Sen, śmierć i coś jeszcze lepszego

   

...To pogląd stary jak nasza grecko-rzymska kultura i już w starożytności był krytykowany i to przez samego Epikura. Współcześnie Cioran pisał sporo i sugestywnie o "niedogodności narodzin." Powody takiego pesymizmu są dla mnie całkiem zrozumiałe. Ale nie chcę pisać o egzystencji tragicznej, ani o poczuciu absurdu, który zresztą moim zdaniem nie istnieje realnie, a jedynie właśnie jako poczucie. Egzystencjalizm wydaje mi się już nieco przebrzmiałą koncepcją filozofii. 

    Siedzę na ławeczce w Alejach Ujazdowskich i chociaż o 1.17 nie jest już tak ciepło jak za dnia, jest mi całkiem wygodnie. Samochody prawie nie jeżdżą. Przed sobą mam parkowe ogrodzenie z dość  ciekawymi tekstami o historii na plakatach.

    Ale nie od razu zaznałem tu spokoju. Jeszcze przed chwilą chodziła tu i powracała jakaś stara obłąkana  kobieta. Ciągnęła ze sobą wózek i złorzecząc pobrzękiwała złowrogo łańcuchami, plując na wszystkich Tfu Tfu Tfu. Młodzi przejeżdżający na rowerach, skuterach, hulajnogach i hulajnogach elektrycznych, wrotkach i deskorolkach, wyśmiewali się z niej. Ale  ja musiałem przed nią kilka razy uciekać. Opluła mnie już kiedyś w autobusie. A poza tym jej los budzi we mnie współczucie...

     Niestety, państwo oszczędza na niesieniu pomocy psychiatrycznej - jak na wszystkim, co ma jakąkolwiek wartość dla życia osób słabych i chorych. A to dopiero jest nienormalne! 

    Ale tej nienormalności prawie nikt nie zauważa. Młodym ludziom wyprano już mózgi z poczucia solidarności z innymi, czego dramatycznym przykładem jest ich zachowanie podczas epidemii.

    Oczywiście są też odpowiedzialne i empatyczne osoby wśród nich. Nie tak dawno pewien wrażliwy i inteligentny student w rozmowie ze mną bardzo krytycznie oceniał postawy życiowe swych znajomych, ale zapewniał, że nie wszyscy należą do "straconego pokolenia." Ja mu tego sposobu myślenia nie sugerowałem ani przez chwilę, a rozmawialiśmy ze dwie godziny.

    Poczułem ulgę, kiedy ta przykra kobieta znikła i napisałem komuś o tym. Ale ta miła osoba chyba ze dwa razy wspomniała, że sama jest normalna, w co akurat ani przez chwilę nie wątpiłem, mimo tego, że kontaktuje się ze mną :-)

     Gdyby życie było błogostanem  i sielanką, to być  może nikt by psychicznie nie chorował, a w każdym razie choroby te nie byłyby tak częste, jak są. Fromm słusznie kiedyś  napisał, że normą zdrowia psychicznego nie może być społeczne przystosowanie. Jeśli społeczeństwo jest chore, to osoby nieprzystosowane mogą być i zwykle są bardziej normalne od innych. Tak jest niestety chyba w niezwykle przygnębiającej rzeczywistości społecznej, w jakiej obecnie żyjemy. 

     Myśl o krótkości i kruchości  życia wprowadza pewien dysonans w ten pozorny spokój. Poza tym przed chwilą zapalono tu jakieś ostre światła i zimno jest już, a zatem pora stąd odejść. Czy pora odejść też w sensie nieco bardziej metaforycznym? 

    Staram się odsuwać od siebie podobne myśli  a nawet wmawiam sobie, że ktoś jeszcze mnie i być może  też  i mojej niemniej skromnej twórczości potrzebuje. Pochodzę z długowiecznej rodziny, w której kilka osób przeżyło sporo ponad 90 lat, ale lekarz, który widział wyniki moich (kolejnych już) badań rozmawia ze mną tylko o trupach. A jeśli okaże się, że na skutek okoliczności życiowych znajdę się "pod mostem", to być może lepiej byłoby z tego mostu skoczyć. Ale myślenie o tym to w tej chwili dla mnie zbyt wielka ekwilibrystyka...

       Nie wiem dlaczego, ale bardzo ucieszyłem się na widok żaby. Dawno już ich nie widziałem i myślałem nawet, że całkiem wyginęły. Żaba chyba nie myśli o tym, że lepiej byłoby się nigdy nie urodzić. Może czuje to tylko, kiedy jest już rozgnieciona...Ale czy są wśród żab poeci? 

     









 

Komentarze

  1. Trudno się nie zgodzić z tym, co piszesz w swym dość głębokim komentarzu, choć oczywiście Twe ostatnie pytanie niewiele pociesza. Ostatecznie znika przecież wszystko i w pewnym, dość mocno eksploatowanym np. przez buddyzm sensie, nigdy realnie nie istniało... Krótkość i kruchość to w sposób oczywisty konstrukcje naszego umysłu, bo przecież, jak słusznie piszesz, są stworzenia, które istnieją przez niewielki ułamek trwania naszego życia i może nawet znacznie łatwiej podlegają unicestwieniu. Ale między poczuciem krótkości i kruchości życia, a poczuciem absurdu istnieje dość istotna różnica. Te pierwsze, podobnie jak samo przemijanie i zanikanie mogą, ale nie muszą wywoływać w nas smutku w pewnych sytuacjach naszego życia. Jednak za poczuciem absurdu ukrywa się już twarda ocena i interpretacja tego, co uwazamy za realnie istniejące...

    OdpowiedzUsuń
  2. Choć rzadko się zdarza, aby ktoś do przemijania i unicestwienia własnego życia miał stosunek pogodny, to zdarzają się przynajmniej chwile, w których tak jest. Ale poczucie absurdu nie pozostawia takiej możliwości. Możemy co najwyżej robić małpie miny przed lustrem i pocieszać się myślą o tym, że nie ma żadnego pocieszenia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dlatego, jak mi się wydaje, w znacznie większym stopniu zniekształca ono obraz życia, niż poczucie, że życie przemija zbyt szybko i jest kruche. W obu wypadkach odnosimy naszą ocenę do jakichś naszych istotnych pragnień czy oczekiwań. Ja np. chciałbym żyć na tyle długo, aby cokolwiek zacząć z życia rozumieć i móc to jakoś wyrazić. A może też aby móc komuś przynieść ulgę w cierpieniu. Ale w przypadku poczucia absurdu jest jeszcze dodatkowe oczekiwanie, że świat powinien być racjonalny, bo w przeciwnym razie musielibyśmy uznać go za zły...

    OdpowiedzUsuń
  4. Romantyczni poeci, ani tym bardziej Grecy nie posługiwali się pojęciem absurdu, choć być może czasem poczucie absurdu wyrażali. To, że ktoś np. umiera zbyt młodo nie wydawalo im się, jak egzystencjalistom, wyrazem absurdu życia, ale raczej zrządzeniem okrutnego losu, rezultatem działania w świecie jakiejś siły, które wszystko doprowadzić może do ruiny...To sprawiało, że inaczej interpretowali również samobójstwo, jako akt świadomego zakończenia życia.

    OdpowiedzUsuń
  5. Młodym, o ile tylko nie są choć trochę refleksyjni, zawsze wydaje się, że są nieśmiertelni i mają przed sobą ocean życia ;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Z naukowych badan wynika, ze ok 20% spoleczenstwa w jakis sposob ma w sobie chorobe psychiczna.
    2 osoby na 10
    Rozumiem, ze oczekujesz od instytucji Panstwa aby cos zrobili z najbardziej jaskrawą czescią chorych psychicznie
    Czy oczekujesz zamkniecia ich w izolacji od spoleczenstwa?
    Dawanie tym nieszczesnym ludziom silnych lekow psychotropowych calkiem ich oglupia.
    Jezus pokazal nam poprzez Biblie, ze osoba chora psychicznie jest opetana silą diabelską.
    Czyli leki psychotropowe nie leczą tylko oglupiają.
    Jak myslisz, co powinno sie zrobic z tym powaznym problemem spolecznym?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście nie chodziło mi jedynie o szpital, odizolowanie i leki, które należy stosować w ostateczności...Ale jakaś forma opieki czy leczenia, a przede wszystkim zapobiegania chorobom jest konieczna...W Polsce w warunkach miejskich ludzie tacy jak ta kobieta skazani są często na samotność, bo tradycyjne więzi już nie istnieją, a w to miejsce nie powstały żadne nowe. W tak ciężkich chorobach człowiek nie może być sam...U nas nie leczy sie chorób psychicznych tak, jak nie leczy się raka i innych poważnych chorób. A jeszcze mniej dba się o zapobieganie im. To dziki kraj, w którym liczy się z pozoru tylko ekonomia. Z pozoru...bo wszystko jest rozkradane.

      Usuń
    2. Nazumi - nie ma czegos takiego jak zapobieganie chorobom psychicznym.
      To nawet nie jest choroba.
      Przypomne co o ludziach z problemami psychicznymi mowil Jezus.
      Nawiedzeni sa duchem diabelskim.
      Po prostu w ciele takiego czlowieka mieszka diabeł.
      Nie jeden.
      W ciezkich przypadkach nawet 6, jak to pokazal nam Jezus.
      Leki wyłanczają możliwość analizowania rzeczywistosci poprzez mózg, czlowiek w ogóle nie zdaje sobie sprawy co sie dookola niego dzieje.
      Tylko tyle robia leki psychotropowe.
      Wyleczenie sie oznacza usuniecie siły diabelskiej.

      Usuń
    3. To są choroby i czasem bardzo poważne, wymagające leczenia, kończące się samobójstwem lub społeczną izolacją. I można im zapobiegać jak innym chorobom. Psychiatria zrobiła spory krok naprzód od czasów, kiedy szpitale przypominały więzienia, a pacjentom wycinano część mózgu...W psychiatrii stosuje się wiele leków o różnym działaniu.

      Na temat działalności diabła niewiele mogę powiedzieć. O tym, że Jezus wypędzał demony czytałem jedynie w dwóch książkach "Jezus jako psychoterapeuta" i "Jezus i demony." Szamani i egzorcyści wielu kultur robią to samo - wypędzają demony. Z jakim skutkiem, to czasami widać. Zdarza się, że wpędzają w chorobę osobę zdrową, albo po prostu nie leczą kogoś, kogo w inny sposób można byłoby uratować. Czasem pewnie to, co robią pomaga, ale...

      Usuń
    4. Nazumi, trzeba byc niezwykle ostrożnym, gdy dokonuje sie tzw Energy work, a juz w szczegolnosci gdy dokonuje sie aktu egzorcyzmu.
      Jest absolutnie niezbedne aby zrobic bezpieczna przestrzeń dookoła.
      Jesli nie zachowujesz przysłowiowego BHP moze to zakonczyc sie nieszczesciem, diabeł wskoczy w nowe ciało.
      Jakie by leki Medycyna nie wymysliła, diabła z czlowieka nie wygoni czyli powod "choroby" nie zostanie wyeliminowany.
      Ja bym zwyklego szamana unikał jak ognia.
      To musi byc ktos doswiadczony a przynajmniej ktos, kto rozumie zasady BHP tej pracy.
      Z chwila jak miejsce jest przygotowane do ceremonii egzorcyzmu - diabeł nie ma szansy, zostanie usuniety.
      Gdy w imie Jezusa Chrystusa dokonujesz aktu wypedzenia demona, zadna siła nie jest w stanie być na przeszkodzie.
      Gdy jestes z Bogiem, jestes wiekszością chocby caly świat byl przeciwko Tobie a co dopiero diabeł :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty