Utylizator

        Dobry blog nie może obyć się bez reklam


  Dowiedziałem się przed chwilą, że mam sobowtóra. Podobno 

mówi jak ja i to, co ja, ale ma inny timbre głosu.  Ucieszyła mnie

ta drobna różnica.  Istnienie sobowtóra może czasem przerażać,

bo nie wiadomo, co w naszym imieniu zrobi, ale jest też czymś 

przykrym dla naszego ego.  No bo, jak ktoś mówi to, co ja, to 

po co ja mam mówić?  Podobno dyktatorzy mają sobowtóry, 

co chroni ich przed ryzykiem bycia ofiarą politycznego 

zabójstwa.  A może też dlatego, że sami sobie wtórują.

      Ale mam smutniejszy temat, a raczej opowieść.  

W dzieciństwie nie mówiłem sobowtór, ale sobotwór.  Teraz 

nasuwa mi to dość prostą interpretację: stworzony, względnie 

tworzący coś w sobotę.  Albo może, tworzący siebie? A może 

nawet krokodyl Sobek, albo inny jaki potwór. Ale jednak w 

jakiś magiczny sposób związany z sobotą. Może urodził się 

tego dnia?   

      Tak, czy inaczej, bohater mojej opowieści Sobotwór, 

został nagle wplątany w zawiłe perypetie, oraz pieriepałki z

urzędnikami.  Kazano mu bowiem do dnia takiego a takiego 

potwierdzić własną tożsamość. Jeśli tego nie zrobi, ma zostać

utylizowany.  Ale, jak tu udowodnić, że się jest tym, kim się

jest, kiedy się nie wie, kim się jest w oczach Utylizatora?  

Ponieważ nie potrafił sam odpowiedzieć sobie na to pytanie, 

udał się do niewiasty zajmującej się widzeniem przyszłości. 

Siedziała w mrocznym pokoju pełnym sów i przewróconych

karafek, z których wyciekało wino.  Na podłodze leżały 

pokryte pajęczyną skórki od chleba.  Niewiasta trzymała

w dłoniach elektroniczną czaszkę.

     - Rzecz jest prosta.  Nie zostaniesz poddany utylizacji, 

ponieważ, ja ci to mówię!  A ja nigdy się nie mylę!  Jeśli 

chcesz dowiedzieć się czegoś więcej i co masz zrobić,

musisz mi dopłacić. -

    -  Nie mam z czego. - wyznał Sobotwór. 

    -  To zarób!  - powiedziała wizjonerka. 

    Zostało mu jeszcze parę guldenów, które trzymała w

kuferku jego babka, więc poszedł spytać o to samo stomatologa,

który wróżył z uzębienia. W jego gabinecie walały się 

krwawe tampony, a kiedy igła do penetrowania zęba spadała

mu na podłogę, podnosił ją wprawnym ruchem i kontynuował

swą pracę. Stomatolog przyjrzał się szczęce uważnie, a nawet 

opukał poszczególne zęby, a chwiejące się usiłował wybić 

metalowym wybijakiem.  

     - Jest tak. - oznajmił - ...Są dwie możliwości. Jedna dobra,

a druga - zła. Ale postaram się, coś zadziałać. Przy następnej 

wizycie powiem panu - jak. Niepokoi mnie ta górna jedynka. -

     Ale wizyty nie było, bo guldeny skończyły się.  Sobotwór

poszedł więc do pracy i pracował przez wszystkie dni w

tygodniu, z wyjątkiem soboty, żeby uzbierać na następną

poradę u innego jeszcze specjalisty. Ale tak się zapracował, 

że przeoczył termin, w którym miała nastąpić utylizacja.    

    Którejś soboty zbudził się rano i otworzył drzwi, żeby

zobaczyć, czy przyszła do niego zmarła wujenka, z którą

lubił się napić.  Ale w drzwiach stanął Utylizator.  Odczytał

chłopcu sentencję i zaproponował zastrzyk.  Dodał, że

nastąpiło przekroczenie terminu zwrotu życia i w takiej 

sytuacji procedura przewiduje unicestwienie, względnie

anihilację.  Chłopiec tak się tym zmartwił, że w ciągu 

pięciu minut przybyło mu dobre pięćdziesiąt lat.  Czuł

się jednak winien przekroczenia terminu. 

     - Niestety, odroczenie utylizacji przewidujemy jedynie

dla osób, które nie wkroczyły jeszcze w wiek dojrzały.

Ich życie jest bowiem znacznie więcej warte z punktu widzenia 

gospodarki, a później z każdym rokiem traci na wartości 

i społeczeństwo ponosi jedynie straty.  Czy gotów jest pan 

ponieść śmierć jak mężczyzna? - 

    Sobotwór nie odpowiedział. Spytał tylko, co ma powiedzieć

w ostatnim słowie. Utylizator podał mu kartkę, na której było

to wydrukowane.  

    "Jestem głęboko wdzięczny społeczeństwu i osobiście 

panu Utylizatorowi, że moje nic nie warte dla innych z

utylitarnego punktu widzenia życie zechciał łaskawie

zakończyć.  Przed śmiercią chciałbym napić się kawy 

z likierem."

     - Bardzo proszę! - rzekł Utylizator - 

     - Ta kawa jest zimna! - zaprotestował Sobotwór - Ja muszę

poczuć ciepło!  -

     - Nic panu na to nie poradzę!  Widocznie trochę wystygła. 

Nie wiem, czy zauważył pan, że jest dwudziestostopniowy 

mróz.  Skostnieje pan i nie będę mógł pana utylizować. 

Proszę zatem pić w miarę szybko. - 

    - Ale dlaczego nie czuję likieru? -

    - Wypiłem go dla zabicia czasu. - 

    - Jest sobota. W tym dniu nie dokonuje się utylizacji. -

    - O ile Gubernator nie zdecyduje inaczej!  - 

    - Jestem samotny i nikt nie będzie po mnie płakał. -

    - Proszę się nie obawiać.  Wrzucimy pana do dołu

z wapnem, aby zapobiec szybkiemu rozkładowi pańskiego

ciała i ewentualnej epidemii.  Jest jednak jeden warunek. 

Musi pan odejść uśmiechnięty.  Jeśli pan się skrzywi,

albo zauważę jakiś podejrzany ruch mimiczny, wydłuży

to znacznie i uprzykrzy proces pańskiej utylizacji.  Poczuje

pan dogłębny ból. Niech pan zaufa memu doświadczeniu

zawodowemu. Nie takich jak ty złamałem!   Musi pan

umrzeć moralnie zdrowy.  Społeczeństwo nie może tolerować

malkontentów. A teraz proszę pożegnać się z pełnomocnikiem 

pańskiej żony i dzieci. 

     - Jestem samotny... - 

     - To proszę w rubryce stan cywilny zaznaczyć krzyżykiem

WOLNY!  - 

     Niestety nasz bohater okazał się oporny na utylizację 

i jakiś grymas niby liszaj pokrył jego twarz.  W tej sytuacji

Utylizator nie miał innego wyjścia i musiał przedłużyć

jego agonię.  W ostatniej chwili pochwycił dłoń nieszczęśnika

i wkładając w nią gęsie pióro postawił krzyżyk w rubryce:

ODCHODZĘ POGODZONY.  

    


     


     

 

    

   

     

       

        

Komentarze

  1. Alma
    Z czułością obejmujemy Sobotwora! Gdyby nie był postacią literacką, to pognalabym go ratować. A tak jadę do własnego utylizatora. Kafka, real, talent.

    OdpowiedzUsuń
  2. naprawde znakomita historia z sobotwórem.
    gratuluję doskonałego pomysłu i jeszcze lepszej narracji.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty