Śledź jest zawsze bardzo dobry. Rozmowa z Cioranem

   "Gdyby wszystko, czego się tknę, smutniało; gdyby

ukradkowe spojrzenie w niebo udzielało mu barwy

przygnębienia; gdybym nie dostrzegł już wokół siebie 

suchych oczu, tak że błądziłbym po bulwarach jak wśród 

ostów, a ślady moich kroków kradłoby słońce, żeby

napoić się bólem - wówczas miałbym prawo do dumnej

afirmacji życia. Wszelka aprobata miałaby po swej

stronie świadectwo nieskończonego cierpienia, wszelka

zaś radość - wsparcie rozlicznych goryczy. To wstrętne

i pospolite czerpać krzepiącą afirmację z niepełni zła, 

bólu i przygnębienia. 

     Optymizm jest czynnikiem degradacji ducha, skoro

nie wypływa z gorączki, uniesień ani oszołomień. 

Podobnie namiętność nie czerpiąca siły z mroków życia."


    Dalej już tej myśli nie ciągnę, bo zbytnio rozchodzi się

z mą własną myślą.   Bóg z Cioranem!   Zdaje się, że pewne 

rzeczy ze sobą pomieszał.  

    Optymizm   m o ż e   być czynnikiem degradacji 

ducha, choć z powodów zupełnie innych - na przykład, kiedy 

ktoś zasklepia się w nim nie widząc ogromu cierpienia i patrząc 

na tonących powtarza w błogim uniesieniu: "Mnie jest w 

mym błocku tak cieplutko i dobrze. A oni zasłużyli na swój los." 

Nie o żadną namiętność ani mrok tu chodzi.  Ta nie jest bowiem 

miarą wielkości ducha. Ale o widzenie życia takim, jakim ono 

jest, bez złudzeń i współodczuwanie z innymi także w ich 

cierpieniu, niepokoju i bólu istnienia.   

     "Czerpać krzepiącą afirmację z niepełni zła, bólu

i przygnębienia..." I tu podobne pomieszanie.  Nikt poza

wyobrażonym bodhisattwą współczucia, nie ogarnia całości

cierpienia.  Każdy ma do czynienia z jakąś jego cząstką,

którą w swym życiu spotyka. Zauważać coś więcej może

ten, kto stara się wyjść poza własne wąskie doświadczenie

życia i dostrzega przerażającą uniwersalność cierpienia.

Temu ma służyć na przykład buddyjska medytacja - 

pomaga zauważać nie tylko cierpienie własne i osób nam 

bliskich, ale także obojętnych, wrogich i obcych, i również 

innych czujących istot.   To cząstka tego, co nazywa się

buddyjską życzliwością...Jednak, czy dlatego, że ogromu 

cierpienia nigdy nie ogarniamy, afirmacja miałaby budzić 

wstręt?

     Ale, ponieważ nie chcę tu niczego ukrywać, przytoczę

myśl Ciorana do końca. Co zatem mówi dalej:

"W plwocinie, w brudzie i bezimiennym ulicznym błocku

kryje się źródło czystsze i nieskończenie bardziej ożywcze niż 

w łagodnej i racjonalnej wspólnocie życia. Dość mamy w sobie

żył, którymi krążyć mogą prawdy, w których pada deszcz i śnieg, 

hula wiatr, wschodzą i zachodzą słońca...A czyż w naszej krwi

nie spadają gwiazdy, by za chwilę znów rozbłysnąć?"

     To już nawet nie jest dobra poezja. Pomijając werbalizm 

tych słów i ich estetyczną miałkość, zwodzą one ku czemuś 

głęboko fałszywemu.  

     Unika tego Krishnamurti, kiedy pisze, że pięknoduch nie 

odgrodzi się od brudnej wsi murem w swej pięknej rezydencji

i że prawdziwe piękno może dostrzec jedynie ten, kto widzi je 

także w brudnej i hałaśliwej wsi...

     Mimo pewnego podobieństwa Krishnamurti wyraża w 

istocie coś zupełnie innego niż Cioran, członek "Żelaznej 

Gwardii", pogrobowiec Nietzschego.  Czyste źródło w plwocinie, 

to nawet nie jest coś  dionizyjskiego - raczej pospolita (oddając 

Cioranowi to słowo) sofistyka...

    Afirmacja życia nie musi być dumna. Ale może być i często 

jest w jakiś sposób heroiczna i tragiczna.

     Życie jest piękne i ma w sobie nieskończenie wiele jasnych

barw, ale wiatr, deszcz i ogrom łez, są także jego cząstką, a

kresem życia jest mrok unicestwienia.  Dlatego wszelka afirmacja

i radość życia jest niepełna, a nawet ułomna, kiedy odcina

się od refleksji i przeżywania życia w jego pełni...Jest jak 

zachwyt na łące pełnej kwiatów, albo na leśnej ścieżce przed 

zmierzchem. Istnieje przez krótką chwilę...Takie chwile 

beztroskiej radości i poczucia piękna są cenne, nie tworzą 

jednak żadnej postawy wobec życia.

     Do afirmacji życia wystarcza jednak czasem niemal sam

instynkt. Najpogodniejszy człowiek, jakiego w życiu spotkałem,

skory do żartów i serdeczny, trafił jako dziecko do Auschwitz

z jednym z pierwszych numerów a choroba zabrała mu jedno 

płuco.  Jego ojciec został tam zamordowany, choć nie był 

Żydem.  Kochał dzieci (nie tylko własne), nie stronił też od 

damskich biustów (był niski wzrostem i bardzo mu imponowały) 

a jako Góral lubił skakać przez ognisko.  Był zapalonym 

wędkarzem i na Dunajcu łowił szczupaki i sandacze. Kiedy byłem 

dzieckiem i żmija wpełzła na mój koc na plaży przy Mierzei 

Wiślanej, rozdeptał ją butem i podobno uratował mi życie.  

     Miał sporo ludzkich słabości - obiecywał coś dla korzyści, 

a potem tego nie dotrzymywał, jako dyrektor instytutu nie 

zawsze podejmował racjonalne decyzje (przestał być 

dyrektorem, kiedy jego syn uciekł do Szwecji), był przesadnie 

oszczędny, bo wszystko, co miał, wydawał na antyki, ale był 

wyrozumiały dla swej mocno zdziwaczałej i nieszczęśliwej 

(przeżyła podobne piekło w Rosji) żony (też profesora) i dla 

ludzkich słabości.  A kiedy do wódeczki częstowano go śledzikiem 

mówił z entuzjazmem:  "Śledź jest zawsze bardzo dobry!" To 

w mojej rodzinie stało się niemal przysłowiem. 

     Ale, czy jeśli ktoś po wyjściu z obozu nie przez komin,

ale do dalszego życia, nie mógł już do końca życia się 

odnaleźć, zwariował, albo głęboko przejął ludzkim losem, 

to czy mamy prawo to w jakikolwiek sposób osądzać - jak 

zrobił to niegdyś blogger Osho - pisząc, że w Auschwitz 

czuli się źle jedynie ludzie, którzy nie radzili sobie, jak on sobie

doskonale radzi, z własną psychiką.  Albo mówić, że brakowało 

mu wiary?  

     W jednym z obozowych baraków (nie pamiętam już gdzie) 

na ścianie odnaleziono wydrapany napis: "Boże, jeśli istniejesz, 

to będziesz mnie musiał błagać o przebaczenie!"


Komentarze

  1. Cytat pochodzi z książki Ciorana "Zmierzch wszelkiej myśli" napisanej w 1940 r a wydanej we Francji w tłumaczeniu na francuski w 1991 r. Przekład z języka rumuńskiego Ireneusz Kania. Wydawnictwo Aletheia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wielkie litery wywaliła w moim tekście sztuczna inteligencja i wiem już, że nie uda się tego poprawić. Ja wpisałem tekst małymi literami i w równych odstępach...

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy taka instynktowna, spontaniczna afirmacja życia zasługuje na miano afirmacji, to inna sprawa...Przypomina mi się czasem powieściowy Grek Zorba, postać ukształtowana niewątpliwie
    na podstawie obserwacji życia podobnych ludzi...

    OdpowiedzUsuń
  4. Żadnej średniej z opinii i przeżyć ludzi wyciągnąć się nie da. Także dlatego, że wielu w ogóle nie poświęca refleksji żadnej uwagi i przeżywa coś wprawdzie mocno, ale bez sensu. To tak jakby rozmawiać z kimś o filmie, który ktoś przespał, albo w ogóle na nim nie był, a oglądał jakiś inny, czasem po prostu jakąś szmirę. Nie należy jednak innym narzucać swego pojmowania życia. Ja jestem raczej pesymistą, ponieważ moja wiedza o życiu nie skłania mnie do czegokolwiek innego, ale doceniam także skłonność do optymizmu w ocenie życia. Nawet śmierć nie musi być dla kogoś wielkim złem. A podobnie samotność. Nie wiem, jak jest z fizycznym bólem i poczuciem opuszczenia, czy zdrady...

    OdpowiedzUsuń
  5. Trochę mnie zirytowal Cioran, stąd
    te inwektywy o Żelaznej Gwardii i pogrobowcu...Ale sporo go czytam.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty