Jesień demonów
Dawno temu...Tak zaczynają się często podobne
opowieści, ale niektóre z nich mogły się wydarzyć
nawet wczoraj, a nie dwa, czy cztery wieki temu,
albo w czasach, których nikt nie pamięta...
Dawno temu pewien poeta postanowił szukać
samotności na odległych pustkowiach, wsłuchując
się w muzykę zmierzchu i poszukując we mgle
księżycowej poświaty. Była jesień i ścieżka, którą
szedł usłana była czerwonymi liśćmi miotanymi
przez wiatr i tonącymi w deszczu.
Nie należał on do tych poetów, których martwi
to, że są przez innych pomijani i piszą gdzieś na
końcu świata chmurne i gorzkie wiersze. Był z
natury pogodny, ale tajemna głębia i nieokreślona
dal budziły w nim tęsknotę, a przemijanie
napełniało jego duszę melancholią.
Wędrując tak na granicy jawy i snu, odludek ów,
gnany tęsknotą, potrafił czasem wejść na Drogę
Mleczną i oglądać usiane w mroku gwiazdy i
warkocze komet, albo wyjść poza widzialny świat
w odległe zaświaty, jednak budziły go zawsze
szelest liści pod stopami i bicie własnego serca.
A tej jesieni liście płynęły niby rwący potok,
w którym jego cień tonął jak we mgle. Pustka
drwiła z niego, podrzucając mu pod nogi
jakąś pożółkłą czaszkę, a czasem on drwił z
pustki. Ponieważ wędrówka życia prowadzi
w nicość, nasz umysł stara się ją zwykle jakoś
zaludnić i wypełnić marzeniami o tym, co może
czekać nas po drugiej stronie. Ale, czy coś po
śmierci istnieje, mógłby nam powiedzieć tylko
ten, kto stamtąd powrócił nie jako duch, ale
żyjący człowiek.
I tak jedynie, jak mówimy "deszcz", słysząc
szum opadających kropel wody, tak też mówimy,
że człowiek "ma duszę", nazywając śmierć
"przebudzeniem." Co nam mówią chore
i opite wodą, wyschnięte jesienne liście, na
których czai się liszaj niebytu? Drzewo przeżyje
zimę, a one nie.
Kiedy w ten sposób po raz kolejny przebudził
się z podobnych myśli ze wzrokiem utkwionym
w dal, o mało nie wpadł w mroku do przydrożnej
leśnej studni, zarosłej trawą i przysypanej listowiem.
Pochylił się nad nią, ponieważ był spragniony i
chciał napić się wody, kiedy zobaczył w toni twarz
dziewczyny i usłyszał jej jęk. Nie miał jednak ze sobą
żadnego sznura, a po chwili twarz znikła pod wodą,
a poetę ogarnął tak wielki smutek, że usiadł przy
studni i nie miał już siły powłóczyć nogami. Zamknął
oczy, a wtedy ujrzał, co się stało.
Dwie przyjaciółki wybrały się na spacer do lasu,
a kiedy przechodziły obok studni, jedna z nich
potknęła się i wpadła do niej. Tonąc wołała o pomoc,
jakby nie zauważyła, że została popchnięta, ale
choć obok studni leżała złamana gałąź, której
mogłaby się uchwycić, twarz tej, która stała na ziemi
wykrzywił złośliwy uśmiech i splunęła tak, że
plwocina pokryła oko tonącej, a wtedy jej przyjaciółka
przestała walczyć o życie.
Poeta rozważał w sercu przyczyny tego zdarzenia,
gubiąc się w przeróżnych domysłach. Być może
kochały tego samego młodzieńca, ale tylko jedna z
nich z wzajemnością. Twarz tonącej była piękna,
więc może przyjaciółka zazdrościła jej urody. A
może chciała zemścić się jeszcze za coś innego.
Było to dla niego nie do pojęcia. Może zwabiła ją
na leśną ścieżkę, albo pod wpływem nagłego
impulsu skorzystała z nadarzającej się okazji.
Nie mógł też zrozumieć, komu potrzebna była
w lesie studnia na takim pustkowiu.
Kiedy tak w przygnębieniu medytował, wyrosła
przed nim straszliwa postać. Był to odziany w
łachmany kościotrup, pragnący pomścić swe krzywdy
na każdym, kto zajrzy w mrok studni. Demonom
zwykle wystarczy pomsta na tych, którzy je
skrzywdzili, a nie na tych, którzy przypadkiem
poznali ich tajemnicę. Kościotrup przyglądał mu się
przez chwilę dzwoniąc zębami, aż nagle znikł.
"To tylko zwidy!" - pomyślał poeta. Ale ta właśnie
myśl była złudzeniem, bowiem utopiona dziewczyna
zdążyła rzucić na niego klątwę.
Nie odszedł zbyt daleko, kiedy jego ciało zatrzęsło
się z zimna i zamiast błądzić dalej beztrosko po
pustkowiu, zapragnął poszukać gdzieś schronienia
i po nocy dotarł do opuszczonej świątyni, w której
przedsionku mógł się położyć a nawet przykryć
porzuconą mnisią szatą. Chociaż ciało jego rozpalał
wewnętrzny ogień, poczuł nagłą błogość i senność,
a także ulgę, że kościotrup nie wyrządził mu krzywdy.
Prawie zapomniał już o utopionej dziewczynie, która
zmieniła się w demona.
W tym stanie usłyszał nagle dobrotliwy głos
staruszki, która od jakiegoś czasu skradała się ku
niemu w mroku. Staruszka pokłoniła się przed nim,
a potem przytknęła dłoń do jego czoła.
- Pali cię ogień choroby biedaku, jesteś nieźle
przeziębiony. - powiedziała. - Miałeś szczęście!
Mam tu cudowne mnisie ziele, które ukoi twój ból
i ostudzi twe rozpalone ciało. Przyrządzę ci napar.
Leż tu sobie spokojnie a ja zaraz do ciebie przyjdę. -
Poczuł się tak, jakby nagle znalazł się pod opieką
troskliwej matki, bo nie ma nic silniejszego od
złudzeń.
Długo się jednak nie pojawiała, a kiedy się
zjawiła, dała mu do wypicia napój i rzekła:
- Chodź ze mną dziecinko. Po co leżysz w
takim miejscu? Wejdziemy głębiej, do samego
serca tego świętego przybytku, a kiedy
zobaczysz Buddę, od razu poczujesz się lepiej. -
Młodzieniec słyszał wprawdzie o podstępnych
jenotach udających ludzi w podobnych
miejscach, ale staruszka była tak ciepła i
miła, że wzbudzała jego zaufanie.
Podała mu dłoń i pociągnęła za sobą, a
ponieważ nie paliło się tam żadne światło,
oprócz jednej tylko lampki, którą niosła ze
sobą, nie od razu zauważył to, co wprawiło
go w przerażenie. Nie chciał jednak dalej
gubić się w mroku i zatrzymał się, gdy nagle
poczuł, że demon chwyta go za gardło
w żelaznym uścisku i wlecze w głąb świątyni.
A kiedy tam dotarli przed jego oczami piętrzył
się stos obgryzionych ludzkich kości.
Starucha już brała się do ćwiartowania go,
kiedy udało mu się na chwilę wyswobodzić i w
szalonym pędzie stamtąd uciec, a wrota
przywalić ciężkim kamieniem. Nigdy przedtem
nie spotkało jej podobne upokorzenie.
Poeta wyczerpał się tak bardzo, że upadł na
ziemię i chwytał powietrze jak wyrzucona na
piasek ryba. Jego koniec wydawał się bliski.
Mimo to pojął, że wiedźma, nie zjada wcale
ludzi z powodu swej żarłoczności, ale dla samej
chęci niszczenia.
Ja, Mysz polna, spędziłam mnóstwo czasu
w różnych archiwach, żeby dowiedzieć się, co
wydarzyło się dalej, ale odnalazłam jedynie
jakieś nic nie znaczące, mgliste wzmianki.
O mało zresztą nie przypłaciłam tego życiem,
kiedy profesor Tachibana, usiłował przebić
mnie piórem. Choć byłby to dla mnie zaszczyt
zginąć z rąk tak sławnej osoby, nie miałam
na to ochoty.
To z pozoru niemiłe spotkanie okazało się
jednak doniosłe w skutkach. Profesor bowiem
nagle złagodniał i ze skruchą wyznał, że chciał
mnie pozbawić życia, a jestem przecież czującą
istotą, której pod żadnym pozorem nie wolno
krzywdzić. Korzystając z jego opamiętania
zdobyłam się na odwagę i opowiedziałam mu tę
historię, a wtedy profesor poczęstował mnie
herbatą, rozpromienił się i powiedział:
- Wiem coś o tym! -
Kiedy nasz poeta upadł na ziemię i o mało nie
wyzionął ducha, zjawiła się boska Kannon i
oczami współczucia ogarnęła jego niedolę, a potem
zamieniła się w dużego ptaka i pokonując w lot
przestwór, przeniosła go w wygodne miejsce, w
którym pielęgnowały go z czułością przydrożne
czarodziejki. A kiedy doszedł do siebie, zobaczył
kwietną łąkę z jaśniejącymi w słońcu kwiatami.
Jednak istnieje też inna wersja tego zdarzenia,
zaznaczył profesor, zgodnie z którą ten młody
człowiek umarł...
(Część druga, którą można sobie darować)
Profesor, który właśnie stracił córkę, ale nie
chciał zamykać się w milczeniu, rozgadał się i
i zauważył, że chociaż ów poeta wznosi się czasem
wysoko i napełnia firmament strofami pełnymi
światła, ludzie odmawiają sobie ich blasku,
a nawet potrafią mówić - "Czego się ten człowiek
nie dotknie, to zamienia w cień." Tak trudno
im pojąć, czym jest świetlisty mrok, który nadaje
naszemu kruchemu istnieniu niepowtarzalne
piękno.
Wzruszona jego życzliwością spytałam go,
czy wie coś o tym, co spotkało poetę zanim
dotarł do studni.
- Mogę jedynie domniemywać. Być może
natknął się na pająki, które czają się
na nieszczęśników w jamach i omotują ich
swą lepką siecią, ale czasem potrafią stamtąd
wychynąć i walczyć nawet z cesarską armią,
podobnie jak uczyniła to niegdyś armia
szczurów. Ale dla mnie to już raczej, wybaczy
pani, fantastyka. - zauważył śmiejąc się. -
Jednak mam dla włóczących się po nocach poetów
przestrogę. Błąkając się na odludziu po zmroku,
albo gdyby przypadkiem trafili o tej porze na
opustoszały cmentarz, mogą tam spotkać
ślepego staruszka, który ma do dłoni
przytwierdzone gałki oczne, a ten urwałby im
głowę i w okamgnieniu pożarł w całości. Tak
mówią księgi...Staruszek ten z pozoru wygląda
całkiem niepozornie, jednak nie ma przed
nim ratunku - potrafi wyssać człowieka i
zostawić z niego skórę. Świat pełen jest
duchów i kryje w sobie wiele dziwów. Jednak
nic nie dorówna okrucieństwu ludzi. Obserwuję
je i studiuję uważnie z lękiem i smutkiem,
bowiem demony to przy nich istoty całkiem
niewinne. -
- I kotów! - dodałam. - Słyszałam, że trzeba
się strzec kocic, które przyjmują ludzką postać,
żeby doprowadzić do zguby kochanków. Można
je poznać po tym, że mają z tyłu ogon, ale w
miłosnej namiętności nie każdy go zauważy,
a długa suknia dobrze go zakrywa. Dlatego
dobrze jest postawić nocą przy łóżku miseczkę
z solą, która skutecznie je odstrasza. -
- To prawda. Przesądy uważa się często za
naukowo udowodnione, a domowe sposoby
okazują się skuteczne. Zrozumiała jest też
intencja moralizująca owych opowieści. Ale,
czy akurat w tym wypadku tak jest? -
Mówiąc to Tachibana nieoczekiwanie
skrzywił się i wolałam przezornie się oddalić.
Ludzie zwykle raczej wolą koty od myszy.
Chciałam jednak jakoś zakończyć rozmowę
i zapiszczałam:
- Świat jąkaj jest fascynujący... -
Profesor spojrzał na mnie nieco ironicznie.
- Yokai - poprawił mnie. - Nad o poprzeczna
kreseczka, oczywiście w zapisie dla tych, którzy
nie znają języka...


W przeciwieństwie do większości mych "japońskich" opowieści, które są swobodnymi fantazjami, w tej jest kilka nawiązań do tradycyjnej japońskiej demonologii i do sceny z pewnego filmu, którą kiedyś oglądałem. Widziałem z niego tylko tę jedną scenę, więc nie mogę napisać, jaki to film. Nie jestem wielkim znawcą Yokai - przeglądałem zaledwie kilka książek na ich temat. Druga część tekstu jest czymś w rodzaju komentarza. Całość zaliczyć chyba należy do mych "Zapisków myszy polnej i myszy domowej." :-)
OdpowiedzUsuńW Japonii opowieści niesamowite, nawiązujące do tradycji chińskiej i japońskiej, pisali w XX w tak wybitni pisarze jak Akutagawa i Dazai...Są to teksty nie tylko znacznie dłuższe od moich (limitowanych sensowną długością "wpisu" na blogu), ale i o czym nie muszę chyba nikogo przekonywać, nieporównywalnie ciekawsze. Ale może też pisane w nieco innym celu...
OdpowiedzUsuńWędrówka po Drodze Mlecznej to znany motyw starożytnej poezji chińskiej.
OdpowiedzUsuńBogini Kannon to żeński odpowiednik bodhisattwy współczucia Awalokiteśwary. W Chinach i w Japonii Awalokiteśwara był rodzaju żeńskiego...
OdpowiedzUsuńKokuri baba, wiedźma czy też zmora ze świątyni mniej mnie przeraża niż Tenome, cmentarny ślepiec. Może dlatego, że nocą częściej przebywam na cmentarzu niż w opustoszałej świątyni...:)
OdpowiedzUsuńAlma
OdpowiedzUsuńZastanawia mnie to, że im dłużej żyję, tym mniej obawiam się demonów. Może tyle ich powymyslalam, że już do nich przywyklam...🙂
no tak Alma, do wszystkiego można sie przyzwyczaić.
Usuń