Nie tylko o interpretacji muzyki

     Debussy. Trochę go wczoraj słuchałem

zaczynając od fortepianowych preludiów, 

a kończąc na trzech sonatach.  Ale przedtem 

było "La Mer", "Męczęństwo Św. Sebastiana" (fragmenty symfoniczne) i magiczne "Popołudnie Fauna."  Żadne

z wykonań tych utworów nie należało do tych,

które najbardziej lubię i cenię, a jednak 

wszystkie sprawiły mi ogromną przyjemność. 

Jak każdy meloman mam swe wzory 

wykonawcze i przekonanie, że tak właśnie

tę muzykę należy grać i że jedynie wtedy 

wydobyte zostają wszystkie jej istotne 

właściwości, subtelności, nastroje i niuanse,

dramatyzm, melancholia i radość. 

      Ale, kiedy słucham wykonania, którego 

wcześniej nie znałem, lub o którego istnieniu 

zapomniałem, staram się nie narzucać sobie 

żadnego schematu odbioru.  Pozostaje wtedy 

czysta kontemplacja piękna, formy, przeżycia...

I okazuje się, że także te mniej mistrzowskie,

ale jednak inteligentne i udane interpretacje

wydobywają zawsze coś, co wcześniej 

uchodziło mej uwagi.  Czasem chodzi jedynie

o drobiazgi, a innym razem o rzeczy bardziej

zasadnicze.

      Preludia na przykład...Michelangeli, 

poeta fortepianu, grał je tak, jak nikt inny. 

Ale nie przeszkadza mi to podziwiać nie tylko 

Giesekinga, ale kilku innych pianistów, jak

Roge, czy Bavouzeta. A to ostatnie nagranie,

jakiego słuchałem, artysta nazywa się chyba

Perianes, choć brakuje mu ekspresji 

niektórych innych, jest skupione, delikatne

i zdumiewająco łatwe w słuchaniu - ale 

zarazem nie jest jedynie jakąś interpretacyjną 

galanterią.

     Właściwie wszystko, co w muzyce XX

wieku ujmuje mnie delikatnością i 

finezją brzmienia wiąże się jakoś z tym,

co pozostawił Debussy. Zacząłem go słuchać

dość późno, można powiedzieć, że pod 

koniec życia. Czytałem też to, co o muzyce

sam pisał...Lutosławski i Takemitsu wiele

mu zawdzięczają jeśli chodzi o brzmienie.   

     Kiedyś wielki Ali Akbar Khan pięknie

mówił o radze.  Poznaje się ją przez 

całe życie, jak kobietę, którą się kocha,

odkrywając w niej coś, czego wcześniej

się nie zauważało.  Nie chodzi tu o jakąś nową 

kreację, niby suknię, w którą się ona 

przebiera, ale o jej duszę, piękno, osobowość.  

Chociaż w interpretacji utworów muzycznych

ważna jest spontaniczność, czy nawet element

improwizacji, wybitny artysta ma jakiś 

rodzaj miłości czy pokory, który sprawia,

że chce wyrazić to, co miał do przekazania

autor utworu. Zawsze jest to subiektywne,

przefiltrowane przez własną wrażliwość

wykonawcy - i często nie wiemy, jak 

chciałby, aby interpretowano jego muzykę 

kompozytor - ale nigdy nie zamienia się

w popis.   

   Dzisiaj muzycy śpieszą się i chcieliby

ten okres poznawania utworu, oswajania 

się z nim, skrócić do niezbędnego minimum,

co sprawia, że ich interpretacje, choć 

technicznie nienaganne, nie są często

zbyt głębokie.  A czasem może i są głębokie,

ale niekoniecznie  liczą się z intencjami 

kompozytora. 

     Zirytował mnie niedawno pewien

dość wybitny wiolonczelista (młodego 

pokolenia), którego cenię. Chwalił się, że ma 

tak wiele pomysłów na granie sonat 

wiolonczelowych Bacha, że właściwie nigdy 

ich nie słuchał, ani nie studiował i prawie ich 

nie zna. Krytycy ocenili jego wykonanie bardzo 

dobrze, niejednokrotnie lepiej, niż

wykonania artystów, którzy niemal przez całe 

życie stylowo grali Bacha. Świadczy to o jego 

talencie i wyobraźni,  a także o artystycznej 

niezależności, ale nie wzbudza mego zaufania. 

     Nawiązując do metafory indyjskiego

Mistrza, można by powiedzieć: "Nie poznałem

cię zbyt dobrze, kobieto, ale czy to nie cudowne,

jak mogę sobie ciebie wyobrażać!"  Mistyk

Oscho słusznie zauważa, że większości 

mężczyzn śnią się jedynie ich żony, ponieważ

nie mają najmniejszej potrzeby poznania ich. 

Ale nie nazywa tego miłością.  Do codziennego

życia to zwykle wystarcza, ale zdarzają się

chwile bolesnego przebudzenia. Tak więc nie

tylko w interpretacji muzycznej, ale także

w życiu subiektywizm ma swe pułapki.  

     Poza tym, nie każdy wybitny 

pianista potrafi zgrać "wszystko." Martha

Argerich na przykład zupełnie "nie czuje"

Mozarta - gra go swobodnie, z finezją i

właściwą sobie ekspresją, choć oczywiście

mało stylowo, ale jakoś nigdy nie mam 

ochoty jej słuchać. Jest gwiazdą pianistyki,

więc swe recitale i nagrania składa z

utworów, które akurat ma ochotę grać,

a które czasem kompletnie do siebie nie

pasują, ale choć jej kreatywność trudno 

byłoby kwestionować, budzi to we mnie 

mieszane uczucia.  Preludia, czy etiudy 

Debussy'ego też nie każdy gigant fortepianu 

z takim samym wczuciem gra.

     Pozytywnym przykładem swobodnej

interpretacji muzycznej są dla mnie 

niektóre wykonania Richtera.  Ingerował 

on czasem w istotne właściwości utworu, 

grając go zupełnie inaczej niż inni (nie tylko 

jeśli chodzi o tempo, ale i sam jego charakter),

jednak najczęściej prowadziło to do jakiejś 

reinterpretacji jego sensu czy formy, do 

swoistego odkrycia jego nieznanych pokładów, 

a nie było jedynie popisem artystycznego 

geniuszu i ekspresją osobowości.  

     Richter był bardzo skupiony na muzyce, co  

dobrze ilustruje  pewna anegdota. Przyleciał 

samolotem z Rosji do Londynu na krótko przed 

koncertem, wszedł na scenę, rozpakował teczkę 

z nutami, zagrał, spakował ponownie teczkę 

i nie udzielając żadnego wywiadu, ani nie 

rozmawiając prawie z nikim, znikł tak 

samo, jak się pojawił.  Ale inni wybitni artyści 

uwielbiają często poklask. Śmiałem się

podczas koncertu trochę z min i gestów 

Lubimowa, którego cenię...Ale wypiłem

wtdy trochę za dużo wina (którym 

częstowano).  

     Szczerze mówiąc nie znam się zbytnio na 

pianistyce i nie jest to najważniejszy obszar

mych zainteresowań i fascynacji muzycznych,

choć słucham tej muzyki sporo, prawie

codziennie i nie wyobrażam sobie życia bez

koncertów Mozarta, sonat Schuberta,

czy nawet bez Bacha granego na fortepianie. 

A przecież jest mnóstwo innych cudownych

utworów pianistycznych, z którymi jestem 

zaprzyjaźniony, albo które kocham.  Ale

skoro wspomniałem już o preludiach...

     

 


Komentarze

  1. Nie żył w celibacie :-) Uważał nawet, że mężczyzna nie jest stworzony do tego, aby wytrwać z jedną kobietą, bo to przeczyłoby jego wolności. Ale dopóki z nią jest, dobrze kiedy widzi w niej realną osobę...Na temat miłości wypowiedział sporo kontrowersyjnych sądów. Na przykład, że jest ona w jakimś istotnym sensie dzika (jak wilk) i ten, kto chciałby ją sprowadzać do szacunku dla drugiej osoby, nie rozumie, czym ona jest. Drugi taki pogląd, że tylko osoby wewnętrznie wolne mogą się naprawdę kochać, a to stoi w niejakiej sprzeczności z przywiązaniem. Trzeci, że gniew, który rozpala czasem miłość jest piękny, jak wyładowanie atmosferyczne i wynika z tego, że się drugą osobę kocha...Być może coś tu uprościłem, choć nie wydaje mi się. W księgarniach było jeszcze niedawno kilkadziesiąt książek Osho, tyle tylko, że żadnej z nich on nie napisał. To teksty oparte na nagraniach tego, co mówił. Jak dalece jego wyznawcy interpretowali jego myśl - nie wiem. Pewnie starali się ją wyrazić możliwie jak najwierniej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale to nie zmienia faktu, że Twój komentarz jest bardzo realistyczny ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. ...Ale on uważał, że szacunek to o wiele za mało, żeby kogoś naprawdę kochać.

    OdpowiedzUsuń
  4. Też mi się wydaje, że szacunek jest konieczny...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty