O nieco burzliwej muzyce życia
Zdjęcie nazumi13
Tak wyglądają przed zimą topole w okolicach
mojego domu. Nic dziwnego, że słucham chętnie
symfonii w stylu Sturm und Drang, choć nic
szczególnie dramatycznego w mym życiu i uczuciach
się nie dzieje. Raczej powolne przygotowywanie się
na nadchodzącą zimę, troski finansowe, upiorną
czasem samotność i dogasanie...Choć odrobina nadziei
pojawia się czasem, a jej promyki pomagają mi znosić
niepogodę ducha.
Ale kiedy ponad ćwierć wieku temu usłyszałem po raz
pierwszy te symfonie burza i napór były częścią mego życia,
choć wcale tego nie chciałem. (Zawsze chciałem mieć
spokojne i pełne umiaru, skromne, kontemplacyjne życie).
Nie mogłem uwierzyć, że ktoś może krytykować formę tych
utworów, przypisywać ich istnienie kryzysowi emocjonalnemu
i depresji, albo uznawać je za wyraz przejściowej mody.
We wszystkich tych krytykach jest zresztą zaledwie cząstka
prawdy.
Utwory w tym stylu komponowano między 1760 a
1780 rokiem i później, a trzy najpiękniejsze "La Passione",
"Farewell" i "Mourning" stworzył Haydn. Uwielbiam
ich mroczną ekspresję (pozostającą jednak w ramach
klasycznego stylu), której tak brakuje w późniejszych
jego symfoniach. Cudowne zakończenie baletu "Don
Juan" Glucka i 25 symfonia Mozarta to inne przykłady
tego samego stylu i geniuszu. Poznałem też mnóstwo
innych także czymś zachwycających...I wiele różnych
ich wykonań.
A choć mój bratanek skręcał się ze śmiechu
czytając w szkole "Cierpienia młodego Wertera",
a doznawał intelektualnego orgazmu przy lekturze
dzieł Sapkowskiego, jego ironia niewiele mnie
obeszła. Istnieją ludzie notorycznie niezdolni do
tego rodzaju uczuć, co bywa czasem czarujące, ale
nie budzi mej szczególnej sympatii. Ja zresztą nie
byłem wtedy wcale młody i do swego życia
uczuciowego miałem jakiś dystans... który
czasem tylko niepokojąco się zmniejszał.
Pamiętam jak po pewnym nieporozumieniu z B.
w majowy wieczór przeszedłem chyba tysiąc kilometrów,
nie zwracając nawet uwagi na upojny zapach wieczoru
i śpiew słowików. A kiedy później poznałem A. moja
namiętność okazała się równie silna - nigdy jednak
nie ulegałem złudzeniu, że taki jest istotny sens mych
przeżyć i miłości.
Hume kiedyś pięknie napisał, że w miłości
czymś szczególnie pożądanym jest przyjaźń i czułość,
która łagodzi wszelkie zranienia. A nawet - mógłbym
dodać - w poczuciu odtrącenia czy porzucenia nie bywa
pamiętliwa i stara się pielęgnować dobre wspomnienia.
Słabość i brak woli, podobnie jak pewne zaślepienie
(przesłonięcie prawdy, czy iluzja), to rzecz ludzka...
Widziałem go zatem w czymś innym niż
w porywach serca i dlatego owo "Kocham i nienawidzę",
"Kocham i czuję rozpacz", "Kocham i umieram",
które jest istotą namiętności, nigdy nie stało się
czymś więcej niż duchem, który znikał równie nagle
jak się pojawiał, a miłość i jej czułość i gotowość
do poświęcenia istniały we mnie nadal. Podobnie
jak tęsknota i czułość.
W pewnym tylko sensie fakt, że jeszcze tej
muzyki słucham, może mnie skłaniać do autoironii.
Tego rodzaju zainteresowania przenoszą się z biegiem
lat na płaszczyznę intelektualną i są po prostu
ciekawością. Z takim nastawieniem przyjmuję nowe,
często fascynujące nagrania, choć kiedy ktoś z muzyków
rozpoczyna projekt nagraniowy, który ukończy za kilka
lat, biorę pod uwagę, że mogę już nie poznać kolejnych
jego realizacji. A jeśli przedtem dopadnie mnie
bezdomność lub zwycięży choroba, to może stać się
to o wiele wcześniej. Złoszczę się więc, kiedy ktoś
celebruje swój projekt i nie zaczyna go od wykonań rzeczy
najpiękniejszych i miałbym ochotę wykrzyknąć:
"Człowieku przecież za chwilę, a nie w roku 2032
może już nas nie być!" Ale muzycy, także z powodów
komercyjnych lubią stopniować napięcie...
To dwa nagrania udostępnione mi niedawno przez pewnego melomana.




Tekst o muzyce, której pewnie nikt z Czytelników (poza Pharlapem) nie zna i o życiu osoby równie niezauważalnej, jak ja, pewnie nikogo specjalnie nie zainteresuje...Ale mam nadzieję, że przynajmniej nie zirytuje, ani nie sprawi, że Luna na jakiś czas wyludni się.
OdpowiedzUsuńW moim przypadku związki z osobami, które kochałem trwały na tyle długo, że nie można raczej powiedzieć, że dwoje nie chciało naraz, a rozpadały się z powodów losowych przeważnie, bardzo silnie determinujących i jest bardzo mało prawdopodobne, aby mogły przetrwać gdyby "chemia", czy może raczej biologia, była o wiele silniejsza...
OdpowiedzUsuńWszystko zależy od mocy tej negatywnej determinacji i często jeśli czyjeś życie jest okrutnie niszczone niszczona jest i miłość (jako związek dwojga osób). Oczywiście nie musi tak być i nie jest to zwykle jedyna przyczyna...
OdpowiedzUsuńTe trzy symfonie są wszystkie na jednym CD Koopmana. To stare nagranie, ale bardzo udane, choć pojawiły się być może jeszcze lepsze. Kiedy ktoś mi tę płytę ukradł, bo potrzebował pieniędzy na wódkę i bardzo długo potem jej szukałem... Iona Brown też wszystkie dobrze nagrała na jednym CD ze słynną orkiestrą Marrinera. Ale oni nie grają na instrumentach z epoki. Nie mogę zresztą ich słuchać, bo umarła biedna na raka i zawsze
OdpowiedzUsuńmi się to przypomina. Bardzo eleganckie są nagrania Hogwooda, ale ich tempo jest wolniejsze i nawet, gdyby było to jego zamiarem, nie zmieściłyby się na jednej płycie. Nagrał prawie 80 symfonii Haydna, o ile pamiętam i nagle porzucił projekt...a w każdym razie tych nagrań nie ma...
Pinnock kiedyś bardzo ekspresyjnie nagrał wszystkie symfonie Sturm und Drang Haydna na Archivie. Kilka nagrał świetnie Weil (Sony).
UsuńA Antonini z właściwą sobie południową ekspresją i barokowym zacięciem. Inny Włoch i znany "barokowiec" Dantone chyba się do nich "przymierza"...Barokowa stylistyka nie pojawia się tu przypadkiem.
Page ( nie ten z Zeppelinów) w ostatnim nagraniu La Passione i 39, również minorowej symfonii Haydna, łączy ekspresję z elegancją...Volume 2 jego cyklu miał premierę kilka dni temu. To dla tych, którzy myślą, że CD już znikły z rynku. Właściwie cała "klasyka" wydawana jest na tym nośniku przez setki firm...i oczywiście można też sobie kupić pliki ;-)
UsuńJa mam szczególną słabość do nagrań Bruggena, który nagrał je chyba wszystkie (Sturm im Drang). Jego nagrania dla Philipsa (5CD) są pełne ekspresji, mroczne i w pewien sposób brudne...Z innych minorowych symfonii Haydna tego okresu warto wymienić Lamentatione, wykonywaną przez Bruggena pięknie, ze słynnym
Usuńchorałowym adagiem...
Miało być: wykonań Bruggena. Ale Android wie lepiej ;-)
UsuńBruggen zmarł nie tak dawno, chyba jeszcze przed Hogwoodem? i jest to wielka strata dla muzyki. Harnoncourt, kolejny nieboszczyk i mistrz, nagrał pięknie symfonię 45 " Farewell." Ma ona dość zaskakujace zakończenie, bo powoli milkną wszystkie instrumenty...
Jeszcze jedna sprawka Androida. Und zmienił na im. 😀
UsuńJa zaczynałem słuchać tych symfonii
Usuńod nagrań Fischera dla Nimbusa. To też dobre wykonanie. Niestety te płyty gdzieś się zawieruszyły, albo ktoś je "pożyczył."
Nie chcę już jednak dłużej zanudzać Czytelników...
(Z ciekawszych był jeszcze Goodman na Hyperionie, ale mniej go miałem okazję słuchać).😉
UsuńWarto :-)
OdpowiedzUsuń