Księżycowy krajobraz
Ale, gdyby się okazało, że jednak się nie
pojawi, to taki nastrój przywodzi mi na
myśl przy pięknej muzyce Schuberta i
Liszta.
Nie znaczy to oczywiście, że miałaby
ona w jakikolwiek sposób chcieć dorównać
tym dziełom ludzkiego ducha i wyobraźni,
albo być do nich podobna. Zresztą i ten
melancholijny obrazek też w żaden sposób
nie może być porównywany z muzyką.
Jego autorem jest Carl Gustav Carus - lekarz,
biolog, teoretyk malarstwa i malarz.
Mam nadzieję, że nawet jeśli sama
opowieść nie ujrzy światła nocnego z
powodu niepokoju, zmęczenia lub zniknięcia
autora, warto było na ten obrazek rzucić
okiem.
Sam nie wiedział, jak znalazł się na tym
odludnym pustkowiu, którego mrok
rozświetlało jedynie światło księżyca.
Prawie nie było tu drzew, a jedno tylko,
stojąc bliżej, straszyło swymi kościstymi,
bezlistnymi konarami. Ale najbardziej
przerażający był bezkres, który majaczył
w oddali. Można było iść przed siebie
i nigdy nie dojść do końca. Wiadomo
było, że gdzieś po drodze znajdzie się
swój grób.
Jednak Anzelm myślami był gdzieś daleko
i nawet nie zwrócił uwagi na to, jak
zmienił się krajobraz okolicy. Wpatrywał się
w księżyc wyłaniający się zza chmur, a
kiedy zobaczył ogromny, megalityczny kamień,
który spadł niegdyś z nieba, usiadł na nim,
żeby odpocząć.
Zwykle w takiej okolicy spotkać można
dostojne lub złowieszcze ptaki, albo natknąć
się na jakąś wykopaną przez krety, pożółkłą
czaszkę. Ale tu pustka była niemal księżycowa.
Minęły już trzy tygodnie odkąd wyruszył
w wędrówkę wysłany przez wuja Edgara.
Jego żona, Lenora, powiła niedawno trzy
demony i wuj utopił je w stawie jak ślepe
kocięta. Ale potem przeczytał w Księdze,
że demony wcale nie straciły życia, a
przeciwnie, stały się jeszcze bardziej potworne,
niż były dotąd. Dlatego nakazał Anzelmowi,
studentowi, który u niego wynajmował
pokój, aby udał się na północ i odnalazł
wiedźmę, która zamieniła się w sowę, żeby
zasięgnąć rady, jak ma się ich na trwałe
pozbyć. Jej wiedza była rozległa - znała
podobno wszystkie zaklęcia i eliksiry,
sposoby uwodzenia i podstępy i nawet
samego diabła potrafiła wprowadzić w
zakłopotanie.
Anzelm uśmiechnął się w duchu na myśl
o poszukiwaniu sowy - uważał bowiem jej
istnienie za czczy wymysł i zabobon - ale nie
mógł odmówić wujowi, któremu obiecał płacić
co miesiąc za pokój, odkąd relegowano go
ze studiów. Uzbierała się w tym czasie całkiem
niezła sumka. Wuj wprawdzie zarzekał się,
że nie potrzebuje tych pieniędzy, a pozwala mu
mieszkać przez wzgląd na jego nieżyjącą matkę,
ale co pewien czas czynił przykre aluzje do
złożonej przez Anzelma obietnicy. A jego
małżonka już w ogóle nie potrafiła poskromić
swego języka. Co gorsza, w tym czasie poczuł
miłość do służącej wujostwa - Armidy. Nie
była to bynajmniej dziewczyna z ludu, lecz
wykształcona dama, którą los rzucił tutaj
z Prowansji. Czytała romanse, umiała grać
na klawikordzie i wyszywać koronki i mnóstwo
innych podobnie pożytecznych dla życia
rzeczy.
Życie bywa powikłane, podobnie jak
stosunki między ludźmi. Przy swym szlachetnym
urodzeniu dziewczyna miała jedną wadę. Była
niemową i cierpiała na ową tajemniczą chorobę
ducha, nie pozwalającą jej czasem wstać z
łóżka, w którym spędzała całe dnie. Lenora
dawno już chciała ją wyrzucić, bo musiała często
sama robić wszystko to, co należało do
obowiązków służącej, jednak wuj brał ją
w obronę. Anzelm kiedyś przez przypadek
zorientował się - dlaczego i zapałał do
dziewczyny płomiennym uczuciem. Jednak
Armida, która również go pokochała,
wzbraniała się przed obdarzaniem go tą
samą czułością, którą płaciła wujowi i
jej kochanek czuł się nieszczęśliwy.
Ciekawe, że choć była niemową, czasem
wracał jej głos i wtedy potrafiła uwieść
studenta słowami. A ten, nie mając innej
możliwości ukojenia swych pragnień,
robił to z Lenorą, która była mu przychylna.
Wuj był od niej dużo starszy, a jako kierownik
muzyczny miejskiego kościoła spędzał w
nim wiele czasu, który poświęcał
chórowi, instrumentalistom i grze na organach,
zaspokajając swe żądze z chłopcami z chóru.
Musiał też na każde święta przygotowywać
nową kantatę, przestrzegając reguł
ustanowionych niegdyś przez samego Lutra.
A kiedy wracał do domu kładł się spać i tylko
od czasu do czasu spełniał swe małżeńskie
obowiązki dla przyzwoitości. Niemniej Lenora
była kotna, jak mówił z pogardą, niemal każdego
roku, ale wszystkie ich dzieci pomarły.
I dopiero gorąca modlitwa wuja sprawiła, że
ostatniego roku powiła trojaczki, którym
udało się przeżyć, ale te nagle nieoczekiwanie
znikły, a jej małżonek powiadomił ją ze smutkiem,
że utopiły się w stawie, nad który zaprowadziła
je Armida, gdy ta przestraszona przez jakiegoś
ordynusa, nagle zemdlała. Mimo tego
przekonywającego wyjaśnienia duszę Lenory
zatruwała nienawiść do służącej.
Wuj Edgar nie miał podobnego kłopotu z
Armidą, bowiem w uniesieniu miłosnym
wykorzystywał te otwory jej ciała, które
nie mogły sprawić, że pocznie. Anzelm nie
wiedział, kto naprawdę potopił małe demony
- czy zrobiła to Armida, która zastępowała
wujowi często chłopców z chóru, czy sam wuj.
Miał jednak nadzieję, że któregoś dnia uda
mu się porwać dziewczynę i uciekną razem
tam, gdzie wuj ich nie znajdzie. Wuj był
bowiem, przy całej swej dobrotliwości oraz
miłości bliźniego, nieco impulsywny i czasem
popadał w szewską pasję.
Pod wpływem tych wszystkich okoliczności
wyruszył w niechcianą wędrówkę z szyderstwem
na ustach. Trwała ona dość długo, bowiem
wuj poskąpił mu grosza na opłacenie powozu
i musiał udać się w drogę pieszo. Błądził tak
niby ślepy wędrowiec w wieczornej mgle,
marząc o swej ukochanej, jednak tej akurat
sowy oczywiście nigdzie nie spotkał, choć
widział ich wiele, podobnie jak puszczyków
i puchaczy, idąc leśną koleiną. Za to po drodze
spotkał nocą trupki demoniąt. Trzymały się
za ręce, tańczyły i wirowały przy bladym
księżycu na wietrze, śpiewając wesołą piosenkę:
"Nasz dech śmiertelny i chuch
zabił już śmiałków stu dwóch.
Tańczymy taniec pozgonny,
na wieki wiekopomny.
I wszystkim mówimy huzia...
Ja jestem Zuzia,
a ja Józia, a to jest siostra nasza
Fruzia."
Młodzieniec miał ze sobą niewielki
drewniany krzyż, którym chciał się od nich
opędzić, jednak okazało się, że spróchniał,
czy też nadjadły go korniki i kiedy to
czynił jedno ramię krzyża odpadło, a
demonki zaczęły chichotać. Ich ciała
miały zapach bagna i mułu.
"Chciałeś nas śmierci pozbawić,
lecz my możemy cię zabić!
Czy czujesz odór nasz trupi?
Któż się od niego wykupi!"
- zawodziły dalej, ale gdy żegnał się
już z życiem, nagle niespodziewanie znikły.
Wkrótce już miał przekonać się, dlaczego
pozostawiły go samemu sobie, gotując mu
o wiele straszniejszą śmierć.
Nogi odmawiały mu coraz częściej
posłuszeństwa, a w torbie podróżnej skończyła
się woda. Musiał ją pić, jak pies z napotkanej
kałuży, kiedy tylko spadł deszcz. I tak
wycieńczony dotarł wreszcie na owo pustkowie.
Usiadł na kamieniu i rozmarzył się znowu
o ukochanej Armidzie, która była jego dobrym
duchem.
Tymczasem wuj podjął już stosowne kroki.
Cała ta historyjka o sowie miała jedynie
służyć wywabieniu studenta z domu. Nie
wierzył bowiem w podobne pogańskie gusła.
Powaby Armidy dawno już mu się znudziły,
więc zwabił ją do siebie pod nieobecność żony
i udusił, ciało zamknął chwilowo w komodzie,
a plamy krwi, która pociekła, gdy dla większej
pewności poderżnął jej gardło, wywabił
jakimś płynem i myśląc o zbawieniu wiecznym
czekał na Lenorę jak na wybawienie. Miała
nadejść niebawem. Zamierzał ją ukarać za
nieprawe stosunki z Anzelmem. Wprawdzie
i tak pójdzie za to do piekła, ale dopiero
po śmierci, trzeba więc to uczynić, aby spotkało
ją to jak najszybciej.
Podczas modlitwy usłyszał bowiem głos Boga,
który domagał się od niego pomsty - a nikogo
tak się nie bał i przed nikim tak nie drżał jak
przed Najwyższym. Jednak ta jakoś dziwnie długo
nie powracała. Poszedł więc na chwilę do sypialni
zdrzemnąć się, a wtedy Lenora, która jak się
okazało, skryła się w szafie, wyskoczyła z niej
i uderzyła go w głowę tłuczkiem do mięsa, a potem
zaciągnęła oba ciała do spiżarki. Zajęło jej to
pół nocy. Później zaś sama wyskoczyła przez okno
kamienicy i rozbiła się o chodnik.
Nieszczęsny Anzelm nic o tych nieoczekiwanych
wypadkach nie wiedział pogrążony w błogim
rojeniu. Choć żył z Lenorą, kochał swą Armidę
ponad wszystko na świecie miłością czystą i
wzniosłą. Bywało, że kiedy pogrążona była
w melancholii, czytał jej na głos jakiś ciekawy
romans, a czasem szeptał, gładząc ją czule po
policzku. Jakie to szczęście, że wuj niczego
się nie domyślał! Biedny starzec - zawsze taki
ufny. I jak go za to nie kochać?
Tak, to już postanowione, uciekną razem.
On, jako były student prawa, zatrudni się
przy pisaniu listów w jakimś bogatym domu,
a Armida, przy swych wdziękach jako osoba
mogąca uchodzić za osobę z towarzystwa, dorobi
czasem na boku i w ten sposób powiążą koniec
z końcem. Galantów chętnych do romansowania
bowiem nie brakuje. A dziewczyna ma cerę
gładką, choć trochę bladą i kształtna jest jak
Gracja. Trochę gorzej z mówieniem, ale przecie
głos jej czasem wraca, a i to, że dochowa milczenia
i jakoby ułomna jest, ma swe powaby i
dogodności...Co tam pisanie listów! Nauczy się
od swego dawnego kamrata Leopolda sztuczek
karcianych i wkrótce zdobędzie fortunę. A na
wypadek, gdyby to się nie powiodło, miał w
kieszeni płaszcza rewolwer.
Marząc tak na jawie zapadł w sen wieczny
i z otwartymi oczami oddał duszę Bogu. Księżyc
był w pełni i zrobiło się jeszcze bardziej pusto niż
było. Na wiosnę pozostanie po nim tylko siedzący
na kamieniu szkielet objedzony przez mrówki...
Może znajdzie go przypadkiem jakiś anatom
i mu się nada, albo student medycyny, który
włoży do podróżnej torby pustą od marzeń
i pragnień czaszkę.
Żadna okolica nie jest tylko złowieszcza.
To, czego nie dopatrzył Pan Bóg, naprawi często
Natura.



Wpisałem opowieść. Zupełnie inną, niż zamierzałem. Miała być niesamowita i nieco poważniejsza w nastroju, ale postanowiłem napisać więcej o ludziach, niż o samej tej okolicy...Jak widać udało mi się przeżyć :-)
OdpowiedzUsuńDziękuję...W takim razie cieszę się, że ją napisałem :-)
Usuń