Śmierć w sosnowym lesie

    Emanuel nie poczekał na Narcyza i Hortensję

i  sam poszedł nad morze. Usiadł na skarpie i 

drzemał rozmarzony w świetle księżyca słuchając

szumu fal.  

       Było już dobrze po dwunastej, kiedy zaniepokojony

głos puszczyka wyrwał go z tej drzemki.  Spojrzał

na cyferblat srebrnego zegarka i zdziwił się dlaczego

ich jeszcze nie ma. "Pewnie jak zwykle pokłócili się

i rozeszli w przeciwne strony. Nigdy chyba nie 

zmądrzeją."  Przez chwilę wydawało mu się, że

słyszy jakieś rozpaczliwe wołanie od strony plaży,

ale może był to krzyk jakiegoś innego ptaka. 

     Po godzinie dalszego czekania zdrętwiał już tak

z zimna, że postanowił wrócić do dworu. Wszedł

w sosnowy las idąc tą samą drogą, którą przyszedł,

gdy nagle przedzierając się między drzewami potknął

się o coś.  Pochylił się i zobaczył, że to zesztywniałe

ciało martwej Hortensji.  Od razu pomyślał, że to

Narcyz ją zabił, ale kilka kroków dalej pod krzywą 

sosną, znalazł też ciało jej kochanka.  

    Kapłan nie chciał ich pochować sądząc, że odebrali

sobie życie sami i Emanuel zaangażował cały swój

intelekt i sztukę perswazji w przekonanie go, że 

padli ofiarą mordu. Co prawda sam nie był o tym 

przekonany, ale jak zauważył "Osoby tak skłócone

nie mogły się naprawdę kochać.  Jest więc mało

prawdopodobne, aby się razem zabiły.  Zresztą,

gdyby to zrobiły, leżałyby obok siebie, a może nawet

trzymały za ręce." W swej argumentacji uwzględnił

również możliwość, że to Narcyz zamordował 

swą ukochaną a potem zabił siebie. Ale, skoro tak, 

to przynajmniej jej należy zapewnić właściwy

pochówek.  Wielebny przystał na to, bowiem 

Emanuel przypomniał mu, jak szczerze pobożną osobą 

była dziewczyna, co uwolniło ją od popadnięcia

w podejrzenie, że uległa namowom kochanka lub sama

pozbawiła go życia, a potem się zabiła.

      Na mszy i pogrzebie Hortensji było tylko kilka

osób, ponieważ okoliczni mieszkańcy przyjęli

decyzję  swego pasterza z pewną nieufnością. 

Emanuelowi usypano zaś mogiłkę po drugiej

stronie cmentarnego ogrodzenia, w miejscu

gdzie wyrzucano czasem wyschnięte kwiaty 

i wypalone znicze.  Jedynie Emanuel przez kilka 

dni odwiedzał jeszcze to miejsce, a potem o nim

zapomniano. 

      Po powrocie z Lubeki, gdzie na studia 

wysłał go ojciec, młodzieniec zupełnie zapomniał

o dawnej przyjaźni.  Ale którejś jesieni 

przechadzając się w deszczu i wietrze nad

morzem zobaczył ich trzymających się za

ręce. Jednak, kiedy się do nich zbliżył, znikli

we mgle. 

      Potem nastąpiło coś jeszcze bardziej

dziwnego.  Zawezwał go Wielebny i oznajmił, 

że ktoś zakłóca miejsce spoczynku zmarłych,

a na grobie Hortensji po północy diabeł,

dzwoniąc podkutymi kopytami,  pozostawia 

wiązankę białych lilii. Emanuel zapewnił go, 

że będzie modlił się do Boga, aby uwolnił

nieboszczyków od jego obecności.  Nie

bardzo jednak wierzył w podobne czary i gusła,

i wpadł na pomysł, że zaczai się nocą na

cmentarzu i wszystko wyjaśni.

      Była zimowa noc, kiedy w zamieci śnieżnej

przy grobie Hortensji pojawiła się jakaś

postać. Na jej widok Emanuel omal nie

wykrzyknął.  Był to bez wątpienia Narcyz,

tyle tylko, że podczas gdy jemu samemu 

przybyło nieco lat,  jego przyjaciel wciąż

był prawie dzieckiem. 

     - A więc to ty, diable rogaty! - zawołał.  

     - Nic się nie zmieniłeś Emanuel! 

Domyślasz się zapewne dlaczego tu jestem. -

     - Nie jestem wcale tego taki pewien, ale

uważaj na wielebnego, bo jeszcze skropi 

cię wodą święconą! - 

     - Chcę chociaż przez chwilę być z nią razem.

Tak bardzo ją kochałem! - 

     - Nie chcę cię martwić, ale jej ciało jest

już w stanie rozkładu, a dusza w niebie, gdzie

jest jej tak błogo, że nawet na ciebie nie 

spojrzy. - 

     - Kłamiesz! - 

     Emanuel chciał coś na to odpowiedzieć, ale

duch znikł. W kilka dni potem ciężko zachorował

na ospę.  W gorączce widział jak Hortensja 

wstaje z grobu i puka do drzwi jego pokoju,

a następnie je otwiera i staje nad jego łóżkiem. 

Wyglądała jak zawsze uroczo, ale po chwili 

milczenia wypowiedziała słowa, które przeszyły

mu serce. 

     - Nie umrzesz teraz, ale kiedy to się stanie,

z pewnością trafisz do piekła. Dlaczego nas

zabiłeś?  Czy wiesz, w jak tragicznym jesteśmy

obecnie położeniu, na zawsze oddzieleni od

siebie cmentarnym murem?  -

     - Wybacz mi Hortensjo, ale ja niczego takiego

nie pamiętam. Tamtej nocy usiadłem na skarpie

i wpatrywałem się w księżyc, czekając aż się

zjawicie.  A potem odnalazłem wasze ciała. - 

     - To opium, Emanuelu.  Dlatego nie pamiętasz. 

Może, kiedy wydawało ci się, że odnajdujesz

nasze ciała, zabijałeś nas.  Pamiętaj, że miłość

jest silniejsza niż śmierć. -

     - Ale może mogę teraz coś dla was zrobić? -

     - Wielebny ma do ciebie słabość. Przekonaj

go, żeby wpuścił Narcyza na cmentarz i pozwolił

mu się położyć w grobie blisko mnie. A jeśli 

nie zechce posłuchać, żeby mnie stąd wyrzucił

i pochował w mogile za płotem. - 

     - Na pewno wiesz, że jest to absolutnie niemożliwe. -

     - Dlatego właśnie podpowiadam ci, co masz robić.

Musisz go uwieść, a kiedy spełni swą żądzę, 

powiedzieć, że może zmazać swą winę przez te

przenosiny.  Wolą Boga jest bowiem, aby samobójcy

nie spoczywali na terenie cmentarza. Nie chciałby

też, aby niewinnie pozbawiony miejsca ostatecznego

spoczynku nie mógł zostać przeniesiony we

właściwe miejsce. Tak powiesz, lecz dopiero po

kilku dniach, kiedy kapłan będzie bliski obłędu

ze strachu  i poczucia winy. Jednak najpierw musisz dojść

do siebie.  -

     - Nie mogę tego uczynić nawet dla Ciebie. - rzekł

Emanuel - Sodomia to jeszcze większy grzech niż

zabójstwo. Bóg mi tego nigdy nie wybaczy. -

     Zjawa znikła. A były student po trzech tygodniach

walki ze śmiercią ozdrowiał.  Okłamał Hortensję.

Od dawna już nie wierzył w innego Boga niż Bóg

Spinozy, a myśl o obcowaniu z Wielebnym 

wywoływała w nim najwyższe obrzydzenie. Może,

gdyby służył w wojsku, jego stosunek do tych

spraw byłby inny. 

     Ale wpadł na szatański pomysł.  Od dawna już

żył z pewną wiejską dziewuszyną, która wyglądem

bardzo go przypominała.  Postanowił przebrać ją

w swe ubranie i pod wieczór doręczyć list od 

swego wuja.  Kiedy wielebny ją zniewoli, nie

zauważy nawet różnicy między mężczyzną a

kobietą.  Wszystko pójdzie jak z płatka, byle

tylko nie wdawała się z nim w rozmowę, bo 

jej prostacki sposób wysławiania się mógłby

wszystko zdradzić.

     Pod pretekstem odwszania przyciął

jej włosy i wysłał tam, gdzie zamierzał. A po

tygodniu, kiedy kapłan skruszał, udał się do

niego i podjął starania o to, aby kochankowie

w ten, czy inny sposób po śmierci  mogli być

razem.

     - Diabeł podkusił mnie do tego haniebnego

czynu. O dwóch dni odprawiam już pokutę

i czuję się jak mucha umazana w nieczystościach. 

Grzech jest przyjemny, inaczej by nie kusił! 

Gorzej, jestem robakiem wijącym się w błocie...

Tak bardzo cię skrzywdziłem myślą i uczynkiem. - 

     Emanuel nieco się zirytował. 

     - Było przyjemnie. Nie mówmy o tym! Teraz

chodzi jedynie o to, aby Twoi przełożeni się o

tym nie dowiedzieli. -

     - Ale ON to widział!  Nie rozumiesz, czym  

jest prawdziwa wiara i niepokój duszy. - 

     - Tym bardziej możesz więc odkupić swój

grzech. - 

     - To grzech śmiertelny. Nie ma już dla mnie

ratunku! -

     - Tyle razy przedtem już tak grzeszyłeś, że

gdyby Bóg zawziął się na ciebie, to już teraz

cierpiałbyś w płomieniach piekła. Zważ, że

ja przynajmniej jestem już mężczyzną w 

wieku, a nie jakąś dzieciną. - 

     - Myślisz? -

     - A oczywiście!  -

     Wielebny uznał, że lepiej będzie przenieść

"tego Hiacynta" na cmentarz niż Hortensję

eksmitować za płot.  A kiedy to nastąpiło,

duch Hortensji więcej się już Emanuelowi 

nie objawił.  Widocznie jednak licho nie

spało, bo udręczony niepokojem sumienia

kapłan powiesił się przed krzyżem Chrystusa

i to na krótko przedtem nim miał głosić

Słowo Boże.  

     Wierni byli tym bardzo wzburzeni,

ale ich gniew miarkowała radość, że pochłonie

go piekło.  Chciał im w ostatnim kazaniu 

powiedzieć, że w Piśmie Świętym nie ma

słowa potępienia dla ukochanego przez Jezusa

Judasza z powodu tego, że się powiesił. 

Jest jedynie coś w rodzaju politowania. 

      "Tak czasem pod wpływem niepokoju 

wpada ktoś we własne sidła.  Tak bardzo lękał

się Boga, że zrobił akurat to, co mu się 

najmniej podobało.  Ale taki jest los słabych

ludzi!" - pomyślał  Emanuel.  Jednak teraz on sam

musiał jakoś zacząć żyć od nowa.  Nie wiedział

nawet, czy naprawdę jest mordercą, ale 

przecież duchy chyba nie kłamią.  

       Podobno widywano go często na 

nadmorskiej skarpie i słyszano jak wyje

z bólu do księżyca, albo mamrocze coś

do siebie lub ciska w przepaść kamieniami

jak małpa.   W jednej chwili utracił

kobietę, którą kochał i najlepszego przyjaciela. 

      I dopiero w kilka lat po jego śmierci w 

wiejskiej tawernie pewien stary pijak,

który zbyt wiele wypił, wyznał z dumą,

że lata temu zamordował w sosnowym 

lesie dwoje młodych.  Nie wiedział, dlaczego

to zrobił.  Drażniła go chyba ich płocha

wesołość...





      


   




 

 


 

Komentarze

  1. Przed chwilą usunąłem ten test z Facebooka, a tu jakoś nie mogę. Jest trochę drapieżny, bo to, co ukazuje, jest dość poważne, a forma opowieści groteskowa. Ale nie wydaje mi się płytki. Usunąłem go zanim ktoś go przeczytał, bo ludzie chyba lubią święty spokój. Ale taki święty wcale on najczęściej nie jest, a ludzie niepokoją się często rzeczami nieistotnymi dla życia...Widzi się to wyraźniej, kiedy życie się powoli kończy. W Anglii karano kiedyś samobójców dodatkową symboliczną karą śmierci a w Japonii w pewnym okresie maltretoeano i zabijano kochanków, którzy chcieli zabić się z miłości. Mój utwór odnosi się do czasów późniejszych. I właściwie jego tematem nie jest samobójstwo, choć sporo o nim mówi, lecz coś zupełnie innego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale nie jest dobrze, gdy z powodu jakichś tekstów obrażają się na mnie osoby bliskie. A to niestety jedyny uchwyty skutek tego, że tutaj piszę. Chociaż bywa też, Autora ktoś pochwali...

    OdpowiedzUsuń
  3. O to, że poczuli się zaniepokojeni...Albo biorą do siebie coś, czego nie pisałem z myślą o nich. W obu wypadkach perswazja nie pomaga. Pewna Pani, z którą korespondowalem kiedyś i która
    wyobrażała sobie, że mam ogromny dar pisania, oskarżała mnie, że nie piszę o życiu pozytywnie, a ona to przeżywa. Tłumaczyłem jej, że piszę nie po to, żeby podnosić sobie i innym nastrój i wpływać na działanie hormonów. Choć oczywiście było mi smutno, że nie rozumie intencji, z jakimi zwykle coś piszę i przeżywa coś zupełnie innego niż ja w chwili pisania. Po bliższej wymianie zdań okazało się, że ma kłopoty z dorosłym synem. Oskarżała go o różne rzeczy, więc zacząłem się zastanawiać, czy to może być prawda. Jej postawą wobec życia była skrajnie kontrolująca. Ogromnie bała się życia i nie czuła się w nim bezpiecznie. Na mnie też się złościla, że jestem nieposłuszny.

    OdpowiedzUsuń
  4. a telefon poprawił na ą 😉

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty