Bach i duchy
Fragment okładki książki
Podczas Marszu Niepodległości kupiłem na Krakowskim
Przedmieściu dwie książki. Jedną, którą księgarnia tak ukryła,
że trudno ją było odnaleźć, znalazłem przypadkiem. To wydana
przez PWM książka (ogromny tom) Johna Eliota Gardinera
"Muzyka w Zamku Niebios. Portret Johanna Sebastiana Bacha."
Po cudownej i głęboko duchowej książce Schweitzera i bardzo
nowoczesnym studium Wolfa, to trzecie wielkie/wybitne (być
może) dzieło poświęcone muzyce, osobowości i życiu Bacha
przetłumaczone na polski.
Wdzięczny jestem Tłumaczce i wydawnictwu, które pięknie
książkę wydało. "Na Schweitzerze byłem wychowany" ;-),
a Wolff wniósł do mego rozumienia muzyki Bacha sporo
nowego, ale Gardiner, najwybitniejszy być może dyrygent
wykonujący utwory Bacha (jest jeszcze Suzuki) napisał książkę
zupełnie inną, która nie jest monografią, a próbuje uchwycić
coś więcej niż dzieło Wolffa. Co, to okaże się po przeczytaniu.
Książka jest, jak sam dyrygent przyznaje, subiektywna a nie
obiektywna, bo ktoś kto wykonuje i interpretuje jakąś muzykę,
nie może być w pełni obiektywny.
Ten subiektywizm widoczny jest już w Przedmowie, w której
Gardiner nie pozostawia suchej nitki na Bachu jako osobie,
człowieku. Ja się z tym głęboko nie zgadzam. Jeśli książka ta
jest rzeczywiście tak cudowna jak niektóre jego bachowskie
interpretacje, to oczywiście jeszcze przemyślę swój punkt
widzenia. Zresztą już znalazłem fragment, w którym Gardiner
"sam sobie zaprzecza" (ulubione określenie studentów filozofii).
We wstępie pisze o kłótliwości Bacha, a w innym miejscu, że
Bach wyjątkowo dobrze znosił osobiste napaści, ale potrafił
być brutalny, kiedy bronił wartości samej muzyki. Był
impulsywny...Przerwał grę pewnemu poczciwemu organiście i
wykrzyczał mu, że powinien być szewcem. :-D Rzekoma
interesowność Bacha staje się bardziej zrozumiała, gdy się
pomyśli, ile gąb miał do wykarmienia i wyedukowania, a
płaszczenie się przed arystokratami było całkowicie w stylu
epoki i ze względu na powierzchowny charakter nie znaczy
prawie nic. Gardiner się nie płaszczy, bo żyje w innych czasach
i nie jest nawet kompozytorem, a jedynie genialnym być może,
odtwórcą muzyki ("Geniusz interpretacyjny" jak go ktoś
nazwał. Choć może nie każdego jej rodzaju. Mój znajomy
meloman, który nie ceni jego wykonań muzyki romantycznej
i utworów Mozarta, nazywa go "kataryniarzem"). Z pewnością
też autor tego dzieła wie, to o czym tu wspominam, ale nie
potrafi się powstrzymać od krytyki, która sprawia mu wyraźną
satysfakcję. Nie, nie jest to takie proste, że jak pisze, mamy
podstawy sądzić, że muzyka Bacha nie ma większego związku z
jego osobowością. W moim poczuciu to paradoks, jeśli nie
absurd! Ale żyjemy w epoce wyraźnego zapotrzebowania na
takie stwierdzenia. (Gardiner łaskawie zauważa, że kompozytor,
nie był psychopatą jak Wagner; nie był człowiekiem nudnym).
Z pewnością "wyidealizowany obraz Bacha-człowieka" istnieje,
podobnie jak skłonność do tzw. biografizmu w interpretacji
muzycznych dzieł.
Uwielbiam wiele nagrań Gardinera, w tym np. nagranie
Pasji Mateuszowej (to wcześniejsze dla "Archivu") i wielu
z najważniejszych dla mnie kantat, a także utworów
mego ukochanego Purcella, Monteverdiego i Haendla, ale nie
zamierzam go idealizować jako autora i przyjmować wszystkiego,
o czym na podstawie swego interpretacyjnego doświadczenia
i wiedzy mówi, z jednakową powagą.
Bardzo trafnie Gardiner zauważa, że "W najbardziej
monumentalnych i namaszczonych fragmentach tej muzyki
- weźmy Sztukę fugi, czy dziesięć kanonów z Muzycznej ofiary -
napotykamy na tkankę tak nieprzeniknioną, że zdolną udaremnić
nawet najbardziej uparte poszukiwania oblicza jej twórcy."
Ale z tego, że czasem nie potrafimy osiągnąć celu takich
poszukiwań nie wynika, że Bach nie miał pewnych nadzwyczaj
cennych ludzkich właściwości, jakie mu pod wpływem przeżyć,
które budzi w nas jego twórczość, przypisujemy. Gardiner
najwyraźniej idzie za modą na sceptycyzm, która, w moim
poczuciu, przeminie...
Maszerowałem dalej, a później na jakimś straganie znalazłem
"Opowieści straszliwe" Dickensa i w autobusie zacząłem czytać
"Cztery opowieści o duchach." Jak czytelnicy Luny zapewne
wiedzą, interesuję się gatunkiem opowieści niesamowitych i co
nieco sam napisałem. Poprzedniego dnia miałem szczęście kupić
w antykwariacie dość tanio eseje (szkice krytyczne) Eliota i
oczywiście zacząłem je czytać od szkicu na temat A. E. Poe.
Wspomniałem o tym Mamie, na co wysypała z jakiegoś
pudełka garść żółtych monet i dziesięcio i dwudziestogroszówek,
dofinansowując mój zakup w kwocie kilku złotych i pozbywając
się kłopotliwej nieco zawartości owego pudełka. Przekład
Dickensa nieco mnie zirytował. Sprawia wrażenie działalności
zarobkowej, ale mam nadzieję, że dalej się poprawi i wrażenie
okaże się mylne (choć mogę niestety wskazać taki fragment w
innym tłumaczonym tu opowiadaniu).
W obawie, że popadnę w szaleństwo, nadmierny krytycyzm,
albo kłopoty finansowe, postanowiłem do końca roku omijać
księgarnie szerokim łukiem. ;-)
Ach, muszę jeszcze tu coś na zakończenie dodać. Dzieło
Gardinera zasługuje na wielki szacunek i pozwala zapewne
głębiej wniknąć w wiele utworów i momentów twórczości
Bacha. Sprawia wrażenie książki, do której fragmentów
będę, jeśli nie zejdę szybko z tego świata, powracał.
Jeśli zaś chodzi o jego twórczość jako dyrygenta, to jak
powiedziałem, cudowne są dla mnie niektóre jego wykonania
wokalnej muzyki epoki baroku - głównie te dokonane we
wcześniejszym okresie, kiedy dysponował lepszymi i
wykazującymi nadzwyczajny entuzjazm angielskimi śpiewakami.
Broniłbym mocno jego interpretacji "Requiem", a nawet
symfonii i oper Mozarta. A koncerty Mozarta z pianistą
Bilsonem sprawiają mi zawsze ogromną przyjemność. Ale nie
potrafiłbym się też obyć na przykład bez jego wykonań utworów
Brahmsa. A ostatnio też i Mendelssohna...Zresztą w ogóle
zawdzięczam mu tak wiele muzycznych wrażeń w drugiej
połowie mojego życia, że jest dla mnie osobą niezwykle ważną.
Dla przykładu wspomnę tu o jednej rzeczy, która rzuca światło
na mą fascynację jego dokonaniami. Znam ponad dziesięć
wykonań "Dydony i Eneasza" Purcella i każde z nich jest
niezwykle udane. A jednak końcowy chór tego tragicznego
utworu w żadnym z nich nie brzmi nawet w przybliżeniu tak
pięknie i poruszająco. Te interpretacje są piękne, może
nawet w szczegółach niektóre z nich są bardziej udane
(Watkinson, którą lubię, nie jest z pewnością najlepszą
Dydoną), ale brakuje im cudu tego zakończenia, w którym
objawia się ostatecznie nastrój i niepowtarzalny charakter
utworu. A to samo mógłbym powiedzieć np. o jego pierwszym
wykonaniu "Actus Tragicus" Bacha, które jako całość jest skończenie piękne.
Subiektywizmu w ocenie twórczości i osobowości artysty
uniknąć się nie da. Schweitzer na przykład, wbrew oczywistym
faktom, odmawia wielkości hamburskiemu Bachowi ubolewając,
że żaden z synów Bacha nie był wybitnym kompozytorem.
Trudno go podejrzewać o jakąś złośliwość, ale jest to jednak
godne ubolewania i przykre uprzedzenie. Dla Gardinera
muzyka Jana Sebastiana Bacha jest niemal boska, ale sam
kompozytor mógł być, jak sugeruje, małym człowiekiem.
Bardziej tylko zszokowała mnie kiedyś wypowiedź Leonhardta
o tym, że Handel był leniwy i nie chciało mu się rozwijać
i przetwarzać komponowanych melodii. To prawda, że
Handel bardzo wiele zapożyczał od innych, włączając jakieś
ich kompozycje w strukturę dramatyczną swoich dzieł.
Ale, choć był to, w naszym współczesnym rozumieniu, plagiat,
miał głęboki sens w kontekście całości utworu. Poza tym
jednak jego twórczość jest tak imponująca ilościowo i muzycznie
oraz dramatycznie efektywna, że zarzucanie mu lenistwa
musi wywołać zdziwienie. Być może mógłby bardziej rozwijać
i przetwarzać melodie, ale nie wiadomo, czy z równie dobrym
skutkiem i czy jednak nie lepiej, że są z taką lekkością
naszkicowane.
Napisałbym coś jeszcze, ale muszę poświęcić resztę nocy
duchom...


Pierwszą książką o Bachu, jaką przeczytałem, była książka Zavarskiego (?) Pamiętam z niej jedynie wywód, że rodzina Bachów miała czeskie korzenie, co dla autora, który był Czechem, miało fundamentalne znaczenie.😀
OdpowiedzUsuńDzięki otwartości i szacunkowi dla kunsztu i ogromu pracy pojawia się teoretyczna okazja, że możesz polubić...Choć to oczywiście zdarza się rzadko. Ja tak "miałem" z ragami. Przez pół życia wydawały mi się obce i mnie irytowały, a teraz ich sluchanie sprawia mi ogromną przyjemność. Na studiach śmiałem się z kolegi, który grał na sitarze i uważałem go za snoba.
OdpowiedzUsuńGdyby był wśród nas Pharlap na pewno by coś napisał 😥
OdpowiedzUsuńI Anonimowy nas opuścił 😥
OdpowiedzUsuńJola lojalna i Loja niejolajna 🙃
OdpowiedzUsuń