La comedia finita
Podziwiam zawsze cierpliwość Pani Ogawy. Nie ma
rzeczy, o których nie można byłoby z nią porozmawiać
przy zielonej herbatce. Ceniła we mnie nie tylko
melomana. Uważała, że potrafię podglądać życie jak
voyerzy z japońskich obrazów ze świata ułudy. To
prawda, że czasem nie za bardzo umie słuchać. Jak prawie
każda kobieta nie wie, kiedy należy mówić, a kiedy milczeć,
ale zawsze wysłuchuje wszystkiego do końca. Tak było też
w dniu jej śmierci.
Pani Ogawa rzuciła na mnie senne spojrzenie i zapytała
- Czy miałeś jakieś nowe wrażenia muzyczne? -
- Ostatnio niewiele słucham. Ale chyba Henri-Jaques
de Croes. -
W półmroku panującym w pokoju jej żółte oczy świeciły
jak para świetlików, albo oczy kotki.
- Żartujesz chyba! Przecież nikt go nie zna. To jakaś
dodekafonia, czy minimalizm?...A może wymyśliłeś to
nazwisko? Myślisz, że stara Ogawa się nie połapie? -
- Bruksela 1734. Sześć koncertów skrzypcowych.
Minorowe - cudowne! Dawno nie byłem już tak
zaskoczony i zdziwiony, a moja melancholijna dusza
skakała z radości, jak smażone rybki na patelni
kucharza. -
- Ale, kto to w ogóle gra?
- Jakiś mało znany zespół, jednak zauważyłem w nim
świetnego skrzypka barokowego, który grał też ładnie
Mozarta. Francuz o hiszpańskim nazwisku. Gra
subtelnie, ale nie przesadza z ozdobnikami. To już
weteran. Kompozytora też znam od dawna. Podobały
mi się kiedyś jego motety. O koncertach nawet nie
słyszałem. -
- Pewnie w stylu włoskim? -
- Ale bardziej poważne, jakby ocienione mrokiem
północy. I zagrane tak delikatnie...Nie jakieś
wirtuozowskie, prześliczne. -
- Jeszcze jeden epigon. -
- Jaki epigon? To jest naprawdę piękne! -
- Piękne...To słowo nic nie znaczy. A gdzie analiza
muzykologiczna? -
- Wie pani przecież, że jestem dyletantem. -
- I to mi się w tobie najbardziej podoba. Mój mąż
poległ na wojnie w randze generała. Gdyby był
dyletantem, to może by przeżył. O czym chcesz napisać
swoje nowe opowiadanie? -
- Nie zamierzam już niczego więcej pisać. -
- Ale, gdybyś przypadkiem zmienił zdanie? -
- To mogłaby być taka senna fantazja. Coś w rodzaju
utworu na flet i basso continuo...Jestem o dwadzieścia
lat młodszy, no może o piętnaście...i idę do dzielnicy
uciech, a tam przyjmuje mnie brunetka. Na imię ma
Nastia, albo Natasza.
- Coś słyszałam, że lubisz blondynki. Może to być
nie bez znaczenia dla twej opowieści. I co się wydarzy
dalej? -
- Niewiele. Kładę się na łóżku, a ona próbuje poradzić
sobie z moją impotencją. Jest piękna! I bardzo oddana.
Męczy się przez dobrą godzinę, ale mój przyjaciel wciąż
jest jak maleństwo. Obdarza je czułymi pieszczotami,
albo dla żartu podnosi i upuszcza, patrząc jak bezwładnie
opada. Czuję, że nigdy sobie tego nie wybaczę. Zaczynamy,
a właściwie to ona zaczyna, filozofować na temat życia.
W końcu udaje jej się coś z niego wydusić jak ze
zmiażdżonego ślimaka i mówi: "La comedia finita! " -
- Naprawdę tak powiedziała? -
- To znaczy raczej powie... -
- I dlatego ją zamordowałeś? -
- Ogarnęła mnie wielka czułość, chciałem jej tyle
powiedzieć, ale już ktoś pukał do drzwi pokoju, a
właściwie dobijał się i można było myśleć, że zaraz
wejdzie. -
- Ten rodzaj seksu bywa pociągający, ożywia
wyobraźnię kobiety i jeśli nie jest mechaniczny, jest
jak miłosne wyznanie. Tylko, wybacz, ten twój mały
przyjaciel...Pewnie po tym, jak go upuściła, całowała
go w czółko. Czy to aby nie masochizm? Naprawdę
taka piękna i oddana? A może chciała mieć stałego
klienta? -
- Jestem pewien, że zakochałabyś się pani w niej od
pierwszego wejrzenia... -
- A nie od pierwszego dotyku, mój Szekspirze? Czyli
dobrze wyedukowana? -
- Przeciwnie. Sprawiała wrażenie nowicjuszki. Ale
czułem, że naprawdę mnie kocha. Nikt nigdy nie był
dla mnie tak czuły. -
Pani Ogawa wybuchnęła śmiechem.
- To typowe! Gejsze muszą na to uważać. Nie wolno
im dopuścić do tego, żeby klient się zakochał. To
byłoby niezgodne z zasadami. Byłeś jeszcze potem
u niej? -
- Nie chciałem, żeby się męczyła. Było mi z tego
powodu przykro. Przykro, to nawet za mało
powiedziane... -
- Prezerwatywkę założyła ci ustami? Czy używaliście
grubego Durexa? To sprawia, że dotyk jest mniej
sensytywny. I dlaczego poszedłeś do niej niewyspany,
a przedtem przez pół dnia błąkałeś się po mieście?
Pewnie nic nie jadłeś i dotarłeś tam będąc u kresu
sił. Organizm trzeba wzmacniać wypoczynkiem!
Niektóre leki też tragicznie działają na męską
potencję. Zapewne odwiedzając to miejsce nie czułeś
się bezpiecznie. Nigdy nie wiadomo, kogo tam się
spotka. Są przecież choroby. A kogo tak naprawdę
cieszy płatna miłość? -
- Zawstydza mnie pani znajomością rzeczy. Tego
szczegółu z kondomem jeszcze nie opracowałem, ale
chętnie przyjmę pani sugestię. -
- A ona też zakochała się w Tobie? W jej oczach
była tęsknota, zaczęła ci się zwierzać? Pewnie
naczytałeś się tych rosyjskich pisarzy, dla których
upadła dziewczyna to największy autorytet moralny,
nieskalane sumienie w najczystszej postaci,
skrzywdzona, ale pełna pokory, prawie święta, jak
Sonia Fiodora. A jak napisał inny wielki pisarz,
mężczyźni lgną do takich jak robactwo. Krwiożercza
prostytutka to dla tych pisarzy rzadkość. A i w nią
przecież nie rzucisz kamieniem! -
- Rozmawialiśmy o życiu. Ale nagle spytała mnie
"Czy istnieją prawdy do tego stopnia nijakie, żeby w
żadnym wypadku niczemu nie służyły?" To również
ważny dla mnie szczegół mojej opowieści. Zdziwiłem
się skąd zna Rousseau. Odpowiedziała, że w Rosji
studiowała filozofię i zachęcała mnie do tego, abym
i ja się nią zainteresował, ponieważ filozofia to
mądrość, oczywiście nie zawsze, jednak bywa, że nią
jest, a wtedy potrafi nawet zmienić życie człowieka,
jak miłość, o ile przezwycięży atawistyczny lęk. -
- To ty byłeś w tym opowiadaniu klientem, który
zawsze pytał:"Jak długo to będzie trwało?", a
dziewczyna odpowiadała: "Nie wiem, kotku! Aż się
spuścisz! To zależy od ciebie. Jeden klient potrzebuje
pół godziny, a inny od razu. "
- Niezła wymówka! To też jest jeszcze do ustalenia.
Wciąż brak mi pewnych danych opisujących psyche
mego bohatera. Poza tym, że jest nieśmiały. -
- Masz jakiś pomysł, jak to dalej ciągnąć? -
Przełknąłem łyk herbaty, a w tym czasie Pani Ogawa
przyglądała się skrzydełkom owadów na okiennej szybie
z takim zaciekawieniem, jakby nigdy ich nie widziała.
Parę razy wcześniej pytała mnie, jak to jest możliwe,
że przy zamkniętym oknie owady dostają się do środka.
Słowa ciągnąć użyła z niejaką premedytacją.
- A może tak? Wracam skądś późno wieczorem,
dwadzieścia lat później, w ponury zimowy dzień i nagle
widzę ją prze sklepem z męskimi manekinami...Już nie
pracuje tam, gdzie pracowała, tylko na ulicy. Jest tak
samo piękna. Podchodzę do niej z nadzieją. "Amator
starych samochodów" - mówi na mój widok i zaprasza
mnie na klatkę schodową. Pochyla się na chwilę w
mroku, a potem dzwoni do niej telefon. "Ilu panów?"
- pyta rzeczowo. Jeszcze nie wiem, czy spełnia swój
rytuał na dole, obok drzwi od piwnicy, czy na ostatnim
piętrze kamienicy. Ale na pewno nie w windzie.
Idziemy po drewnianych, skrzypiących schodach,
nadsłuchując trwożnie, czy nie otworzą się jakieś drzwi. -
- To się rozmarzyłeś! I jak się rozwija wasza znajomość?
Czy to wtedy ją mordujesz? Przyznam, że dla mnie to
wszystko jest za mało perwersyjne. Poza tym pomijasz
ważne szczegóły - idąc, była trochę zdyszana, z trudem
łapała oddech, a w mroku próbowałeś ukradkiem zobaczyć
jej twarz. Nie wspominasz prawie o tym, co czujesz, choć
pojawia się słowo nadzieja. A może ona też tęskniła za
tobą? Pamiętasz to: "Biedna kobieta" - litują się ludzie,
a ja jak dziecko maleńkie głośno płaczę, błądzę bez celu
i wieści wciąż od ciebie daremnie wypatruję." -
Tym razem Pani Ogawa zaśmiała się nieco piskliwie
jak mysz pragnąca ukryć swe uzębienie. Ale przecież
była to tylko drobna złośliwość, wymagająca jedynie
pewnej znajomości poezji starojapońskiej.
- Jeszcze nie wtedy... Manekiny...Zawsze budziły we mnie
jakąś grozę. Była odwilż i topniał śnieg mieszając się z
błotem. Ja wtedy nie miałem jeszcze poczucia realności
śmierci. Chodziłem po mieście godzinami w nadziei, że coś
wyrwie mnie z tego piekła. -
- Przypominasz jej waszą dawną miłość? Wyznajesz ją?
Głaskasz po głowie, przytulasz? -
- Na chwilę przytulam. -
- Płaczesz? -
- Dopiero następnego dnia. -
- I wtedy powstaje w twym umyśle idea, żeby ją
uwolnić? Niech umrze Piękna i Czysta jak w twoim
marzeniu. Chciałeś popełnić samobójstwo? -
- Za dużo chyba czasem sugerujesz!...Może to nie
jest żadna idea, tylko odruch litości? Może to nie
dlatego chciałem się zabić? -
- A jak się żegnacie? -
- Pyta, czy mam papierosa. To znaczy: "Czy masz
ogen?" -
- A ty oczywiście nie masz ogna? -
- A ja oczywiście nie mam. -
- Co zrobisz, żeby czytelnik nie miał wrażenia, że to
jakaś dekadencja, albo śmiertelna nuda? Jak ocalisz
sens swego utworu? Dość czarno to widzę! -
- Wcale nie zamierzam go ratować. Jest nie do
ocalenia. Ale dlaczego zakłada pani milcząco, że
kochała każdego klienta? Pomińmy taką nieuprawnioną
przesłankę. Może po raz pierwszy w życiu poczuła, że
ktoś ją kocha i potem już nigdy nie przeżyła tego po raz
drugi? Może to był ten moment, ta chwila - jedyna w
jej życiu, kiedy objawił jej się cud miłości?...Tak, jak
mnie się objawił! -
- I chcesz powiedzieć, że ona Ciebie wtedy kochała?
Zimbardo pisze, że nieśmiali są trudnymi klientami.
Ale musiałeś ją zamordować? -
- Trochę dziwna sugestia. Może zaczekam, aż skończy
85 lat. Zna pani piosenkę Weila o Jenny, która w
stu językach świata potrafiła mówić mężczyznom
"Nie."? -
- A kto jej nie zna? ...Jest urocza! Ale jestem pewna,
że ją zabiłeś, albo zabijesz! Tę twoją Nataszę! Strona
techniczna waszego romansu nie interesuje mnie,
bardziej jej czułość. Potrafisz ją wytłumaczyć?
Przecież nie litowała się nad tobą? -
- Opowiadanie to nie utwór dydaktyczny. A skąd
niby mam to wiedzieć? -
- Czy w tym "La comedia finita!" była rozpacz?
Jak byście oboje byli skazańcami i za chwilę czekała
was śmierć? -
- Żąda pani ode mnie zbyt dokładnej
odpowiedzi. Są rzeczy, o których nie można
mówić...Tak, jakbyśmy razem czekali na śmierć i nie
było już dla nas żadnej nadziei. -
- A może po prostu się podnieciła? -
- Pani i takie myśli... -
- Pytała, czy masz żonę? ...Co leciało z taśmy?
Czajkowski? -
- Ma pani poczucie humoru. -
- Pokażesz mi, jak skończysz pisać? -
- Co? -
- No, wiadomo...Twego małego i miękkiego jak
aksamit przyjaciela. -
- Dawno już przestał być mały. -
- Jest jak drzemiący tygrys! Ale...wciąż nie poznałam
jeszcze motywu zbrodni. Impotencja nie jest żadnym
wytłumaczeniem! -
- Mój utwór jest jeszcze, że tak powiem, w powijakach
...Tak się mówi. Muszę to przemyśleć. Przecież impotencja
sama musi mieć jakąś przyczynę, akurat w takiej chwili, a
w tylu innych, bez znaczenia dla życia, nie.
- Może oszołomiło cię i przeraziło zarazem piękno
tej Afrodyty i wołałbyś się do niej modlić oczami?...
Zakochał się i nie zabił. Za to zabił ofiarę, ale nie
wie, dlaczego? Może słońce akurat mocno świeciło? -
- Życie bywa absurdalne...Ale przychodzi mi do głowy
raczej mrok. -
- Uduszenie? Zaciśnięcie pętli?...A może zabiłeś ją
za pierwszym razem, a drugiego w ogóle nie było?
Gdzie ukryłeś zwłoki? Zostawiłeś je tam? Wybiegłeś
i nikt cię nie zauważył? Jak długo potem nie wychodziłeś
z domu? -
- To po tych dwudziestu latach dopiero spotkałbym
jej ducha? -
- A duch, przepraszam bardzo, robi to...? Same
sprzeczności! Musisz chyba nad tym jeszcze
popracować. Za to nie dałabym nawet pięciu tysięcy
jenów! Ale, z tego co wiem na temat duchów, wynika
jasno, że mogą się one ukazać na chwilę przed
śmiercią, żeby zaniepokoić przyszłego nieboszczyka.
Nie może tak po prostu umrzeć nie poznawszy ciężaru
swych win. Zapętliło się życie, co? -
- Ja jej nie zabiłem... -
- Zdarza się! Nie zadręczaj się tym! Czasem tracimy
tę jedną jedyną okazję na miłosne wyznanie. Niczego nie
żałuj! Chociaż wolałabym zobaczyć jak ją dusiłeś.
Uwielbiam, lubię takie sceny w filmach. Moje napięcie cały
czas rosło w rozmowie z tobą. Sprawiłeś mi ogromny zawód. -
Podała mi białe, skórzane rękawiczki i poprosiła,
żebym ją udusił. Wiedziałem, że robi to z litości. Ale
nie mogłem, nie potrafiłem jej zabić...


Trochę go poprawiłem wzbogacając o szczegóły. Piszę zawsze w sporym pośpiechu. Zastanawiałem się przez chwilę, czy tytuł "Wyznania szalonego impotenta" nie przysporzylby mojej opowieści czytelników. Chociaż mógłby być może trochę mylący😉Poprawiając szczerze się wzruszyłem - bardziej nawet niż przy pierwszym pisaniu...
OdpowiedzUsuń