O zwierzaniu się

     Niewiele zajmuję się na Lunie filozofią, co
nie znaczy, że unikam
jakiejś poważniejszej refleksji, ale czasem
robią to Czytelnicy i są to zwykle dość ciekawe
przemyślenia. Dlatego zamiast pisać po raz
kolejny o muzyce zamieszczę tu od czasu
do czasu jakiś charakterystyczny cytat do
skomentowania.
    Dzisiaj będzie to bardzo dla mnie ciekawa
psychologicznie myśl Nietzschego ze "Zmierzchu
Bożyszcz" ( w przekładzie Wyrzykowskiego):

    "Przestajemy się cenić, gdy się zwierzamy.
Właściwie nasze doświadczenia życiowe
bynajmniej gadatliwymi nie są. Nawet, gdyby
chciały, nie mogłyby się zwierzyć. Pochodzi to
stąd iż brak im słów. To, na co znajdujemy słowa,
przestało nas już obchodzić. We wszelkim
mówieniu kryje się źdźbło pogardy. Mowa, jak
się zdaje, wynaleziona jest na wysłowienie
rzeczy powszechnych, miernych, wysłowić
się dających. Pospolitujemy się mówieniem.
- Z morału dla głuchoniemych i innych filozofów."
    
    W pierwszej chwili myśl ta podziałała na
mnie dość mocno, ponieważ znam wagę
wypowiadanych słów.  Jednak w chwilę później
obudziła we mnie przeróżne wątpliwości.     
     Czy rzeczywiście zwierzając się p
rzestajemy
się cenić? 
Zapewne to, co w nas najgłębsze
i najbardziej
osobiste nie da się wyrazić i pozostaje
zasadniczo
niekomunikowalne.  W tym sensie
nasze doświadczenie życiowe nie jest "gadatliwe."
Tak uważał na przykład Laozi,
ale słusznie wobec
tego pytano, dlaczego
pozostawił innym swe
wiersze.

    Jest też jakieś źdźbło prawdy w tym, że ludzie
często gardzą zwierzeniami,  ale niekoniecznie
jest to słusznie.  Może jest tak w przypadku
kogoś zupełnie obcego i nie budzącego zaufania,
kogoś, kogo się obawiamy, natrętnego pijaka
lub gaduły, albo tego, kto się nam naprzykrza,
gdy jesteśmy zajęci swoimi sprawami...
I oczywiście, już bliżej tego, o co chodziło
samemu Nietzschemu, w przypadku kogoś,
kto własnych słów nie ceni. Jest jakaś
szlachetna powściągliwość polegająca na
tym, że nie mówi się zbyt wiele.
     Ale o wiele bardziej znaczący jest dla
mnie fakt, że nie ma przyjaźni ani żadnej innej
naprawdę istotnej formy bliskości dwojga osób,
która obywałaby się całkowicie bez zwierzeń.
Przyjaciel, czy osoba, z którą łączy nas miłość,
pragnie się z nami dzielić swymi przeżyciami,
nadziejami i obawami, radościami i smutkami,
i zdarza się, że krzyczy z radości, albo uroni
z nami łzę. Trudno mi sobie nawet wyobrazić,
dlaczego miałoby to odbierać przyjaźni i miłości
ich godność, a nas samych pozbawiać
szlachetności lub prawdy uczuć.
     Oczywiście  przyjaciel może też milczeć nie
chcąc sprawić przyjacielowi bólu lub
nadmiernie go zaniepokoić, albo psychicznie
obciążyć. Jednak nie ma tu miejsca na jakąś
obcość i poczucie, że zwierzenie coś
istotnego poniża lub nawet pozbawia wartości.
Słowa Nietzschego przypominają trochę
zakorzenione w kulturze japońskiej, która ma jak wiadomo rodowod rycerski,
przekonanie, że dobrze
jest z kimś flirtować, ale nie jest czymś
stosownym coś do niego głębiej poczuć. 
     Można oczywiście mieć wątpliwości, co
należy ujawniać w sferze publicznej
(jakie są tego granice - co jest, a co nie jest
swego rodzaju psychicznym ekshibicjonizmem,
albo czy wolno nam innych niepokoić, a samemu
odsłaniać swe emocje i słabości), jednak pogarda
dla zwierzeń przypomina pogardą dla współczucia
jako motywu postępowania, ponieważ zwierzamy
się często z czegoś, co wywołuje u bliskich jakiś
rodzaj głębszego współodczuwania naszego
cierpienia i trosk.  Jest w tym odrzuceniu współczucia, w moim poczuciu,
coś niepokojącego.
     A podobnie radości nie da się otamować
w taki sposób, aby zachowywać ją
wyłącznie dla siebie. Przeczyłoby to samej
istocie przyjaźni i miłości.  I co to byłaby
za rozmowa, w której każdy musiałby
domyślać się, co i z jakiego powodu ktoś
bliski przemilcza i dlaczego nabiera wody
w usta.
     Czy istotnie "to, na co znajdujemy słowa
przestało nas już obchodzić?"  To często
prawda w przypadku osób nieufnych
i przesadnie ostrożnych, ale stwierdzenie to
wydaje się także kwestionować potrzebę
wszelkiego rodzaju twórczości, która jest
autentyczna jedynie wtedy, kiedy jest szczera
i wszelkiej w ogóle szczerej uczuciowości. 
Trzeba by zamknąć usta Hiobowi i powiedzieć,
że był nazbyt gadatliwy, co byłoby absurdalne,
ponieważ jego lament płynął z głębi serca, a na
Ariadnę i Dydonę patrzeć z politowaniem.      
A co więcej, Jezus powinien umierać w
śmiertelnej ciszy, nie wypowiadając ani słowa. 
     Ja osobiście dość często zwierzam się
z czegoś (choć częściej robią to w
bezpośredniej rozmowie ze mną inni), ale to
nie znaczy, że nie uznaję żadnych granic,
szczególnie wtedy, kiedy moja wypowiedź
jest publiczna. Powodem tego nie jest jednak
konformizm, lęk o własny wizerunek, albo
poczucie wstydu. Mam ten przywilej, że dla
innych jestem na ogół nikim i nie muszą się
liczyć z mą opinią. Nigdy nie robiłem też żadnej
życiowej kariery. Dlatego nie gwałcę się psychicznie
i nie przymuszam, żeby powiedzieć jak najmniej,
bo taka komunikacja nie miałaby
w moim poczuciu sensu. Staram się tylko
mówić w sposób w miarę jasny i zrozumiały. 
Uważam, że istnieją granice poprawności,
z jaką się wypowiadamy i że nie można
ludziom kneblować ust, o ile komunikują coś
naprawdę ważnego w sposób wolny od
skrywanej nieżyczliwości, agresywności,
czy nienawiści.
     Pewne granice wyznacza jednak już krąg
osób, z którymi rozmawiamy.  Kiedy rozmawiam
sam na sam ze studentem, który sprawia wrażenie
osoby rozumnej i otwartej, to mogę powiedzieć
mu coś, czego być może nie powiedziałbym przy
całej grupie. On to może potem komuś
powtórzyć, zmieniając sens tego, co powiedziałem,
ale to nie znaczy, że mam być wobec każdego
z kim rozmawiam nieufny dlatego, że czasem
mogę się w swej ocenie pomylić. 
    Zdarzało się, że na Bloxie  miałem kłopot z
wytłumaczeniem komuś, że nie rozmawiamy
ze sobą na spacerze jak przyjaciel z przyjacielem,
ale wpis ma kilkanaście tysięcy, albo i
więcej odsłon. To okoliczność dość przykra, a
w każdym razie nieobojętna, bo wielu z
czytających, nie rozumie być może tego, o czym
rozmawiamy, a ktoś może być nawet wobec
nas nieżyczliwy.
    Pamiętam jednak również, jak pewien literat śmiertelnie 
obraził się za to, że podziękowałem
mu publicznie za poprawienie interpunkcji w
mym tekście. "Jak to?" - oburzał się - "To jest
wbrew zasadom publicznego komunikowania się.
Przecież każdy redaktorzyna w redakcji wie, że
takich rzeczy się nie robi!" Ja nie widziałem
niczego wstydliwego w fakcie, że mi w tym pomógł, bo często z entuzjazmem wypowiadał się na blogu o moich tekstach.
    Na Lunie piszę od 2011 roku. Nic zatem
dziwnego, że niektóre czytelniczki wyznawały mi
uczucie, czyniąc to czasem w sposób tak sugestywny,  że wzbudzało to komentarze w rodzaju: "Niedobrze mi się robi, kiedy widzę jaka jest
przesłodzona." 
    Trzeba brać pod uwagę to, że człowiek może
cenić za coś więcej niż jedną osobę, uważając
to za jakiś rodzaj graniczącej z podziwem sympatii
dla autora, a autor, który nie boi się pisać, może
innych wzruszać, pocieszać, wprawiać w dobry
humor, przygnębiać, a czasem nawet w
niezamierzony sposób ranić lub głęboko irytować.
Nie jest to jednak celem jego twórczości.
    Kiedyś ktoś napisał, że jest moim psychofanem
i nie wiadomo było, czy to tylko żart, skoro inny mój
psychofan straszył, że wyśle do mnie przesyłkę,
która eksploduje przy otwieraniu, a w necie (także
na Lunie) całkiem poważnie grożono mi śmiercią.
Ktoś inny przeanalizował mą twórczość pod
kątem rzekomej psychopatii, bo czasem uśmiercam
mych bohaterów i narcyzmu, ponieważ piszę o
sobie.
     Przez czysty przypadek była to akurat
małżonka osoby, z którą miałem konflikt
o tzw. imponderabilia.  Człowiek ten na uzasadnione
okolicznościami pytanie, czy wolno mu krzywdzić
innych,  odpowiedział: "Wolno mi wszystko, czego
pragnę." Ale nie pragnął niestety odpowiedzieć na
to pytanie w inny sposób. Miał pieniądze i jak
Łużyn myślał, że może wszystko za nie kupić.
Żona była dość elokwentna, ponieważ zajmowała
się twórczością naukową. Używając jej języka
dodałbym oczywiście "pseudo-naukową" i
wspomniał o dokonywanych przez nią
"udanych racjonalizacjach."  
    Mam to już jednak chyba na szczęście poza
sobą. Życie na Lunie toczy się leniwie,
czytelników jest niewielu i w większości
raczej zdystansowanych.  Zresztą nigdy nie
było na niej atmosfery wzajemnej adoracji,
choć mógłbym czasem powiedzieć to, co sławny
niegdyś filozof ze Lwowa,profesor Ajdukiewicz,
wyznał po wódce swemu młodszemu koledze
Marianowi Przełęckiemu: "Wiesz
Marian, chyba za mało mnie chwalili!"
    Po tych zwierzeniach, które
jednak czemuś w moim poczuciu służą,
chciałbym zauważyć, że Nietzsche
zupełnie tę kwestię granic wypowiedzi
publicznej pomija (jak jestem przekonany - słusznie) ponieważ nie wydaje mu
się ona dość istotna. Nie obchodzi go też to,
czy szczerość zwierzeń kogoś rani, albo
czy może nam samym zaszkodzić. Widzi w
niej jedynie jakąś ujmę
dla człowieka
szlachetnego. Sam jednak bywał często

w swej twórczości bezgranicznie
szczery. Nie jest chyba zatem całkiem bezsensowne
pytanie, dlaczego wspominając o pogardzie
dla zwierzeń, w tej czy innej formie jednak
sam je czynił, ujawniając to, co powinien był
przemilczeć...Być może jego zwierzenia są
najczęściej nieco zakamuflowane i
sprawiają wrażenie uwag wypowiadanych
o życiu, ale w istocie wyrażają właśnie  
to doświadczenie, o którym należałoby
jego zdaniem milczeć i to wrażają je w
sposób nie mający wiele wspólnego z
dostojną powściągliwością...
   




Komentarze

  1. Przyjemnego popołudnia życzę :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Temat (a raczej myśl Nietzschego) jest ciekawy i nie narusza ciszy wyborczej😉

    OdpowiedzUsuń
  3. Można się wypowiedzieć- niekoniecznie zwierzając się🌞

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo ciekawy wpis, ale ja nie mam dziś do tego głowy, właściwie do niczego nie mam. Ogólny spadek sił i lenistwo mnie ogarnia, ale moźe chociaż się do Ciebie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Są takie dni...Ale na szczęście mijają 🙂

      Usuń
    2. Tak, życie ma swoje jasne i ciemne chwile przypywy i odplywy nadzieje i obawy... życie ma całą paletę barw i odcieni.

      Usuń
  5. Ale zawsze zachodu jesr warte jak śpiewała kiedyś Edyta Geppert.

    OdpowiedzUsuń
  6. świetny material filozoficzny Nazumi, dziekuje ze prezentujesz czytelnikom jakimi problemami zyje Filozofia.
    Dla Lutany:
    gdy Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy oswiadczyl swoim apostolom, ze zostanie zdradzony, ze odejdzie wkrotce od nich, Jezus wiedzial, ze nie bedzie zrozumiany.
    Jezus wzial miske napelniona woda, umyl kazdemu apostolowi nogi.
    Celem tego bylo, aby apostolowie pozostawali w spokoju Boga nawet gdy nie rozumieja dlaczego Jezus od nich odejdzie.
    Jezus nie umyl im oczu czy uszy.
    Sa rzeczy, ktore sie dzieja w naszym zyciu, ktorych dzisiaj nie rozumiemy.
    Widzimy te sytuacje, slyszymy kazdy szczegół.
    Słowo Boze do nas mowi: zachowajcie spokoj we mnie.
    Dlatego Bog myje kazdemu z nas nogi abysmy zachowali spokoj, gdy nie rozumiemy dlaczego dzieja sie rzeczy, ktorych nie rozumiemy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję 🙂...Ale obawiam się, że filozofia w niewielkim tylko stopniu dzisiaj interesuje się takimi problemami. Zwykle jest albo analizą pojęć i języka nauki, albo historią filozofii.

      Usuń
    2. Choć oczywiście istnieje tzw. filozofia wartości i filozoficzna psychologia, którymi się interesuję.

      Usuń
    3. filozofia wartości i filozoficzna psychologia to tematy, ktore mnie tez interesuja

      Usuń
    4. To bardzo się cieszę, bo będę miał dla kogo pisać i dzielić się swymi spostrzeżeniami :-)

      Usuń
  7. Kreowanie się poprzez zwierzenia to dla mnie rzecz nowa. Zwierzalo mi się wielu ludzi, często z rzeczy, o których nigdy nikomu nie mówiły. I dzięki temu udało mi się niektórym uratować życie, choć prawie ich nie znałem. Ale pewnie może zdarza się i tak, szczególnie, kiedy ktoś to robi publicznie. Nigdy nie odmówiłem takiej osobie wysłuchania choć miałem do tego prawo i nie czułem się tym zmęczony...Uważam, że zwiedzanie się nie odbiera nikomu godności. Godność może odbierać manipulowanie czyimiś emocjami, albo odwracanie się do bliskich plecami. Można stracić trochę na poczuciu dumy, ale nie na godności.

    OdpowiedzUsuń
  8. Zwierzanie mój wszechwiedzacy telefon zmienił na zwiedzanie.😉

    OdpowiedzUsuń
  9. Jeśli zwierzanie się odbieraloby część godności to miłość i przyjaźń nigdy by nie istniały. Ludzie nie lubią sluchac zwierzen, bo często nie chcą aby ich to do czegoś zobowiązywało, a nawet po prostu nie chcą o niczym wiedzieć...Nie wiem, co miałoby być ponizajacego w tym, że ktoś zwierzył mi się, że jest chory na raka i nic ode mnie nie chce poza tym, żebym go wysłuchał.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ale pewnie tak jak napisałeś czuje, że się obnaża i pragnie jakiejś reakcji emocjonalnej na to, o czym mówi i może czuć się z tego powodu mało komfortowo...Ale, czy poświęca w ten sposób cząstkę własnej godności? ...Zwierzenia, w których chce się coś kreować, nie nazwałbym
    szczerym zwierzeniem tylko manipulacją. Ale byc moze zawsze, kiedy moeimy cos o sobie ten element kreacji się pojawia nieswiadomie, bo nasz punkt widzenia jest zawsze w jakiś sposób subiektywny.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja jako doświadczony terapeuta (wyłącznie z konieczności) nie miałem najczęściej kłopotu z zauważeniem, co w zwierzeniach jest interpretacją, dopowiedzeniem, próbą ukrycia czegoś lub przesadą służącą wywarciu wrażenia, albo ma do pewnego stopnia chorobliwy charakter. Nie miało to jednak dla mnie większego znaczenia, bo zwykle była jakaś istota problemu przeżywana przez kogoś w taki a nie inny sposób i musiałem się jakoś odnieść do tej sytuacji i przeżyć, jeśli chciałem komuś pomóc, co często też przestało moje siły i czułem się bezradny.

    OdpowiedzUsuń
  12. Im dłużej wczytuje się w Twoj komentarz, tym bardziej zaczynam rozumieć o czym mówisz. Inaczej niż w przypadku lektury Nietzschego🙂

    OdpowiedzUsuń
  13. No tak...Ciekawie o tym napisałeś i tak jak jest w życiu.🙂Ludziom czasami wystarczy to, że się ich wysłucha i niekoniecznie trzeba coś im radzić. Ja akurat też umiem słuchać. Ale czasami chcą nas wciągać w jakiś konflikty, spory, szczególnie w te rodzinne. Albo fantazjują o czymś jak Twoj kumpel...Wnuczki muszą być urocze. I trudno sobie chyba wyobrazić większą przyjemność niż takie rozmowy, choć mogą czasem wywołać uśmiech lub zakłopotanie :-) W roli autorytetu rodzinnego na pewno być mniej przyjemnie. Ja na szczęście nigdy nie byłem, co nie znaczy, że czasem się nie odezwę...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty