszcze nigdy nie wyglądało to tak jak teraz. Tak więc także i tutaj doświadczam większej niż zwykle samotności. Na szczęście jest ona jedynie statystyczna. Do tych smętnych impresji dołączam telewizyjny przepis na to jak osiągnąć sukces.
Żyjemy w świecie, w którym podstawą wszelkiego zysku jest
umiejętność sprzedawania produktów. O tym, jak to
działa, nie tylko w świecie rzeźników, ale także w świecie idei
i myśli oraz twórczości, opowiada telewizyjna historyjka, która
brzmi jak bajka. Jak się o tym czasem w sposób eufemistyczny
mówi, żyjemy w kulturze pieniądza.
Pewien Duńczyk o czerstwej i niezbyt miłej twarzy, wieśniak,
który od piątego roku życia ciężko fizycznie pracował, w wieku
dwudziestu kilku lat postanowił założyć prywatny biznes i zaczął
"produkować" steki. Chciano go zatrudnić w jakiejś firmie, ale
powiedział "Ch...j! Będę sam produkował!"
Zestarzał się już mocno, kiedy zaczął regularnie
otrzymywać prestiżową nagrodę dla najlepszego producenta
steków na świecie. Na czym polegała jego kreatywność w
branży? Początkowo jeździł od miasta do miasta i wsi do wsi
polecając wszystkim swe usługi...Ale ta długa historia została
w filmie niemal pominięta. Faktem jest, że koneserzy i
zawodowi degustatorzy steków uznali jego wołowinę za
najsmaczniejszą na świecie.
Trzeba było przedtem wymyślić nazwę i Duńczyk miał
genialny pomysł - nazwał swe steki Sashi, bo jest przecież
sushi. Podobno dlatego, że mają odcień marmurkowy ;-)
W reklamie koncentrował się na dwóch rzeczach. Stworzenia
pozostają u niego przy życiu dłużej niż gdzie indziej, bo aż
dwa lata i karmione są codziennie czekoladą. To właśnie
nadaje stekom ich doskonały, niepowtarzalny smak, z kakaową
nutką. Trzeci istotny element reklamy - ofiary uwielbiają
czekoladę i nie są w żaden sposób przymuszane do jej jedzenia.
W ten sposób udało mu się osiągnąć przyzwoitą cenę swego
produktu. Sprzedaje go po sto euro za kilogram i znajduje
nabywców o delikatnym podniebieniu i poczuciu dobrego
kulinarnego smaku. Eksportuje swój starannie
wyselekcjonowany towar do wielu krajów świata. Jest on
opatrzony specjalną pieczęcią gwarantującą jakość. Ten, który
tych warunków nie spełnia, upycha w supermarketach.
Zatrudnia 60 pracowników i marzy o kontynuacji sukcesu
przygotowując kolejne innowacje. Rzeźnik kocha swą pracę
i nawet popijawy z okazji świąt urządza w miejscu produkcji.
To jest niezwykle ważne - może słusznie uchodzić za pasjonata.
Najważniejsze, że czuje się byczo!
Oczywiście autorzy filmu, pragnąc zachować wrażenie
obiektywizmu, po wywiadzie z człowiekiem sukcesu i
reklamowaniu jego produktu urządzili degustację. To się
nazywa rzetelność dziennikarska ;-) Na specjalnych patelniach
usmażono po trzy kawałki wołowiny różnej produkcji i
podano je tak, że nie można ich było po wyglądzie od siebie
odróżnić. Wszyscy degustujący, wśród których byli
zarówno laicy, jak i znawcy przedmiotu, wybrali wołowinę
innego producenta, która nota bene też miała japońską nazwę.
"No cóż!" - skomentowali autorzy...
Istnieje przekonanie, że całkiem podobnie działa to
w świecie tak zwanej literatury i sztuki, a nawet w świecie
idei. (Pomijając oczywiście rzeczy niejawne). :-D
Ostatnio modna jest np. jako temat kultura wykluczenia.
Nie jest łatwo się tam "załapać", bo realnie wykluczeni nie
mają szans...Nie próbowałem nawet tego filozoficznego Sashi.
Po co mordować poezję?


Oczywiście nie mówię tu o tanich, śmieciowych produktach, którymi większość ludzi napycha sobie brzuchy i o tym, jak chęć zarabiania na nich (a są to często upiorne praktyki), niszczy zdrowie skracając wydatnie nasze życie. Prawo jakoś tego przeważnie nie zakazuje...bo musiałoby się targnąć na świętość wolnego rynku i ludzie są spasani karmą, której produkcja i sprzedaż przynosi innym możliwie największy zysk.
OdpowiedzUsuń