Nocne wspominki i wynurzenia
"Requiem" Berlioza, a właściwie jego "Grand messe des
morts") z Ozawą wysłuchałem jednym uchem. Włączyłem je
cicho, ponieważ moja sąsiadka nie poszła rano na cmentarz i
ledwie słyszałem. Ostatnio słuchałem jedynie jego "Symfonii
fantastycznej", którą lubię (i znam kilka najlepszych
wykonań)...Jednak było to już parę lat temu. Utwór jak
dla mnie zbyt senny, abym mógł go poważnie traktować, ale
przerywany od czasu do czasu energicznymi wejściami orkiestry
i chóru. "Lacrimosa" kuriozalna w porównaniu z tym, co
pozostawił Mozart - patetyczna, ale i rozwlekła, jak prawie
wszystkie części tego dzieła. Drugi raz posłucham tego
"Requiem" pewnie kiedy będę już spał snem wiecznym.
Jest trochę innych utworów Berlioza, które lubię. Z rzeczy
w podobnym nieco guście zapadło mi w pamięć "Requiem"
Saint-Saensa, nieskończenie bardziej patetyczne i wezbrane
czasem żalem niemal histerycznym - a w dwóch częściach
przynajmniej piękne.
Mamie skończyło się nieoczekiwanie lekarstwo na serce
i wysłała panią Wierę po nowe, ale w aptece mieli tylko
jakiś ersatz. Dopiero pojutrze będzie miała nową receptę
od pielęgniarki (która ją przyniesie od lekarza).
Nie pojechałem na Wólkę w obawie, że zobaczę tam
na tablicy nagrobnej imię osoby, która znikła z mojego
życia i najprawdopodobniej nie żyje. Choć pogodziłem
się z jej odejściem, oszczędziłem sobie gwałtownych
wzruszeń. Cmentarz z innymi bliskimi mi osobami jest
blisko mojego domu...Kiedyś późnym wieczorem zabłądziłem
na tym północnym cmentarzu i przez sporą lukę w
ogrodzeniu trafiłem do lasu. Po jakimś czasie zorientowałem
się, że jestem w lesie, a nie "na grobach."
Kilka dni temu byłem bliski kupienia książki Szestowa
o filozofii egzystencji Kierkegaarda. Ale zabrakło mi
pieniędzy, bo "połasiłem się" na danie tajskie u Wietnamczyka.
Czytam jednak "Kierkegaarda" Jaspersa, który jest w porównaniu
z Szestowem nieco oschły...Przypominam sobie raczej, bo
czytałem to w 2013 r. Bardzo mi się podoba wyznanie Jaspersa:
"Kim właściwie Kierkegaard był i co chciał przekazać, tego,
jak sądzę, nie wie nikt." To notoryczna cecha wielkich
ludzi. "Im więcej świadomości, tym więcej bycia sobą",
zauważa filozof w innym miejscu. Nieco dalej jest ładny
cytat z autora "Bojaźni i drżenia":
Ale chociaż żyły niezliczone miliony takich "ja", to żadna nauka nie
może powiedzieć, czym ono jest, jeśli nie ogranicza się do całkowicie
ogólnych wypowiedzi na ten temat. Cudem życia jest, że każdy człowiek,
który zwraca na siebie uwagę, wie to, czego nie wie żadna nauka, bo wie,
kim jest. ("Pojęcie lęku").
A dalej już z "Choroby na śmierć":
Im większa jest świadomość, tym większa rozpacz...Gdyby nie było
nic wiecznego w człowieku, to nie mógłby on rozpaczać, a gdyby rozpacz
mogła pochłonąć jego osobowość, to w ogóle nie byłoby rozpaczy...
A jednak jest to największe szczęście i największa nędza, ale i więcej:
zguba.
Z takimi tekstami musiałem mierzyć się kilkadziesiąt
lat temu jako młody student filozofii. Wspominam to nie
bez pewnego sentymentu, podobnie jak lata spędzone
z bliską osobą w pokoju bez łazienki i wody, i z pluskwami
wielkości pestki od śliwki. Mieszkaliśmy na pierwszym
piętrze akademika UW z widokiem na całodobową melinę
pijacką. Pokój sąsiadował z toaletą żeńską (moja była
piętro niżej i po drugiej stronie długiego korytarza), w
której często przez całą noc gadano, trzaskając co kilku
minut drzwiami. Zapleśniały prysznic był w podziemiu.
Kiedyś kąpiąc się tam po północy, kiedy nie było tłoku,
a zjawiali się czasem podglądacze, ujrzałem ducha zmarłej
żony mojego brata. Ukazał się jak osoba całkiem cielesna
i znikł, a byłem wtedy rozebrany, obnażony, bezbronny w
mroku (ktoś wykręcił żarówkę). Przypomniałem sobie
potem naszą rozmowę na leśnej ścieżce latem i jej
wyznanie: "Nazumi, ty jesteś poetą i masz u mnie zawsze
carte blanche."
Najcięższe były choroby i to, że moja żona o dziewiątej
gasiła światło, bo była to dla niej późna pora. Wstawała
za to o wschodzie słońca, kiedy chciałem trochę pospać.
(Mieliśmy całkowicie rozbieżne rytmy dobowe). Miałem
też ze dwa razy zapalenie płuc i leczył mnie prywatnie
lekarz z Otwocka. A żona kiedyś kupiła dla mnie, a raczej
wystała w kolejce, kilogram pomarańczy i wilżyła ich
cząstkami moje usta. Jej troska bardzo mnie wzruszała.
Te pomarańcze wydawały mi się boskim niemal pokarmem,
może dlatego, że czytałem wtedy staroindyjskie "Purany",
opisujące między innymi różne inkarnacje Wisznu, ze
słynnym fragmentem o ubijaniu przez pół-bogów i demony
oceanu mleka. Te pomarańcze były z Izraela, ale miały w
sobie ciepło i słoneczny aromat.
Ponieważ ze względu na bardzo wysoką temperaturę nie
mogłem zejść na dół, sikałem do wiadra, czemu przyglądała
się mówiąc: Siu, siu, siu...A kiedy czułem się lepiej siadała
na moim łóżku i czytała mi jakąś pogodną książkę.
W trzy lata po skończeniu studiów dostałem wreszcie
posadę nauczyciela akademickiego, z której wyrzucono
mnie po roku za "anty-marksizm", na podstawie czyjegoś
donosu. Wciąż jeszcze i przez kilka następnych lat
mieszkaliśmy w tym samym akademiku, chociaż żona
była już od dawna pracownikiem Uniwersytetu. Ale
pracownicy tam w takich warunkach mieszkali.
Nasz znajomy fizyk, który mieszkał w jednym pokoju
z żoną i dwojgiem dzieci, napisał rozprawę habilitacyjną
w toalecie męskiej, siedząc tam po nocach, kiedy
biblioteka była zamknięta. (Była tam osobna
część z umywalkami, gdzie można było wymyć ręce,
albo zrobić pranie). Ówczesny rektor na spotkaniu z
mieszkańcami tłumaczył: "Władza nie lubi uniwersytetu
bo tu jest wolność i pieniędzy na lepsze mieszkania
dla rodzin nie będzie." Niedługo potem zmarł na grypę.
Ja zostałem pracownikiem UW dopiero w "wolnej
Polsce." Mogło się to stać wcześniej, ale warunkiem
było wstąpienie do PZPR, na co nie przystałem.
Czy slogan wolna Polska cokolwiek znaczy, to temat
do rozmowy z przyjacielem podczas jakiegoś
spaceru.
Te lata niedostatku i upokorzeń sprawiły, że
poznałem trochę samego siebie, uzyskując niejaką
samoświadomość i opublikowałem swój pierwszy
filozoficzny tekst, którego tematem były argumenty
filozofów przeciw obawie śmierci. Ale nie było w nim
mowy o rozpaczy. Bieda nie uczy życia, ale pozwala
czasem koncentrować się na tym, co w życiu ważne,
na przykład na życiowych pasjach.
Moi nauczyciele kładli duży nacisk na kształtowanie
racjonalnej postawy wobec świata i życia, ale niejako
przy okazji poznawałem też dobrze historię filozofii.
Instytut mój był wtedy elitarny i na studia trudno było
się dostać - przyjmowali jedynie tych, którzy najlepiej
zdali egzaminy wstępne, a i tak z mojego roku tylko
połowa studentów zdołała je ukończyć.
Z niewyjaśnionych bliżej powodów nagle znalazłem
się w szpitalu. Byłem tak wycieńczony, że nie miałem
siły wejść do mojej mamy po schodach. Schudłem
gwałtownie do 45 kg przy wzroście 180 cm. Próbowano
to wyjaśnić, ale bez powodzenia. Przyjaciel, który mnie
tam odwiedził, artysta z ASP, zrobił mi pożegnalne zdjęcie
"na łożu śmierci" i po odstawieniu tej komedii żegnał
się ze mną czule, jakby miał mnie więcej nie zobaczyć...
Ale po chyba trzech tygodniach byłem już w domu.
Po kilku latach zdarzyła się jednak rzecz dziwna.
Będąc w mieszkaniu matki, która wyjechała z
mężem na wakacje, nagle straciłem czucie w nogach
i przez następne trzy dni mogłem się tylko czołgać
po podłodze. Wszystko, czego potrzebowałem do życia
było o wiele za wysoko.
45 kg ważyła moja ostatnia miłość. Bez większego
trudu mogłem ją podnieść, bo wydawała mi się lekka
jak piórko. A wzrostu była średniego...
Zawsze bardzo poruszała mnie smutna, żałobna
muzyka. Z utworu pełnego melancholii, potrafiłem
wybrać fragmenty tak intensywne, że ktoś inny nie
wytrzymałby ich słuchania. Ale w utworach tych nigdy
nie było histerii, jak ta u Saint-Sansa. (Może tylko
w tym wykonaniu, które wywarło na mnie takie wrażenie).
Bach, a nawet kompozytorzy włoscy, czy francuscy
zawsze w najbardziej przejmującą melancholię i lament
wnosili coś nieskończenie kojącego. Komponowali też
często muzykę na pogrzeby osób zupełnie obcych, a "Ten",
jakby dopiero co wrócił z pogrzebu kogoś najbliższego.
"Co za żal! Jakie to niesmaczne!" - pomyślałem słuchając
pierwszy raz...
Studenci pytali mnie czasami o wrażenia z tamtych
czasów. Nie chcę tu już mówić o rzeczach poważnych,
więc powiem tylko, że nie mogli pojąć jak można było
kupować herbatę "Lipton" w specjalnie wydzielonych
sklepach za bony towarowe nabywane po wyższej cenie
u tzw. cinkciarzy i delektować się jej smakiem. (Nie
każdego było na to stać!). "Boże, jak można było pić
takie świństwo" - zgorszyła się pewna dziewczyna. -
"Współczuję panu."
Rozmowa w końcu zeszła na podnoszony czasem
przez studentów temat: "Dlaczego nam się nic nie chce?"
"Za dużo jest pokus do pławienia się w luksusie, za dużo
wygody, za dużo wrażeń i rzeczy do konsumpcji,
za dużo mentalnego zniewolenia, życie w stadzie, ale
bez głębszej więzi i życiowych pasji, smutny brak
świadomości historycznej i poczucia, że o wolność
(a nie o dobra materialne) trzeba walczyć i że przyjaźń
jest czymś cennym, za mało szacunku dla ludzi
starszych i współczucia dla chorych i słabszych" -
chciałem powiedzieć pół żartem, ale tylko roześmiałem
się w duchu, bo nigdy nikomu nie mówiłem podobnych
rzeczy...Zawsze mnie uczono, czym różni się poczucie
wartości czegoś od moralistyki i pouczania innych. Poza
tym podobne konstatacje nigdy nie są prawdziwe w
stosunku do wszystkich.
Ale jeden ze studentów wyczuł może, co mógłbym
powiedzieć, przyszedł do mnie do pokoju i "zagaił":
"Na pewno pan wie, że jesteśmy straconym pokoleniem,
ofiarami ambicji naszych rodziców, którzy ciężko pracowali
chcąc zapewnić nam dobrobyt, a nie mieli czasu, żeby nas
wychować. Łudzą nas iluzją dobrobytu i sukcesu, ale
rozczarowanie może być bardzo gorzkie." Rozmawiałem z
nim jeszcze przez dobrą godzinę. Powiedział, że chce dobrze
przeżyć życie i opowiedział mi jak to sobie wyobraża.
Był mi wdzięczny, że go wysłuchałem.
Czasem coś słyszeli - ktoś mnie na przykład pytał, co
to było wino marki "Wino", albo, czy to prawda, że w
sklepach po stanie wojennym były często tylko ocet i sól...


Nezumi, zastanów sie dobrze jeszcze raz nad tym co tutaj przytoczyles:
OdpowiedzUsuń" Im większa jest świadomość, tym większa rozpacz."
to jest rozpacz, ze inteligentny czlowiek moze cos podobnego napisac.
Im wieksza świadomość, im bardziej czlowiek jest świadomy tym bardziej cieszy sie tym fizycznym zyciem.
Wszystko w tym zyciu doczesnym jest dla nas a nie przeciwko nam.
czy naprawde ta logiczna filozofia jest tak oklapkowana logiką ze nic poza logicznym postrzeganiem rzeczywistosci juz nie dostrzega?
Danek
UsuńKierkegaard nie miał nic wspólnego z logiką, o której piszesz. To twórca egzystencjalizmu i to w wersji radykalnie religijnej...Jaspers też logikiem nie był...I ja również nim nie jestem.
Ale rozumiem Twoje zgorszenie...😀
UsuńTyle tylko, że nie czytasz uważnie. Przeczytaj mój komentarz do tego tekstu. Napisałem ostatecznie tylko, że jako student filozofii musiałem mierzyć się z takimi tekstami. Nie Napisałem nigdzie, czy się z nimi zgadzam...
UsuńCodzienny kontakt z młodymi ludźmi i częste rozmowy z nimi po zajęciach uodporniły mnie na resentyment w stosunku do nich...
OdpowiedzUsuńOdpychająca filozofia.
UsuńTaki młody się naczyta tych Jaspersów Kierkegaaardów, Schopenhauerów
i na depresję zapada.
To powinno być zakazane a nawet karalne.
Dla mnie czytanie ewangelii jest jak tabletka szczęścia.
Uwielbiam baptystów, ich optymistyczne podejście do życia.
Bez przerwy TBN Polska słucham,
inaczej bym się pochlastała.
Interpretacja biblii do tego.
OdpowiedzUsuńJestem fanką Joyce Meyer i innych baptystów.
O krzyżu niewiele się tam mówi.
Prosto i jasno tłumaczą jak szczęście, zadowolenie spokój, życie bez stresu mieć,
to wszystko.
Ja lubię kwakrów. Założyli pierwsze szpitale psychiatryczne, walczyli o prawa kobiet i mniejszości etnicznych, a w 1945 r otrzymali pokojową nagrodę Nobla. Niestety w Anglii i w Stanach zostali
Usuńzdziesiątkowani i są niewielką wspólnotą...
W 47...
UsuńByli pacyfistami🙂
UsuńWe własnych przekonaniach od lat tkwicie,
Usuńwszystko oprotestujecie,
własny punkt widzenia narzucacie.
Ciągle gadka o umieraniu,
depresja, prze z filozofię nabyta,
tym sposobem podtrzymywana,
beznadzieja, żadnej radości życia.
Codziennie innych wykładów słucham,
poza czytaniem ewangelii,
jakoś horyzonty poszerzam, chociażem kobita
i problemy jak każdy mam.
P.S.
Też na początku żeśmy ciężko mieli,
od dwóch talerzy i łyżek żeśmy startowali,
potem M-2, potem M-4
ale czegoś żeśmy się dorobili,
choć trudnych chwil dostatek był.
A tu tylko siąść i płakać
i jeszcze jakiegoś dennego filozofa poczytać
i ...zdychać
i tak kółko zamknięte.
Ostatnio widziałam w tv młodego filozofa,
w kole fortuny udział brał, gdzie wiedzą trzeba się popisać.
Prywatnie, zawodowo wina sprzedaje,
o jakichś innych zainteresowaniach też mówił.
Jakieś pieniądze wygrał,
jakoś sobie ludzie radzą a nie tylko ględzą jak im ciężko.
Nazumi, za dużo tej filozofii,
Usuńmoże przez to, jesteś taki zagubiony i z życia niezadowolony.
Za dużo gadania, za mało działania,
dlatego Ci się materialnie nie powodzi.
Religie są dobre, gdy są humanitarne.
UsuńWiara, nadzieja, miłość,
jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
Znajdź sobie w necie co to humanizm, humanitaryzm,
Usuńkto to humanista.
Dlaczego akurat czepiłeś się Jezusa?
Co antyhumanitarny był,
jakieś durne wartości prezentował?
Biblia, to najmądrzejsza z ksiąg tego świata,
napisana przez ludzi uduchowionych, natchnionych duchem świętym i mądrością.
Stary testament ostry był,
nowy łagodniejszy już.
Za pracę z psychicznie chorymi , depresyjnymi, dostaje się dodatek pieniężny,
gdyż człowiek się energetycznie wypala po pewnym czasie.
Stwierdzone naukowo.
Ta dyskusja, czy rozmowa nie ma już sensu,
Usuńnie rozumiemy się.
"Powiedział niemowa głuchemu,
że pies odgryzł włosy łysemu."
Ładnie się różnijmy jeśli już.
Ateista ma prawo być ateistą i mieć poglądy jak milion innych ateistów,
a wierzący w coś tam, też ma do tego prawo jak milion innych,
nie trzeba nikomu wchodzić w drogę, czy dziedzinę wiedzy,
materialistyczną czy duchową, niech każdy podąża swoją.
Filozofia nihilizmu, egzystencjalizmu, wiecznego umierania,
ciągłych czarnych myśli, nie interesuje mnie,
przestaję wypowiadać się.
Inna duchowość mnie jara, że tak powiem brzydko.
Szkiełko i oko znam, teraz serca głos chcę usłyszeć,
mimo, że biologiczną jestem tylko ziemską istotą.
O zaraz ciekawe audycje w temacie mam,
wyszywam "krzyżykami":) nie krzyżem:) i mądrości natchnionych słucham .
P.S.
Są szpitale psychiatryczne do pracy i inne instytucje
czy przychodnie czy oddziały dzienne.
Gdzie napisałam, że ja tu pracuję?
Insynuacja znów jakaś?
Jeszcze wielkimi literami, co oznacza krzyk.
Oj komuś nudzi się.
Czeka na żer, by zaraz dziobać, rozszarpywać i udowadniać swoją rację.
Daleko gdzieś to mam.
Ja ateistom ich podejścia do tego jak świat widzą,
Usuńnie podważam, nie ośmieszam.
Swojej duchowości nikomu nie narzucam,
poinformowałam tylko z lekka.
Na jałowe dyskusje czasu nie mam.
Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci.
OdpowiedzUsuńJeśli przebywasz wśród ludzi pogodnych, zdrowych,pełnych radości życia,
jesteś innym człowiekiem, to się udziela.
Podobnie w drugą stronę, depresyjni wysysają energię, takie wampiry energetyczne,
nie potrafisz nawet wśród nich oddychać.
Niektóre trendy muzyczne podobnie działają,
podobnie jak filozofie .
Znam to z praktyki.
Ale ma domysły, a udowadniał jaki logiczny:D
OdpowiedzUsuńhahaha
Ja nie Danek, czasu nie mam, na takie durne dysputy:)
Matko, ale Tyś cudny w tej brodzie... Nie dziwię się, że te najpiękniejsze tak Cię rozrywały... Tylko ten mankament, że za dobry byłeś. Baby trzeba krótko trzymać, bo inaczej nie doceniają.
OdpowiedzUsuń