Lipcowe pożegnanie
To zdjęcie z mego ostatniego spaceru po
Łazienkach, zrobione pod wieczór nad wodą,
z żółtymi listkami, które usiadły na nim jak
motylki.
Mój japoński znajomy Masaaki, znany
mi dobrze z subtelnego gustu, ocenił wprawdzie
wyżej inne zdjęcie z tego spaceru, ale to jest
ciekawe właśnie z powodu, o którym tu
wspominam...
Niewiele miałem czasu na ten spacer, bo
zbliżała się dziewiąta, a musiałem jeszcze dotrzeć
do mojej Mamy, której poza mną i księdzem
nikt prawie nie odwiedza. Dobrodziej może
nie zawziął się na nią szczególnie, chce ją bowiem
doprowadzić do zbawienia, a przy okazji
trochę sobie podje i zupełnie nie przejmuje się,
że istnieje jakiś fruwający w powietrzu wirus,
który może ją zabić.
Mama nie stała się jakoś szczególnie pobożna,
choć w młodości wierzyła w Boga, a być może
wierzy w niego i teraz, mimo, że nie ufa instytucji
kościoła. Ze dwa lata temu odwiedził ją ksiądz,
mądry i rozumny człowiek, i po jej uważnym
wysłuchaniu powiedział, że nie nałoży na nią
żadnej pokuty za nieodwiedzanie świątyni przez
ostatnie siedemdziesiąt lat, bo wycierpiała już w
życiu dostatecznie wiele.
Ten ksiądz mądry szczególnie może nie jest,
ale ma normalne ludzkie potrzeby. Lubi sobie
podjeść i pogadać, a biskupem i tak już pewnie
tak nie zostanie. Wprawdzie wszyscy lękamy
się śmierci i tego, co po niej nastąpi i być może
Mama tego też nie wie, ale kieruje się też czymś
zupełnie innym.
Kilka lat temu mój starszy brat, ortodoksyjny
marksista, ożenił się i wziął ślub kościelny. Miłość
nie takie zna poświęcenia, a Paryż, jak wiadomo,
wart jest mszy. Ale katolicy nie zaznają spokoju,
kiedy kogoś nie nawrócą. Dlatego Synowa
zaproponowała, że przyśle Mamie swego
znajomego księdza, żeby przed zejściem
wyspowiadała się z grzechów.
Mama trochę oponowała, mówiąc, że się
jeszcze nigdzie wybiera, ale Synowa zwróciła
jej uwagę na jej wiek i liczne choroby.
A ponieważ nie chciała, żeby Synowa
zapoznała się z listą jej rzekomych grzechów,
pomyślała, że lepiej już skorzystać z księdza z
parafii, w której wciąż figurowała jako osoba
wyznania katolickiego. Nie chce mieć kłopotu z
pochówkiem na cmentarzu, bo byłby to przede
wszystkim kłopot dla nas, jej dzieci. Księży
ocenia w sposób realistyczny - jeden z nich
miał wobec niej złe zamiary, kiedy miała
dwanaście lat, ale obroniła ją gospodyni, karcąc
go surowo i dodając, że zna dobrze rodziców
dziewczynki.
Czy ksiądz musi być mądrym człowiekiem?
Dość skrajny pogląd wypowiedziała kiedyś na
ten temat pewna moja studentka. Była głęboko
przejęta tym, co na zajęciach mówię i
rozmawiała ze mną w pokoju Instytutu Filozofii
do 22-giej (przez prawie pięć godzin). Rozmowa
była bardzo ożywiona, żarliwa, może nawet w
jakiś sposób namiętna. Ale przed dziesiątą
zastukała do pokoju sprzątaczka informując,
że budynek zostanie za chwilę zamknięty,
a ona nie może wymyć podłogi, o czym marzy
już od dłuższego czasu i pytając, czy coś się z
nami aby nie stało, bo przecież wiadomo, że
wypadki chodzą po ludziach.
Rozmowa dotyczyła religii i mistycyzmu,
a studentka była osobą mocno wierzącą (w Boga)
i uduchowioną. Ale miała też swe nieco
psychoanalityczne aspekty.
Dziewczyna, w którymś momencie
(a było to już po zaliczeniu przedmiotu, co zajęło
pierwsze piętnaście minut i po rozmowie na
tematy nieco osobiste) spytała mnie nagle z
największą powagą i z ogromnym przejęciem
"Co może dla mnie zrobić?" dodając przy tym,
że spełni absolutnie każde moje życzenie,
niezależnie od jego natury. "Zrobię dla Pana
wszystko, czego pan pragnie!" - uściśliła rumieniąc
się nieco.
Rozmyślałem przez chwilę o tym, czego
pragnę, ale powiedziałem nieco wzruszony i bez
ubocznych myśli, że nie mam żadnych
pragnień, jednak postanowiłem zmienić temat
rozmowy na nieco bardziej abstrakcyjny.
Dziewczyna jeszcze bardziej uściśliła swą
wypowiedź, co z punktu widzenia
filozofii jest oczywiście pożądane i precyzując,
że chodzi o dobra tak duchowe, jak i cielesne.
Ale choć, używając przewrotnych
argumentów, nalegała na spełnienie mego
życzenia, kuszenie to obudziło we mnie jedynie
współczucie dla jej psychicznego stanu.
Miała ogromną, niespełnioną potrzebę miłości.
I tak pojawił się temat wartości kapłaństwa.
Jak wiadomo niektóre wyznania protestanckie
odrzucały kapłaństwo uważając, że człowiek w
kontakcie z Bogiem nie potrzebuje pośrednika.
Wspomniałem o tym, ale dziewczyna, osoba
religijnie gorliwa i do tego działająca na łonie
kościoła, stanowczo odrzucała taką ideę i w
sposób naturalny pojawiło się pytanie, które
postawiłem przed chwilą.
- Ach, jak to dobrze, że mnie o to zapytałeś!
Sama chciałam o tym powiedzieć. Widzi Pan,
znam różnych księży. Jedni są mądrzy, a inni głupi.
Nie interesuje mnie to! Ksiądz to tylko
tuba, przez którą przemawia głos Boży. -
- Jak to? - zaniepokoiłem się. - Czy nie jest
z tym tak, jak z instrumentami muzycznymi?
Jeśli anioł miałby w ręku chrypiącą trąbę,
to nic na niej pięknego nie zagra. -
- Nie można zbyt wiele wymagać od ludzi.
Ludzie nie są aniołami. Jak chcę coś wyprać to
po prostu nastawiam pralkę... -
Chciałem powiedzieć coś jeszcze...że jednak
człowiek to nie automat, ale w tym właśnie
momencie wtargnęła z groźną miną woźna,
zaznaczając, że od kilku godzin pragnie spełnić
swój obowiązek, ale drzwi są zamknięte. To
akurat podpowiedziała jej wyobraźnia, bo
jestem człowiekiem otwartym.
Przeszliśmy się jeszcze na krótki spacer,
podczas którego dowiedziałem się, że jestem
nadzwyczaj dobrym i godnym szacunku i
miłości człowiekiem i nauczycielem i że nie
powinienem być samotny.
Pamiętam, jak wielkie wrażenie wywarły na
niej moje słowa o tym, że Zbawiciel szczególnie
kochał ("umiłował") Judasza i że przewidując
jego zdradę rzekł: "Smutny ("zraniony") jestem aż
do śmierci." Zauważyłem, że tak jest w życiu
i w miłości dość często i że Judasz nie był złym
człowiekiem. Byłoby wtedy dziwne, że Jezus
kochał go bardziej niż innych przyjaciół.
Jej egzaltacja była ogromna. Widziała w
tym raczej banalnym dla mnie stwierdzeniu
jakąś wielką ideę. Jej ostatnie słowa przed
pożegnaniem dotyczyły Kościoła na Krwi
Chrystusowej. Była tym bardzo przejęta...
W kontakcie z katolikami stykałem się
zazwyczaj raczej z konformizmem.
Mój młody kolega, nauczyciel akademicki,
człowiek niezwykle sympatyczny, który
robił karierę po linii kościelnej, ożenił się z
przemiłą studentką medycyny. A kiedy ich
odwiedziłem na stoliku do picia kawy leżały
dwie zacne księgi: Biblia i Kamasutra,
symbolizujące dbałość o ducha i ciało.
Kolega był jednak nieco markotny i po wyjściu
żony zwierzył mi się ze swego grzechu, jednak
miał wątpliwości, czy jest to rzeczywiście grzech.
Otóż istnieje dogmat o nieomylności papieża, a
papież zakazuje antykoncepcji polegającej na
używaniu prezerwatyw. Ale czy to jest słuszne?
Co on zrobi, jak jego żona zajdzie w ciążę? Nie
mają jeszcze nic, nawet mieszkania, a on ma do
napisania doktorat!
Zgodziłem się z nim, dodając żartobliwie,
że gdyby papież był na jego miejscu to pewnie
też stosowałby antykoncepcję. Być może za
podkuszeniem Szatana ;-) potraktowałem temat
zbyt lekko, ale szkoda mi się go zrobiło, bo po
co miał cierpieć z powodu tak poważnego
dylematu.
Z ulgą przyjął to, że udzieliłem mu
rozgrzeszenia. Miałem czasem naprawdę
wielki wpływ na ludzi. Ale ja mu go właściwie
nie udzieliłem. Powiedziałem jedynie, że musi
zdecydować zgodnie z własnym poczuciem
wartości życia.
Jeszcze większy problem miał kiedyś
pewien mój przyjaciel. Poznał atrakcyjną
dziewczynę i to jeszcze taką, z którą chciał się
związać na dłużej. Ale był ateistą i rodzice
dziewczyny kręcili trochę nosem, że niby
inteligent i kulturalny, ale coś jest nie tak.
Tak, czy owak, ogarnął go smętek, ale nie trwał
zbyt długo, bo przy następnym spotkaniu
powiedział uszczęśliwiony:
- Wiesz, co ona wymyśliła? Nie może mieć
ze mną klasycznego seksu przed ślubem, więc
zaspokaja mnie w sposób, który jest dla mnie
najprzyjemniejszy i ma spokojne sumienie. -
Podzielił się ze mną swym szczęściem w
sposób tak naturalny...Mój przyjaciel był
serdecznym i uroczym człowiekiem, ale był
też nieco oszczędny. Potrafił do upadłego
kłócić się z kelnerem o pięć złotych
wyjaśniając, że czyni to dla zasady. Kiedyś
powiedział mi, "za ile mogę mieć każdą
dziewczynę."
Wyraziłem niejakie zdziwienie, bo
miałem wtedy partnerkę, o czym wiedział.
Nie byłem też przekonany, że akurat o to
dziewczynom najbardziej chodzi.
Myślę, że to akurat była dla nich rzecz
drugorzędna i że po prostu zależało im na
nim. Był inteligentny, towarzyski i potrafił
uśmiechać się do kobiet (dopóki go czymś
nie zirytowały), doskonale z nimi flirtował
i adorował je, czego ja nigdy nie umiałem.
- Najpierw musisz stworzyć
kulturalną atmosferę. Musisz ją zaprosić na
kolację do knajpy, albo do restauracji.
Ale bez przesady. Nie może być zbyt droga.
W drogich jest dokładnie tak samo, albo gorzej
niż w tanich. To ci wyjdzie z osiemdziesiąt
złotych na osobę. Do tego dochodzi
koszt benzyny...i butelka wina do domu. Mogą
być dwie. Jeśli mieszka daleko, to musisz
zamówić jej potem taksówkę. -
Rozmawialiśmy kiedyś przez całą noc
o miłości z nim i z jeszcze innym bliskim
znajomym. Jego definicja miłości była
s t o s u n k o w o prosta: "Jeśli robię to z
jakąś kobietą, to znaczy, że ją kocham, bo daję
jej w tym momencie miłość." (Nie znaczy
to, że nie tęsknił za inną miłością).
Ale przyjaciel, wielbiciel Epikura i kultury
antycznej, miał jedną wadę - chciał, żeby
dziewczyna, która dostąpi zaszczytu poznania
go, była nie tylko urodziwa, ale i inteligentna.
Zaznaczał przy tym, że nie ma zbyt wielkich
wymagań i chodzi mu jedynie o absolutne
minimum. Dlatego przy wstępnej rozmowie pytał
ją, czy wie, kto to był Homer. Podobno wiele
dziewczyn spotkał smutny los, bowiem tej
odpowiedzi nie znały...Było to dla nich coś w
rodzaju zagadki Sfinksa.
Żartuję trochę ze Zmarłego, ale nie bez pewnego
smutku, bo był on przy tym człowiekiem
wrażliwym na piękno słowa i architektury
(muzyki w ogóle nie słuchał). Kiedyś opowiadał mi
z przejęciem, że we Włoszech w toaletach
publicznych faceci wypisują prawdziwe poematy
skierowane do swych bogiń i nimf, a u nas podają
tylko wymiary przyrodzenia i numer telefonu, a jak
już coś napiszą o kobiecie, to jest to niezwykle
wulgarne.
Był piękny lipcowy wieczór, kiedy to mówił
i widziałem go chyba wtedy po raz ostatni...
symfonia
kulturalną atmosferę. Musisz ją zaprosić na
kolację do knajpy, albo do restauracji.
Ale bez przesady. Nie może być zbyt droga.
W drogich jest dokładnie tak samo, albo gorzej
niż w tanich. To ci wyjdzie z osiemdziesiąt
złotych na osobę. Do tego dochodzi
koszt benzyny...i butelka wina do domu. Mogą
być dwie. Jeśli mieszka daleko, to musisz
zamówić jej potem taksówkę. -
Rozmawialiśmy kiedyś przez całą noc
o miłości z nim i z jeszcze innym bliskim
znajomym. Jego definicja miłości była
s t o s u n k o w o prosta: "Jeśli robię to z
jakąś kobietą, to znaczy, że ją kocham, bo daję
jej w tym momencie miłość." (Nie znaczy
to, że nie tęsknił za inną miłością).
Ale przyjaciel, wielbiciel Epikura i kultury
antycznej, miał jedną wadę - chciał, żeby
dziewczyna, która dostąpi zaszczytu poznania
go, była nie tylko urodziwa, ale i inteligentna.
Zaznaczał przy tym, że nie ma zbyt wielkich
wymagań i chodzi mu jedynie o absolutne
minimum. Dlatego przy wstępnej rozmowie pytał
ją, czy wie, kto to był Homer. Podobno wiele
dziewczyn spotkał smutny los, bowiem tej
odpowiedzi nie znały...Było to dla nich coś w
rodzaju zagadki Sfinksa.
Żartuję trochę ze Zmarłego, ale nie bez pewnego
smutku, bo był on przy tym człowiekiem
wrażliwym na piękno słowa i architektury
(muzyki w ogóle nie słuchał). Kiedyś opowiadał mi
z przejęciem, że we Włoszech w toaletach
publicznych faceci wypisują prawdziwe poematy
skierowane do swych bogiń i nimf, a u nas podają
tylko wymiary przyrodzenia i numer telefonu, a jak
już coś napiszą o kobiecie, to jest to niezwykle
wulgarne.
Był piękny lipcowy wieczór, kiedy to mówił
i widziałem go chyba wtedy po raz ostatni...
symfonia



Alma
OdpowiedzUsuńWydaje mi się, że Twoja Bratowa jest bardzo zapobiegawczą Osobą. I, prawdę mówiąc, trudno jej mieć to za złe - wie to bardzo dobrze ktoś, kto miał już przeprawę z księdzem, który nie chce pochować kogoś z rodziny w rodzinnym grobowcu.
Pięć godzin gadania bez popitki i przekąski? Nie do uwierzenia! Ależ ci filozofowie to gaduły! ;-) Dlatego i ja uważam, że najlepszym towarzyszem dla filozofa jest inny filozof.
Wiesz co, ja myślę, że to dobrze, że faceci ze sobą rozmawiają na intymne sprawy - niezależnie czy się chwalicie, czy wylewacie swoje żale i troski :-) A, być może, kobiety ciekawsze rzeczy o Was opowiadają swoim przyjaciółkom, chi chi :-D
Almo,
UsuńTo Mama myśli o pochówku. Jest praktyczną osobą i zna życie, a bratowa lubi po prostu mieć nad wszystkim kontrolę...Ta studentka nie była studentką filozofii. Studiowała na innym uniwersyteckim kierunku. Miała po prostu jakieś potrzeby duchowe...Nie wiem, co opowiadają kobiety. Ale przypuszczam, że mogłoby to być dość ciekawe 😀Ja Jurkowi ani żadnemu innemu przyjacielowi o swych intymnych przeżyciach nie opowiadałem...
Nie wiem zresztą czy podobne miałem...
UsuńZawsze w pracy miałem ze sobą wodę mineralną :-)
Usuń...Ja wtedy kursowałem między Warszawą a Londynem. Jechałem zwykle autobusem i promem i podróż trwała tak ze 35 godzin średnio. Gdybym miał skrzydła albo pieniądze to pewnie bym latał. W dodatku o piątej rano po całej tej gehennie urzędnik w Dover mógł nie wydać mi zgody na wjazd. To chyba całkiem dobry sprawdzian dla siły uczuć. Moja partnerka nazywała to "nędzą i upodleniem." Zimą autobusy wywracaly się po drodze, a trzeba było też uważać na osobników przewożących narkotyki, bo bywali agresywni.
OdpowiedzUsuńNo tak...kler i wiara to różne rzeczy, a z bycia pośrednikiem między owieczką a Panem Bogiem płyną spore korzyści. Chociaż zdarzają się też wśród duchownych osoby bezinteresowne i z poczuciem misji (powołania), choć nie wiem, jak się odnajdują w tej instytucji. Gdyby spojrzeć na obowiązki księdza tak, jak się patrzy na inne obowiązki zawodowe to przy przeciętnej wrażliwości są one dość ciężkie.
...Człowiek racjonalnie myślący nie przyjmuje niczego na wiarę.