Zakochani w samotności
"Mala Punica" (Zło punickie) to
jak dotąd najlepszy zespół wykonujący
muzykę Ars Subtilior z okresu jesieni
średniowiecza. Podobnie jak malunek
utwór, który wybrałem, niewiele ma
wspólnego z mą opowieścią. Nie przypomina
ona piękna tej epoki, ani niczym nie
zaskakuje.
Kontakt z epoką, nie licząc kilku znanych
książek miałem jedynie za pośrednictwem muzyki.
(Starofrancuskie, włoskie i łacińskie teksty
tych pieśni znałem tylko w angielskich
przekładach).
Jak się miało okazać wielbiła ją też pewna
piękna osoba, wnuczka wybitnego poety,
która, kiedy ją poznałem, zaczęła dorastać
i całą swą dopiero co obudzoną wrażliwość
lokowała w literaturze i w dawnej muzyce.
Nazywała się mą Przyjaciółką i kochałem ją,
a właściwie tę budzącą się wrażliwość jej
duszy, platonicznie. W tym czasie tonąłem
w londyńskiej mgle i najbliższą mi osobą była
Miss Barbara, a ta moja przyjaciółka była
też zbyt młoda, abym mógł ją kochać inaczej.
Ale z tego, czego się później dowiedziałem,
nie tylko ja za nią tęskniłem, ale być może
i ona za mną.
Zatem opowieść ta niczym się nie różni
od mych opowieści japońskich, rosyjskich,
angielskich i francuskich. Pozostaje w sferze
fantazji.
Mgła zimowej melancholii przypomniała mi wiosnę,
a wiosna dwoje kochanków. Dziwni to byli kochankowie
- poeta i dama dworu. Choć oboje mają imiona, chcę
aby pozostały one na zawsze tajemnicą i dlatego będę
ich nazywał Poetą i Damą. Jednak może to być trochę
mylące, bowiem dama bez dworu nie jest już damą,
a poeta, który nie układa pieśni, nie jest poetą.
Los połączył ich ze sobą pewnej wiosny, pokochali się
i postanowili uciec od świata. Nie chcę tu pisać, jakiej
wymagało to odwagi i jakich wyrzeczeń, i jakby powiedział
jakiś dziejopis, społecznie ich degradowało. Nagle bowiem
z osób szlachetnych stali się znękanymi istotami, którymi
gardziła nawet gawiedź. Poeta, którego pieśni śpiewano,
zamilkł i mógł uchodzić za niepiśmiennego, a z czasem
nawet zapomniał o tym, że był poetą. A Dama porzuciła
dbałość o fizyczne piękno i nie miała ze sobą nawet
zwierciadła. Przeglądała się jak księżyc w stawie
i jak chropawa żaba w brudnej kałuży. I stali się
odludkami, wybierając wspólną samotność w miłości,
jaka ich połączyła. A byli ze sobą jak zapatrzeni w
dal kochankowie, a trochę jak brat i siostra.
Wiele niebezpieczeństw czaiło się na ich drodze.
Zbójcy, dzikie zwierzęta, czarty, wiedźmy i upiory,
królewscy urzędnicy, ciemności nocy, wyczerpanie,
głód i chłód, fizyczne dolegliwości i choroby, a mimo
to nie upadali na duchu i nie chcieli odebrać sobie
życia. Ich życie było wędrówką bez celu. Byli
bezdomni w świecie całym. Gdyby odnaleźli jakiś
cel, przestaliby wędrować i ich życie byłoby stracone.
Byłoby to czymś gorszym niż śmierć.
Mało się do innych odzywali, a już jak ognia
unikali rozmów ze sługami bożymi. Rozprawiania
o tym, po co Bóg potopił tylu ludzi i zwierząt, a ocalił
Noego, dlaczego siódmego dnia stworzenia musiał
odpocząć, albo czemu grzech Adamowy prowadzi
do cierpienia i fizycznej śmierci.
Jeden tylko człowiek przyczepił się do nich, kiedy
przebywali w mieście i opowiadał im o Bogu. Był
to jegomość w średnim wieku, noszący się jak mnich,
ale jego zachowanie niewiele przypominało cnoty
mnisie. Uważał się za ascetyka, ale lubił sobie podjeść
i uwielbiał wino, a na widok młodej damy wyraźnie
się ożywiał. Omnia sunt Deus - zwykł mawiać - Deus
est omnia in omnibus - est lapis in lapidem, dodając,
że jedyną drogą powrotu do pierwotnej jedności z
Bogiem jest miłość. Jednak nie jest to miłość fizyczna,
wspierać innych należy bez rozgłosu, a modlić trzeba
się w odosobnieniu.
Poeta, który miał sporą wiedzę, bez większego trudu
ustalił, że poglądy te przywłaszczył sobie od uczniów
pewnego teologa, który żył już tak dawno, że pamięć
o nim powinna była się zatrzeć, zwłaszcza, że spalono
jego ciało, aby nikt nie mógł odnaleźć grobu heretyka.
Tamten człowiek żył jednak tak, jak nauczał, a ten,
którego spotkali, zachował z jego nauki jedynie słowa.
Kiedy opuszczali miasto nie mógł rozstać się z nimi,
trzymając nieco zbyt długo dłoń Damy w swej dłoni.
Dlatego Poeta pożegnał go słowami:
- Każde rozstanie jest smutne, jednak rozstanie z tobą
jest dla mnie prawdziwą przyjemnością. Kim są bowiem
obłudnicy, którzy przywołują imię Boże? -
- Sługami diabła! - roześmiał się starzec odsłaniając mocno
przerzedzone zęby. - Nigdy nie widziałem równie zbłąkanych
dusz, ale podoba mi się to, że się kochacie. Tylko dlaczego ona
nie jest kotna? Przedwczoraj skończyłem czterdzieści jeden
lat i zbliża się mój kres. Pamiętajcie: "Jest kamieniem wśród
kamieni." Bo nawet kamienie czują, a trwają dłużej niż
jakakolwiek roślina czy zwierzę, nie mówiąc już o człowieku.
Ale niedługo i wy umrzecie. -
Damę zmartwiło to pożegnanie. Być może jegomość
ów rzucił na nich jakiś czar i jego słowa spełnią się. Nie
przeczuwała jednak, że wypełnią się tak szybko. Przechodzili
nocą przez taflę zamarzniętego stawu, kiedy nagle pod Poetą
załamał się lód i utonął. Dalej wędrowała już tylko z jego
duchem i choć była wytrwała czuła, że opuszczają ją siły.
Przyłączyła się więc do stada wilków, a te jej nie tykały
z powodu jej wielkiej łagodności, która sprawiała, że czuły
się przy niej jak małe pieski i nie zamierzały jej rozszarpać.
Trudno byłoby to chyba
komuś wytłumaczyć. Nie nabrała
jednak ich zwyczajów i nie jadła ich mięsa.
Niestety, kiedyś przez głuchą puszczę przejeżdżał orszak
księcia i na widok wilków dobył mieczy. Strzelano też do
nich ognistymi strzałami. Jedna z nich spadła tak blisko
dziewczyny, że ta upadła, a wtedy jeden z rycerzy uderzył ją
w głowę wielkim kamieniem i prawie roztrzaskał jej czaszkę.
Książę rozpoznał w niej damę swego dworu i zabrano ją
do jego posiadłości. Ale dziewczyna spała głębokim snem
prze pół roku. Księciu, który nie wiadomo dlaczego wpatrywał
się w jej zeszpeconą twarz (w czaszce było spore wklęśnięcie)
wydawało się pewnej nocy, że poruszyła powieką, ale jeszcze
tej samej nocy przestała oddychać. A potem wyszedł rankiem
przed tłum i oznajmił: "Olbrzymy mają kamienne serca,
ale nie ludzie."
Ale i ów jegomość, potomek mędrca, wkrótce żyć
przestał. Kiedy go wieszano, nie spalono, w ostatnim słowie
zwrócił się do kata:
- Oddaję mą duszę Bogu, który jest Kamieniem wśród
kamieni. W niczym nie zawiniłem, ale przynajmniej śmierć
oszczędzi mi goryczy starości. I pamiętajcie, być może na
Sądzie Ostatecznym okaże się, że na tych, których czcimy jako
świętych czekają otchłanie piekła, a ci którymi gardzimy jako
grzesznikami zasiądą wśród Aniołów przy tronie Bożym. -
- Nie mędrkuj! - powiedział kat - Skazany zostałeś
za pospolitą kradzież. Książę zlitował się nad tobą i wybrał
dla ciebie bezbolesną śmierć. -
Nie była jednak bezbolesna. Doświadczeni kaci potrafią
przedłużyć agonię wisielca do wielu godzin a czasem nawet
dni. Nakazuje im to głębokie poczucie sprawiedliwości.
Mówiono potem, że nieszczęsny zginął przez kobietę. W jakiś
czas potem ustalono jednak ponad wszelką wątpliwość,
że srebrną misę ukradł ktoś inny. Wyrażono ubolewanie z
powodu pomyłki a winnego ukarano śmiercią kwalifikowaną.
Czasem bywam wśród łąk i lasów, przez które
wędrowali i wsłuchuję się w bezgłośną mowę cyprysów,
a na wietrze słyszę szelest rozmawiających ze sobą cieni.
Czy wciąż jeszcze wyznają sobie miłość? Z miasta po pewnej
wojnie nie pozostał kamień na kamieniu...I tak, całkiem bez
sensu, kończy się moja opowieść, jak kończy się ludzkie życie.


Alma
OdpowiedzUsuńŁadne opowiadanie. Na ogół czytam znacznie krótsze 😀