Na powierzchni przeżyć

       Kantata Bacha "Gottes Zeit ist die allerbeste

       Zeit", znana też jako "Actus tragicus" w 

       w nagraniu solistów, chóru i orkiestry

       Johna Eliota Gardinera.   



 

     Harnoncourt wspomina w "Dialogu muzycznym", że

C.P.E.Bach  poprawiał Mszę h-moll ojca przed wykonaniem

jej części ("Credo"), pragnąc dostosować ją do gustu

publiczności.  Jego ojca uważano w tym czasie głównie 

za teoretyka i organistę, oraz za mistrza kontrapunktu, ale nie 

za poważnego kompozytora.  Jeszcze za życia Jana Sebastiana,

podziwiano o wiele bardziej Telemanna. Emanuel natomiast był 

nazywany po prostu Bachem, tak jak my teraz myślimy o Janie 

Sebastianie. 

     Poprawki drobne i czasem bezsensowne z naszego punktu 

widzenia, ale usuwające to, co wtedy uchodziło za 

nienowoczesne.  "Warto zauważyć, jak już następne po Bachu

pokolenie, łącznie z jego synami, odeszło od tradycji w kierunku

nowoczesnego brzmienia symfonicznego. Powszechny smak

muzyczny tak się oddalił od ideałów brzmieniowych późnego

baroku, że pewne rzeczy wydawały się już nie do przyjęcia."

Do tego dochodziły też całkiem już subiektywne ingerencje, bo 

Emanuel Bach niezbyt lubił podobno na przykład 

połączenie skrzypiec i oboju, tak istotne dla barokowego 

brzmienia orkiestry jego Ojca. Dokomponował też gdzieniegdzie

wstępy.   Oczywiście były to zmiany niewielkie w porównaniu

z tym, co robiono później. 

      Sam dyrygent, w innym miejscu swej książki uważa za

rzecz naturalną, że szukamy w muzyce dawnej tego, co

żywe i odpowiadające naszej epoce (nie podoba mu się

samo określenie "muzyka dawna"), ale jednocześnie jest

przekonany, że powinniśmy poszerzać naszą wiedzę 

dotyczącą tego jak kiedyś tę muzykę wykonywano i czym

ona w zamierzeniu swych twórców była, by wybrać to, co

z jej możliwości najbardziej dla nas odpowiednie.  

     Dotykamy tu kwestii dość istotnej - estetyki i związanej

z nią mody.   W drugiej połowie XVII wieku np.  delikatne

i arystokratyczne brzmienie violi da gamba zaczynało być

wypierane przez znacznie mniej subtelne brzmienie skrzypiec.  

    Wczoraj słuchałem kantat Bacha w wykonaniu Elisabeth

Schwarzkopf i orkiestry, którą dyrygował Otto Klemperer.  

Nagranie jest bardzo piękne, jak można było się spodziewać 

po takich mistrzach, ale dość daleko odbiega od tego, jak 

obecnie wykonuje się muzykę Bacha (Suzuki, Gardiner, 

Herreweghe) w oparciu o pełniejszą wiedzę i bardziej wiernie 

w stosunku do źródeł.   Niemniej przyjmując wyłącznie punkt 

widzenia najnowszej estetyki wykonawczej łatwo możemy 

przeoczyć duchową wartość muzyki, bowiem muzyka to nie 

tylko zmysłowe piękno i forma, ale także głębokie przeżycie, 

którego nie może zastąpić wiedza, jak ją kiedyś wykonywano,

ani zmysłowe jakości brzmienia.

           Kościół w Natolinie


    Przez całą noc wiatr gwiżdże za oknem i nawet w pewnej

chwili je otworzył.   Wczoraj "pożegnałem" Mamę.

Leżała na marach w domu pogrzebowym przy kościele na

dalekim Natolinie.  Owinięta w biały całun wyglądała jakby

spała.  Wydawało mi się nawet, że oddycha.  Stałem w pewnej

odległości i nie pochylałem się nad nią, bo chciałem widzieć 

raczej jej postać, niż twarz.  Był w tej scenie jakiś milczący

spokój, bardziej tajemniczy niż złowrogi, przerwany przez 

uwagę brata: "To są plamy opadowe" i krótką przemowę 

jego żony, że śmierć wybawiła Mamę, która była już znużona

życiem, od cierpień.  

    Padał niewielki deszcz i pustkowie to wydawało 

się miejscem szczególnie szarym i smutnym. Nie mogłem 

ocalić skupienia, bo z bratem i bratową udaliśmy się 

do kawiarni dla omówienia spraw praktycznych.  Jest

jakieś ciepło w takich kontaktach ludzi żyjących, niezależnie

od tego, co poza tym ze sobą niosą.  Nawet w plotkowaniu

podczas pogrzebu, co zdarza się i profesorom filozofii. 

(Profesor Domański tak plotkował o Wolniewiczu, który

właśnie przechodził).    

     Naprawdę pożegnałem się z Mamą wcześniej, zanim

zabrano ją do szpitala.  Leżała na łóżku na boku wtulona

w poduszkę jak dziecko, oddychając ciężko. Patrzyła na 

mnie przez chwilę pytająco, ale całkowicie obezwładniony 

tym widokiem nie potrafiłem jej nic odpowiedzieć.  

Myślałem, że jest po prostu bardzo zmęczona, co w ostatnim 

czasie często jej się zdarzało.   Zwodnicze okazało się to, że

pod opieką pani Wiery dochodziła do siebie, bo Luba, która

ją zastąpiła nie poradziła sobie. Mama brała oczywiście 

mnóstwo leków, choć niestety błędna diagnoza lekarska 

sprawiła, że być może nie otrzymała pomocy, którą otrzymać 

powinna.  Spytała, czy przyjdę jutro...

    Umarła w kilka dni później a w szpitalu nie można było 

już jej zobaczyć.  Wiadomo jedynie, że niewiele tam 

dla niej zrobiono, a na oddział przyjęto dopiero po trzech 

dniach.  

      Czytam to wspomnienie z poczuciem, że nie mówi

ono nic o tym, co wyrażało jej spojrzenie i co skryło

w sobie moje milczenie.  Nie chcę tego tutaj rozważać,

ponieważ wszedłbym zbyt głęboko w sferę mych osobistych

przeżyć i sposobu ich wyrażania, co mógłbym zrobić

jedynie w rozmowie z przyjacielem...Śmierć najbliższej

osoby pozostawia nas już na zawsze z niepokojem 

i poczuciem, że kochaliśmy ją, albo rozumieliśmy za 

mało. Komunikacja z najbliższą osobą możliwa jest też 

według Jaspersa po śmierci, ale to, co na ten temat pisze, 

brzmi dość enigmatycznie.  Chodzi zapewne o rodzaj 

więzi, której śmierć nie unicestwia, ale jest to więź dość

jednostronna i z natury duchowa - bliscy nawet po śmierci 

są obecni w naszej psychice i życiu, ale już nie jako żywe 

osoby, z którymi można komunikować się i być zaskoczonym

niespodziewaną reakcją.  Po śmierci bliskiej osoby nie 

złagodzimy już, ani nie uchylimy, żadnego jej cierpienia

i niepokoju, ani nie zmniejszymy poczucia samotności.    

      Chodziło o to, żeby mogła odpocząć, a potem miało 

być lepiej.  Czy czuła już wtedy, że niedługo odjedzie?  

Wcześniej rozmawialiśmy trochę jak zawsze i nie 

brakowało w tej rozmowie wzajemnej troski i ciepła, 

a tylko jedna chwila była niepokojąca, a nawet demoniczna,

ale szybko minęła.   

     Ktoś, a nawet kilka osób, powiedziało, że Mama

"już nie cierpi."  Ale, czy za takim pocieszeniem nie 

ukrywa się przekonanie, że życie jest cierpieniem

i że dopiero jego ostateczne unicestwienie nas od 

cierpienia uwalnia?  Przekonanie pozornie zrozumiałe 

jedynie na gruncie buddyzmu lub innej filozofii orientalnej, 

ale nie optymistycznej wiary człowieka Zachodu.  Jednak

wiara chrześcijańska  ukazuje kontrast między

nędzą ziemskiego życia (na tym "padole łez"), a wspaniałością

życia wiecznego.  Chrześcijańscy autory mówią też najczęściej 

o konieczności oswajania się ze śmiercią, gdy jest ona

jeszcze daleko.

    Mój znajomy, a może nawet przyjaciel, którego żona

jest bardzo chora, zapytał mnie w SMS-ie zgryźliwie:

"A ile lat miała twoja matula?"  Poczułem jakieś

zranienie, ale pomyślałem, że bardzo się o żonę niepokoi...

    Kwestia wieku w przypadku śmierci osoby jest 

nadmiernie obecnie eksponowana, jakby było oczywiste,

że życie starego człowieka nie ma już większej wartości. 

Witalizm i kult młodości zawsze przywodzą mi na myśl

autorytaryzm i budzą jak najgorsze skojarzenia. 

     Nie wiadomo dla kogo młody Bach skomponował 

swą sławną kantatę żałobną  "Gottes Zeit ist die 

allerbeste Zeit" (BWV 106). Istnieją na ten temat różne 

przypuszczenia.  Ale nie brzmiałaby ona zapewne inaczej,  

gdyby napisał ją dla starszego człowieka, którego nawet 

dobrze nie znał i gdyby nie była to jakaś znacząca w jego 

życiu osoba.  A jednak,  bez względu na to, dla kogo została 

napisana, muzyka  ta porusza swą szczerością.  Być może,

jak przypuszcza w swej książce o muzyce Bacha Gardiner,

kantata ta była dla dwudziestoletniego Bacha, który 

wcześnie stracił matkę, a później inną bliską osobę, 

"swoistym muzycznym  katharsis, wylaniem jego własnego, 

nieutulonego żalu."  Sugestię tę Gardiner opatruje znakiem 

zapytania, wskazując zresztą na luterańskie inspiracje dla 

myślenia kompozytora o śmierci.  Jednak, bez względu na 

istnienie tego lub innego psychologicznego lud doktrynalnego 

motywu, pozostaje nieodparte wrażenie,  że Bach odnosi się tu 

do śmierci i straty w sposób niezwykle ludzki.  Jak zauważa

również Gardiner "był on bardzo ludzką istotą."

     Śmierć jest przerwaniem wszystkiego, co łączy osobę z 

fizyczną egzystencją na tym świecie i podeszły wiek nie 

zmienia tego.  W muzyce Bacha jest ból, żal, spokój i ukojenie, 

a w zakończeniu nawet radość, którą wiązać można jedynie 

z jego wyznaniem wiary. W kantacie tej nie ma, jak wiadomo, 

pisanej na zmówienie poezji - są niezwykle sugestywne cytaty 

z Pisma Św.,  które same w sobie są najczystszą poezją. 

Niewiele by one jednak znaczyły, gdyby nie ożywiała ich

wyobraźnia i poetycka wrażliwość samego Bacha. 

      Kiedy się, może nie tyle samą wiarę, ile szacunek 

dla człowieka, skonfrontuje z tym, co dzieje się teraz 

"po szpitalach", widać jak wiele ze świadomości 

powagi śmierci ubyło...Po to, żeby znaleźć miejsce

w szpitalu dla osoby, którą można byłoby może uratować,  

trzeba albo zaczekać aż ktoś umrze i zwolni łóżko, albo

zostanie w środku nocy wypisany i wyrzucony do domu.

     

      

     

    

 

Komentarze

  1. Polska z Twojej relacji Nezumi w roku 2022 wyłania sie jako kraj bardzo niebezpieczny do zycia.
    A juz szczegolnie jest niebezpieczny dla ludzi starszych.

    OdpowiedzUsuń
  2. Myślę, że nie ma w tym przesady. Stan ochrony zdrowia w Polsce jest tragiczny.

    OdpowiedzUsuń
  3. Alma
    Bardzo współczuję Ci z powodu takich smutnych przeżyć.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty