Dżem z dzikiej róży, czyli o pożytku z pluskwy


                            Zdjęcie nazumi13 

 

                           "Ile marnego gipsu jest na maskach 

               stoików!" (Maritain)            

          

     Anglosaska moda na stoicyzm sprawia, że ukazuje 

się wiele książek mówiących o tym, jak żyć w duchu tej 

filozofii.  Organizuje się nawet specjalne warsztaty 

terapeutyczne, a ludzie zorientowali się, że można na 

tej modzie zarobić i uchodzić jeszcze za mędrców. 

Otrzymujemy w konsekwencji produkt wysoce 

zamerykanizowany, w którym stoicyzmu jest może, jak 

w tanich napojach 0,5%, czasem tylko trochę więcej, a 

reszta to nauczanie w stylu współczesnych coachów 

rozwoju osobistego, nieco tylko zakamuflowane.   A

podobne rzeczy Amerykanie "wyprawiają" często z zenem, 

czy z taoizmem, nad czym nie tylko ja ubolewam. 

     Cechą sztucznych napojów jest zwykle wyrazisty smak,

uzyskiwany dzięki zawartym w nim substancjom 

chemicznym.  W przypadku pseudofilozoficznych tekstów

nie jest to takie proste.  Jest w nich zwykle mnóstwo 

cytatów, co sprawia wrażenie, jakby przynajmniej w połowie

tekst składał  się z czegoś, co jest oryginalną myślą. Nie

mam nic przeciwko wykorzystywaniu stoickich myśli w 

psychoterapii, a sprzeciw mój budzi jedynie fałszowanie

tej filozofii.

     Kiedyś pytałem bliską mi osobę, dlaczego pije napój 

o smaku kaktusa, który składa się niemal wyłącznie 

z barwnika, sztucznego aromatu i cukru.  Okazało się, 

że jej smakuje.  Spróbowałem i mnie  n i e  smakował,

ale oczywiście to rzecz tzw. sądu smaku. :-D 

    Ucieszyłem się jednak, że jest coś, co lubi, bo osoba ta 

nie cierpiała dżemu z płatków dzikiej róży i rogalików 

z owoców róży domowej roboty. 

    Robiła je kiedyś moja żona na Podlasiu. Najpierw 

zrywaliśmy w miejscach czystych tę różę, a potem ją 

przetwarzaliśmy.  Oczywiście ona nie znała mojej żony, 

a takiego dżemu nigdy nie próbowała. Nie wiedziała też, 

że te rogaliki uwielbiali Marian i Lusia Przełęccy.  

Ale, choć nigdy o tym nie wspominałem, mówiła, że nie 

cierpi dżemu z płatków i z owoców róży, podobnie jak 

np. mandarynek i pomarańczy.  Okoliczność sama w sobie 

bez znaczenia, bo zazwyczaj każdy lubi coś innego, ale 

budząca pewne moje zdziwienie.  

     - A może jest jakiś napój z kaktusa, w którym jest 

go trochę więcej? - spytałem. 

     Było, to oczywiście pytanie bezsensowne, bo gdyby

nawet był, to nie musiałby jej smakować.  Już raczej dla

żartu zapytałem, dlaczego nazywa napojem kaktusowym

napój, w którym kaktusa nie ma. 

     Ta tak bliska mi osoba, nie lubiła też kilku moich 

ulubionych kolorów, za to uwielbiała szarość i fiolet.  

Kiedyś przyniosła mi w prezencie jakieś szare talerze, 

a dla mnie - i tak już pozostanie - szary to kolor raczej 

pogrzebu niż elegancji.   Wiem, że to moje skojarzenie

jest nieco przypadkowe (ponieważ tradycyjne kolory

żałoby to czerń i biel), i że jest wiele pięknych i 

subtelnych szarości, a fiolet kwiatów i tkanin bywa 

wprost bajeczny i wyjątkowo delikatny. Zresztą z 

kolorami jest tak, że prawie wszystko zależy

od tego, "na czym" pojawia się dany kolor.  Tak jest

na przykład z zielenią trawy i liści, z powodu której 

kochamy wiosnę.    

     Poza tym jednym przypadkiem nigdy nikogo o takie

rzeczy nie pytałem.  Sławny metaetyk, Richard Hare w

dziele "Moral Thinking" zauważył, że kiedy żona założy 

zieloną sukienkę (zapewne o odcieniu nieco, czy może nawet 

wściekle hardcorowym), to nie należy jej sprawiać przykrości 

wypominaniem jej złego gustu.  Norma moralna - powiada - 

zawsze mocniej nas wiąże niż estetyczna. Nie możemy zatem 

kogoś ranić sugerując, że ma nie najlepszy gust.  Co ciekawsze, 

taka ocena zwykle bardziej nas boli, niż jakaś ocena moralna. 

Gdyby profesor Hare powiedział małżonce, że nie jest

wobec niego lojalna, albo szczera, to mogłaby się tym nie 

przejąć, ale to, że ma zły gust jest już wyraźnie odczuwalne.

Zapewne też Hare nie lubił kolorowych sukienek.

     Ale jak jest z tymi produktami, które reklama z 

upodobaniem nam wciska?   Kilku moich kolegów "po

filozofii" handluje winem, nagraniami muzycznymi, albo 

zieloną herbatą i w przeciwieństwie do mnie i paru bliskich 

mi osób, które też ją kończyły, żyją dostatnio.  (Studiowałem

w czasach, kiedy te studia kończyło na UW 20 a nie 500 osób,

więc przynajmniej część z nich miała na oku poważne 

zajmowanie się filozofią, co udało się ledwie kilku z nich).

Oczywiście, mam czasem wrażenie, że zazdroszczą mi wierności

filozofii.  Gadają o książkach, których nigdy nie napiszą

i o studentach, których nigdy nie poznają.  A kilku innych 

stało się coachami stoicyzmu. To oczywiście kwestia wyboru 

życiowej drogi i tego, jakie wartości są nam bliskie.   

     Jednak doświadczony znawca wina, czy herbaty, bez 

większego trudu odróżni dobre wino od marnego.  I podobnie

ja zwykle odróżniam prawdziwą (wartościową) myśl od 

czegoś, co nawet nie jest jakimś jej ersatzem, choć nie zawsze 

z nią się zgadzam, czy podzielam i czasem mogę się mylić.   

    Z tego znawstwa oczywiście niewiele czasem wynika. Mój 

ojciec, który ma 96 lat, pije wino codziennie. Jest to tani i trochę 

kwaśny cabernet za kilkanaście złotych butelka. A kiedy 

opiekunka poczęstowała go tym szlachetnym i drogim, jakie 

pili inni, odsunął od siebie po namoczeniu języka z niesmakiem 

kieliszek i powiedział, że czuje się oszukany.  "Ależ to 

jest znakomite i bardzo drogie wino!"  - krzyczano. "Nie!"

- powiedział - i nagle spochmurniał.  "To nie jest moje wino!"

W towarzystwie zaległa śmiertelna cisza, a opiekunka

zaczęła się tłumaczyć, że zapomniała mu kupić jego ulubione

wino.  Rzecz w tym, że ojciec mój jako osoba niezwykle

towarzyska i bywała w świecie potrafił dość dobrze

odróżnić dobre wino od cienkiego.  

     Filozof, producent zielonej herbaty, który wciąż czyta

filozoficzne księgi, żalił się, że jego dochody mogłyby być

o wiele większe, gdyby sprzedawał herbatę niskiej jakości,

na co honor mu nie pozwala.  Doskonale go rozumiem - 

choć i na tym nieźle zarabia!   Wyjął nawet saszetkę z

jakąś herbatą, której dystrybucją się zajmował i podał

mi do degustacji, ale ponieważ wypiłem przedtem sporo

piwa. trudno mi to było ocenić.  Herbatę sprowadza

jakaś szwajcarska firma, reklamując ją jako najlepszą

na świecie tego gatunku.  Niestety, gust Polaków, 

ubolewał, jest tak niski, że przeważnie kupują tanią

i podłą herbatę, co jest profanacją świętych walorów

tego napoju.   

    Zajmuję się tu amatorsko poezją. Piszę, jak umiem, a

Różewicz, ani Eliot moich utworów nie czytali.  

Nie publikuję ich nigdzie poza tym miejscem, choć pewnie 

mógłbym. Nie wiem, ile jest w moich utworach poezji, 

wiem natomiast, ile jest mojego nastroju i bliskich mi myśli.   

Uważam je czasem za dość głębokie, choć raczej archaiczne

w formie i oparte luźno na wzorach dawnej poezji 

(głównie greckiej i orientalnej).   Te wzory są dla mnie

bardziej źródłem poetyckiej refleksji, niż formy. Nie mają 

jednak te moje utwory na ogół ważnej cechy poezji - nie tworzą nowego języka. 

    Gdybym jednak zaczął je reklamować, czułbym się dziwnie,

bo kogo obchodzą nastroje, czy emocje autora - liczy się 

jedynie ostateczny wyraz.  Na stronie "Bardzo dobry wiersz"

jest tyle pospolitej tandety...Różewicz napisał w związku

z tym zalewem tandetnej poezji (każdy może teraz pisać), że

najlepszą rzeczą, jaką można zrobić z szacunku dla poezji,

to nie zajmować się jej pisaniem. "Ja to czuję!" - pisze 

Poeta, ale, czy przez to Twój "wierszyk", staje się w 

czymkolwiek lepszy? - pyta.    

     Wuj mojej żony miał pasiekę.  Przynosił z niej czasem

cudowny miód, zapewniając, że to nie jest miód na sprzedaż,

który fałszuje cukrem, a ten dobry, dla rodziny.  Z czegoś

wuj musiał żyć!   Nie wyżyłby z dobrego miodu.  Od literata

oczekuje się na ogół dobrej sprzedaży!  Powinien znaleźć 

temat lub formę, która wejdzie w jakąś literacką modę. 

W żadnym razie nie może to być nic nieoczekiwanego.    

     Autorzy żerujący na stoicyzmie, wykorzystują głównie

późny, rzymski stoicyzm, bo pozostały z niego książki, a

nie poszczególne zdania, ale przede wszystkim dlatego, 

że jest bliższy potocznej refleksji o życiu i mniej paradoksalny. 

Stoicyzm ten jest mi  pod niejednym względem bliski, 

ale nigdy nie był moją życiową filozofią, choć oswajałem

się z nim niemal przez całe życie.  Być może do niego

w jakiś sposób nie dorastam.  Wciąż daleki jestem od tego, 

aby "Skromnie przyjmować i spokojnie tracić", albo nie 

obawiać się cierpienia i śmierci. Dla mnie życie jest

podobne raczej do tańca niż do atletyki - przeżywam je

w sposób bardziej spontaniczny, bez prężenia muskułów, 

żeby stać w obliczu nieprzewidzianych  losowych opresji.

Może ten brak psychicznego treningu wcale nie jest dobry.

Kiedy jednak filozof zapewnia, że po tygodniowych 

warsztatach filozofii stoickiej ich uczestnicy stali się innymi 

ludźmi, to myślę o tym z politowaniem, a może nawet i

z pewną odrazą. Taki trening, aby mógł być skuteczny,

musi trwać czasem przez całe życie.  

       Zakończę przykładem wyrazistym typowo stoickiej 

sofistyki i moralistyki: 

     "Nawet i pluskwa ma swoje miejsce w moralnym 

planie gospodarczym świata. Służy do tego, byśmy nie spali

zbyt wiele i nie wstawali zbyt późno" - napisał Chryzyp,

największy bodaj ze stoików. 

       Obawiam się, że nie widział pluskiew wielkości pestki od 

śliwki, jakie spadały podczas snu na powieki mojej żonie,  

doktorowi filozofii, w uniwersyteckim hotelu na ulicy

Radomskiej.   Nie wiedzieć czemu, była tym przerażona

budząc się w środku nocy i musiałem ją uspokajać, że

istnieją większe i że może te uda się zniszczyć. (Nie

było to jednak możliwe, ponieważ zakradały się z 

korytarza i wchodziły przez okno).   

     Chętnie bym je spuścił przemądrzałemu Chryzypowi 

na nos.  Gada się o czymś łatwo!  A stoicy jeszcze potrafili 

wmówić innym, że to nie tylko słowa, ale, czyny i że owszem...

oni tak żyją!   Możesz go umieścić w ogniu, albo zalać wodą, 

a nie utraci spokoju ducha.  Kiedy straci rękę, albo oko, 

ma jeszcze przecież drugie. Czechow śmiał się z tego serdecznie, 

choć widział jako lekarz tyle cierpienia. 

      Prawdziwy, a nie tylko udawany, spokój ducha w obliczu 

rzeczywistych nieszczęść osiągnąć jest trudno.  Nie wiadomo 

też do końca, na ile jest on uwarunkowany przez pewien 

trzon charakteru osoby i jej filozoficzną refleksję, a w jakim 

stopniu przez naturalną żywotność i cechy nabyte oraz pewne 

doświadczenia życiowe, które "nie zabijają jej a wzmacniają." 

Nie znaczy to, że jakieś minimum stoickiej postawy wobec losu 

nie jest konieczne dla rozumnego życia.  Przejmujemy się

często rzeczami, które na to nie zasługują.  

     Ale w demokracji wszystko jest możliwe. Można być 

poetą nie stosując się do żadnych reguł, albo mędrcem

po tygodniowym (zapewne odpłatnym) kursie.

Kiedy czytam współczesnych stoickich coachów,

ja, uczeń szlachetnego Elzenberga, to przychodzi mi na 

myśl aforyzm autora "Idioty",  który muszę niestety

zacytować "z pamięci":  

     "Nawet pluskwa to tajemnica!" 

     

     Być może w niedalekiej przyszłości  uda się 

jakiemuś krwiopijcy wypromować delikatny i elitarny 

dżem z pluskwy i sprzedawać go drogo jako smakołyk 

i substytut diety, wykorzystując to, że w pewnych rejonach 

świata pluskiew jest niewiele, a w innych ogromnie dużo. 

W razie niedostatków można uruchomić hodowlę.

W świecie reklamy wszystko jest możliwe...     

     






Komentarze

  1. Nezumi, naprawde z ogromnym zainteresowaniem czytam Twoją tutaj twórczość.
    Nawet jesli sie z czymś nie zgadzam od razu daje Tobie moj punkt widzenia.
    Ja jednak stałem sie innym czlowiekiem od czasu gdy moją pasją stała sie duchowość.
    Twierdzisz, ze te tygodniowe warsztaty stoickie nie zmieniaja ludzi.
    Kto wie, moze jednak zmieniaja.
    Nie wiem o co chodzi w tej stoickosci jednak jesli jest ok ze noca spada karaluch na Twoja twarz a ty ze stoickim spokojem przekręcasz sie na drugi bok -
    wybacz ale to jest idtiotyzm.
    Tak Nezumi, szczególnie od czasu gdy przyjałem Jezusa za mojego Zbawiciela stałem sie innym człowiekiem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oczywiście degustacja filozofii różni się czymś od degustacji wina. 😀 ...Ale rzecz nie jest wcale prosta. Filozofia formułuje pewne tezy i szuka dla nich uzasadnienia, ale zwykle coś, jakieś poczucie wartości świata i życia, tkwi poza tym...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty