Zabójcza błyskawica. Niby wspomnienie z poprzedniego życia
Ostatnie dni trudno byłoby mi uznać za
wypełnione nieprzerwanym szczęściem i spokojem ;-)
Ale najgorsze czeka mnie pewnie w niedługim czasie
i wtedy nie tak łatwo będzie utrzymać kruchą
konstrukcję życia. Powinienem być niby
przygotowany. Ale jak tu być przygotowanym na
odejście najbliższych osób, samotność,
walkę z chorobą, czy śmierć własną. (Mam wielką
prośbę o niekomentowanie tego fragmentu mojego
tekstu, ponieważ nikt z Czytelników ani znajomych,
nie ma na ten temat wystarczającej, a często
najmniejszej wiedzy). A do tego dochodzi jeszcze
niepokój związany z tym, co się ostatnio dzieje.
Wspomnę więc tylko o moich, coraz bardziej
pozbawionych sensu rozrywkach, które odrywają
mnie od myśli o ludzkim losie (a nie tylko
mym własnym).
To przede wszystkim muzyka i książki.
Zapomniałem tu napisać, że ktoś z Czytelników
podarował mi ostatnio "Czarodziejską górę" tylko
dlatego, że kiedyś wspomniałem, że chciałbym ją
jeszcze raz przeczytać. To wzruszający i piękny
gest.
Niestety mój pokój mało sprzyja podobnym
lekturom. Nie mam w nim miejsca nie tylko do
czytania, ale nawet do jedzenia. Żeby to robić
przysiadam na łóżku, ale nie mogę tak trwać
zbyt długo. Stąd też ostatnio pociągają mnie
bardziej krótsze niż powieść formy - nie tylko
dlatego, że sam takie próbuję tworzyć.
Poza tym, wchodząc w świat wielkiej powieści
stale obawiam się, że zostanę z niego nagle wyrwany
przez jakąś tragiczną wiadomość lub życiową opresję.
Dlatego zaczekam do zimy, choć wtedy zwykle
w źle ogrzewanym pokoju marznę.
Teraz już mam problem z wyjściem z domu
kiedy jest widno (o ile oczywiście nie muszę
koniecznie gdzieś być) i nie mogę z tego powodu
chodzić na spacery, ani robić zdjęć, co jest dla mnie
dość przykre. Sen, którego jestem pozbawiony
w nocy, dopada mnie często nieoczekiwanie o
najbardziej niespodziewanych porach. Na
przykład, kiedy muszę się z kimś koniecznie
skontaktować, jadę autobusem, albo słucham
muzyki. A na spacerowanie koło domu nie
mam siły. Stwarza to wrażenie przebywania w
jakimś ponurym labiryncie, albo lochu.
Nie lubię tego rodzaju uwięzienia. Jest
gorsze nawet od chwil zabieranych mi przez
sen.
Muzyki słucham niestety o wiele za mało
w stosunku do potrzeb i to prawie wyłącznie
klasyki. Ma to wiele powodów, o których nie
chcę tu pisać. Jednym z nich jest to, że
muzyka rozrywkowa jest zbyt głośna jak na
poprawne politycznie uszy mej młodej sąsiadki
i niesłychanie ją czasami gorszy, a ja nie mam siły,
ani ochoty, walczyć z jej uprzedzeniami. Choć
spotykałem się też z wyrazami najszczerszego
uznania dla tego, czego słucham.
Moim nigdy nie spełnionym marzeniem było
słuchanie muzyki w miejscu, w którym nikomu by
to nie przeszkadzało.
Przypomniało mi się w związku z tym
pewne zdarzenie. Moja przyjaciółka z Londynu
cierpiała na depresję i lęk społeczny,
i chociaż council dał jej mieszkanie komunalne
w bloku (dwa spore pokoje z kuchnią i łazienką),
ale z osobnym wejściem i wyjściem do ogródka,
zgłosiła potrzebę jego zamiany, ponieważ
nie czuła się w nim dobrze. Były to sprawy
drobne, które opiekująca się nią pani doktor
kazał jej codziennie wynotowywać w jakimś
notesie.
Jacyś czarni chłopcy napluli
na nią kiedy przechodziła, bo wydawała im się
uosobieniem seksu. Hinduska kłóciła
się z kochankiem, a jej dzieci hałasowały.
Stara kobieta siadywała w pobliżu wejścia
do jej mieszkania przed swoimi drzwiami
i wścibiała swój nos w jej życie. Dozorca
przyglądał jej się, kiedy wracał sama
do domu. Otrzymywała czasem anonimowe
telefony i ktoś dyszał w słuchawkę. Jednym
słowem trudno jej było tam wytrzymać, choć
towarzyszyły jej dwa piękne koty...i dość
często ja. Przypuszczam, że z calkiem
innych powodów chciała się uwolnić od
tego miejsca i związanych z nim wspomnień.
I rzeczywiście po roku oczekiwania
dostała mieszkanie w domu wolno stojącym, w
którym miała tylko jednego sąsiada, zupełnie
zresztą odizolowanego i niesłyszalnego (wejście
do jej piętrowego mieszkania też
było osobne). Były to trzy pokoje z kuchnią i
łazienką, ponieważ w swej prośbie zaznaczyła,
że ma boyfrienda z Polski, z którym pragnie
założyć rodzinę. Mieszkanie musiała nieco
odnowić (zedrzeć stare tapety i odmalować),
ale w porównaniu z nim dom, w którym
mieszkam, to slums.
Pamiętam, jakie tam były piękne okna
wychodzące na ogród. Ja spałem zwykle w
najmniejszym pokoju, gdzie też słuchaliśmy
razem muzyki przy maleńkiej lampce lub
płomieniu świecy. To dzięki niej posłuchałem
po raz pierwszy wielkiego hinduskiego
śpiewaka, jakim był Bimsen Joshi. Ale
najbardziej uwielbiała koncerty fortepianowe
Mozarta! No i oczywiście moje reggae...
Zdarzenie to pokazuje przepaść, jaka
istnieje między naszym dzikim kapitalizmem,
a tamtą rzeczywistością bogatego kraju
(z wielkimi nierównościami społecznymi)
w rozumieniu funkcji socjalnych państwa.
Czy tak jest tam również teraz - nie wiem.
Sporo już upłynęło czasu...i brzmi zapewne
jak bajka. Co najmniej raz na dwa tygodnie
telefon albo list informujący, jakie bezpłatne
badania należy zrobić i gdzie, żeby ustrzec się
chorób. Tysiąc funtów na remont mieszkania
- wydanych oczywiście na coś innego.
I darmowe Durexy ;-)
Wiem, że Danek może oburzyć się,
podejrzewając, że i ja chciałbym liczyć na
podobną pomoc. Powiem więc, że
nigdy nie miałem podobnych oczekiwań,
a mieszkałem przez prawie dziewięć lat
z żoną w małym pokoju bez wody, kuchni
i łazienki, a naprzeciwko okna mego pokoju
była całodobowa melina pijacka. Graniczył
on z toaletą żeńską, w której nocą spotykały
się przy praniu ręcznym sąsiadki i było
słychać każde ich słowo i spuszczenie wody.
Moja była piętro niżej. A przegniły prysznic
w podziemiu.
W tym tak cudownym miejscu, w
którym pluskwy były wielkości pestki od wiśni,
pisaliśmy swe prace doktorskie. Żona
spała na materacu rozłożonym na podłodze,
a mnie oddała łóżko. Chorowałem wtedy
dość poważnie i dwukrotnie miałem ciężkie
zapalenie płuc, które nie poddawało się
antybiotykom.
Mieliśmy z żoną zupełnie
inny rytm dobowy. Ona o ósmej zimą
już gasiła światło, a ja pracowałem w
nocy. Była to spora udręka. A po
wyrzuceniu mnie z pracy za anty-marksizm
żyłem przez dłuższy czas tylko z tzw. prac
zleconych, tłumaczeń, ankiet, itp. W końcu
udało mi się uzyskać pracę na jednej z
warszawskich uczelni, a później, już w
"wolnej Polsce" na Uniwersytecie.
Pamiętam, jak podczas jednej z chorób,
która omal nie zakończyła się moim "zejściem",
kupiła mi cztery pomarańcze. Czytałem
akurat przed zachorowaniem hinduskie
"Purany" i byłem zachwycony tymi cudownymi
owocami, których w sklepach nie było i wzruszony
jej poświęceniem (stała po nie w długiej kolejce).
Te pomarańcze były równie soczyste i aromatyczne,
jak ta fantastyczna i pełna mitów księga i
smakowałem je cząstka po cząstce z zaschniętymi
od choroby ustami. To w niej jest ta słynna
opowieść o ubijaniu Oceanu Mleka przez bogów
i demony. I o tym, jak Wisznu zamieniał
się w przeróżne istoty.
Tylko proszę Cię, Danku, nie pisz nic
o mojej post-komunistycznej świadomości,
bo niewiele miałem z nią wspólnego. W takiej
sytuacji było wtedy wiele zdolnych osób.
ŚP. Rektor odwiedził na zebraniu mieszkańców
tego przybytku i powiedział: "Uniwersytet
nie ma pieniędzy, bo władza nas prześladuje
za wolność." Mój znajomy fizyk napisał
w toalecie pracę habilitacyjną. Mieszkał w
pokoju z dwojgiem dzieci i żoną, i to było
jedyne miejsce, w którym, obok oczywiście
czytelni, mógł to robić, przesiadując tam
po nocach.
Ale nie o piszczącej biedzie piszę tu.
Jestem przyzwyczajony do tego,
że niczego nie dostaję za darmo. Ze dwa
lata temu po skończeniu wykładu w okolicach
ósmej trzydzieści wieczór pogadałem sobie
ze sprzątaczką, która zamiatała podłogę w
sali. Opowiedziała mi o swym pobycie na
wczasach nad morzem i współczuła mi,
że mnie nie było na to stać. Za pozamiatanie
(z grubsza) posadzki zarobiła więcej
niż ja za wykład, który przygotowywałem
przez kilka lat (bardzo skrupulatnie).
Jednak to akurat w mym życiu zmieniało
się i nie zawsze moja sytuacja wyglądała aż tak
źle. (Mam z tych lepszych okresów sporo
książek i płyt). I w ogóle materialne udręki nie
robią na mnie wrażenia. Raczej duchowe ;-)
Choć zdarzały się niestety sytuacje dramatyczne.
Dlatego dziwię się trochę młodym ludziom
i ich pragnieniu życiowego komfortu i
wygody, i chęci konsumowania życia. Aż
chciałoby się czasem wykrzyknąć: "To nie
jest do konsumpcji!"
Słuchałem dzisiaj "Semele" Handla i
to nie zasypiając ani na chwilę, mimo przeziębienia.
To znakomity utwór z kilkoma cudownymi ariami
i pełnymi blasku chórami. "Semele" to opera,
ale z tekstem angielskim. Jest pełna wdzięku,
jak semi- opery i maski Purcella, czy "Acis and
Galatea" samego Handla, ale nie brak jej
też prawdziwie włoskiego rozmachu i wokalnych
popisów. Zawsze bardzo lubiłem trzy arie
z tego utworu, które śpiewał Michael Chance,
doskonały angielski kontratenor. Jedna z nich
do dzisiaj mnie wzrusza. Los tytułowej bohaterki,
kochanki Zeusa (Jowisza), też jest niezwykle
poruszający, a opisał go niegdyś Owidiusz.
Jak wiadomo - spłonęła od pioruna po to, by
powrócić potem do życia. (Choć w samej operze
są liczne akcenty komediowe).
Ogromnie cieszę się, że John Eliot Gardiner
nagrał ją po prawie czterdziestu latach od
pierwszego swego wykonania po raz drugi.
I z pięknego prezentu, jaki otrzymałem od
osoby, której kiedyś pomogłem w napisaniu
pracy magisterskiej.
Muzyka to dla mnie nie tylko rozrywka,
a raczej samo życie, bardziej nawet niż
poezja, która posługuje się słowami i
obrazami, czy filozofia, której studiowaniu
poświęciłem życie i pracę zawodową. Jedynie
muzyka wyraża w pełni to, co niewyrażalne...
Zdjęcie nazumi13



Jedyne co moge skomentowac to dziekuje Bożej opatrzności, ze wyjechalem z tego kraju gdy tylko nadarzyla sie okazja,
OdpowiedzUsuńJa moglem byc przeciez opisany tu przez Ciebie, borykajacy sie z podstawowymi problemami, ktore to problemy w ogole nie istnieja po tej stronie Oceanu.
Ja zostałem i nie mam już pewności, że zrobiłem dobrze...
UsuńNiestety, ale trudno temu zaprzeczyć...
OdpowiedzUsuńZdjęcie bardzo piękne i dziwnie znajome :) Widocznie zdarzają się miejsca bardzo podobne . Dużo pięknych chwil w życiu życzę :)
OdpowiedzUsuńDziękuję...Bardzo lubię takie miejsca. Życie jest piękną chwilą :-)
Usuń