Elfy, Puchatki i znikające koty
- Mroczny Nezumi, nawet kwiaty fotografujesz
w ciemności? - zapytał ktoś.
- W ciemności, w deszczu, podczas burzy
kwiaty żyją...Trzeba mieć w sobie sporo światła,
żeby to zauważyć. - odpowiedziałem.
Nie tylko światła, ale i miłości. Wiem, jak
ludzie potrzebują uśmiechu, radości i nadziei, ale
jeśli nie potrafimy kochać tego, co skrywa się w
mroku i akceptować smutku, to nasz entuzjazm
może okazać się pusty. Światło i mrok, cień w
naszej psyche przenikają się wzajemnie i
jedno bez drugiego nie może istnieć. Smutek jest
z istoty zahamowaniem i dlatego radość jest tak
pożądana, ale wystarczy przejść się trochę ulicą,
żeby zobaczyć, co ludziom sprawia radość i jaką
skrywa często frustrację.
Pewien XVIII wieczny aforysta, inteligentny,
refleksyjny i odważny człowiek, tak odważny, że
odważył się zadrwić z haseł rewolucji francuskiej,
co kosztowało go życie - napisał bowiem
"Wolność, Równość, albo Śmierć" (czy po prostu
Śmierć), bo gilotyna była wtedy w użyciu -
uchodził za osobę tak smutną, że żartowano z
niego, a może nawet mówiono to całkiem
poważnie na salonach, że kiedy tylko pojawia się
w towarzystwie, natychmiast wszystkich zasmuca.
To nic, że tym, którzy byli o tym przekonani,
ścięto niedługo potem głowy. Woleli przecież
żyć rozrywkami, przyjemnościami, miłostkami
i rzucanymi na prawo i lewo uśmiechami, niż
myśleć o tym, co może ich czekać. Byli tak
nieuważni, że z pewnością przeoczyli fakt, że inni
są głodni, a jeszcze inni chcą, żeby nikt im
nie przeszkadzał w bogaceniu się. Woleli żyć
złudzeniem własnej nieśmiertelności.
Ale jego refleksje i rozważania wcale nie są
smutne, a jeśli już, to w smutku dość głębokie.
Był przenikliwym obserwatorem życia.
O wiele mocniej i już nie na żarty dobrotliwy
Szestow zrugał Czechowa, dosłownie zmiażdżył
go. Przeanalizował pewien jego utwór i uznał
go za przejaw nihilizmu, życiowej bezradności
doprowadzonej do destrukcji oraz samobójczej
tęsknoty. (Dawno miałem ten tekst w ręku, więc
być może używał nieco innych określeń, ale ich
sens był dość podobny). A przecież Czechow
miał niebywałe poczucie humoru i przede
wszystkim nie tylko jako lekarz, ale i jako
człowiek, był wyjątkowo pogodny, życzliwy
i ludzki. Może, paradoksalnie, właśnie dlatego,
że kochał życie, jego utwory bywają głęboko
tragiczne.
Przypomina mi się czasem rabbi Nachman
z Bracławia, który z zachwytem mówił o tym,
jak wielką siłę mają radość i budzenie nadziei.
To wielka mądrość, choć tylu ludzi pełnych
fałszu pod nią się podszywa dla korzyści,
wiedząc o tym, jak entuzjazm zdobywa ludzkie
serca. Zawsze sobie jego słowa przypominam
w chwili, kiedy zostaję sam i mogę uśmiechać
się tylko do siebie, bo nikt się ze mną radością,
ani nadzieją nie podzieli.
Ale po pogromie, w którym życie straciło
wielu Chasydów, rabbi zamieszkał w mieszkaniu
z widokiem na cmentarz i popadł w wielką
melancholię. A to z kolei przypomniało mi słowa
Koheleta, że lepiej być w domu smutku,
niż w domu wesela, bo smutek czyni nas
szlachetniejszymi ludźmi. "Wszystko ma swój
czas. Jest czas radości i czas smutku..."
W starożytności Heraklita nazywano
mrocznym, ciemnym filozofem, a słynny był
uśmiech Demokryta. Warto poczytać, co o tym
uśmiechu napisał, opierając się na źródłach
historycznych, Przybylski. Okazuje się, że
ten Uśmiechnięty był znacznie większym
melancholikiem, niż Mroczny. Demokryt
uśmiechał się ukrywając pod uśmiechem
bezmiar przygnębienia, a "łzy heraklitowe"
skrywały pogodę ducha.
Radhakrishnan napisał, że nie było bardziej
mrocznego pesymisty niż Budda, który cały
czas się do nas uśmiecha. To prawda! Ale
Budda niczego sobie nie wmawiał.
Nikt chyba nie był takim miłośnikiem
szlachetnej radości jak "mój" Spinoza. Dla
niego miłość to po prostu radość "w połączeniu
z ideą przyczyny zewnętrznej." Oczywiście,
łatwo było wykazać, że tak nie jest, bo wtedy
kochalibyśmy wszystko to, co daje nam radość,
Boga, człowieka i winogrona...albo,
współcześnie już, ulubioną grę komputerową.
Spinoza widział w smutku owo psychiczne
zahamowanie i dlatego go unikał, ale był
jednak melancholikiem. Trzeba tylko nieco
uważniej przyjrzeć się temu, co pisze i trochę
to od-geometryzować.
A mega-pesymista (jak mówią teraz
młodzi ludzie) Schopenhauer całkiem
przyjemnie sobie żył, korzystając z tego, że nie
musi pracować. Dbał o zdrowie, wyprowadzał
na spacerki swego ukochanego pudla i grał
na flecie, co według Nietzschego, odbierało
mu filozoficzną powagę. Facet, który głosił, że
świat jest z istoty zły i pełen cierpienia, a
nikt nie cierpi tak, jak geniusz, za którego
niewątpliwie się uważał.
Schopenhauer głosił też w duchu buddyzmu
bezgraniczne współczucie, ale Russell ze
złośliwą satysfakcją wspomina o tym, że zrzucił
pewną staruszkę ze schodów, a kiedy ta po
pewnym czasie zmarła, zanotował w dzienniku,
że starucha odwaliła kitę i nie musi już jej płacić
odszkodowania. Mimo to uważany jest za mędrca
i wierzył święcie w to, co pisał. Według Russella
jednak to Spinoza żył zgodnie z tym, co głosił i
dlatego tak kochają go filozofowie. To prawda
- żył z pełną świadomością w zgodzie z tym, co
uważał za właściwą drogę życia, ale
niekoniecznie w zgodzie z własną psyche.
Dlatego, dopóki nie pozna się dobrze
człowieka i jego uczuć i myśli, nie można
wiedzieć, ile jest w nim światła, a ile mroku.
A "świetlisty mrok" Platona? To dopiero
było cudowne zjawisko! Tak więc mroczny,
nie musi znaczyć ciemny, ani przywodzić na
myśl destrukcji...
Nie wiem, czy powinno się, jak chciał
Sienkiewicz, pisać "ku pokrzepieniu serc."
Gdyby się przy tym uprzeć, to z całej
literatury ocalałyby może Muminki i inne
równie urocze opowieści pełne elfów,
Puchatków i znikających kotów, mądre,
ale nie mówiące przecież o życiu wszystkiego.
A co więcej, ich autorzy byli na tyle
inteligentni, że nie stawiali sobie nigdy
takiego celu.
Ktoś kiedyś nazwał moje opowieści
terapeutycznymi, ale co z tego? Osoba ta
obraziła się potem na mnie bez żadnego
powodu i moja terapia nie ochroniła jej
przed negatywnymi emocjami, którymi
już wcześniej, po samobójczej śmierci
męża, była naszpikowana.
Graves napisał prześmieszną
niewielką książeczkę o greckich bogach
i bohaterach, ale każdy kto zna bliżej
głęboki pesymizm Greków, wie, że to
tylko uroczy żart...
w ciemności? - zapytał ktoś.
- W ciemności, w deszczu, podczas burzy
kwiaty żyją...Trzeba mieć w sobie sporo światła,
żeby to zauważyć. - odpowiedziałem.
Nie tylko światła, ale i miłości. Wiem, jak
ludzie potrzebują uśmiechu, radości i nadziei, ale
jeśli nie potrafimy kochać tego, co skrywa się w
mroku i akceptować smutku, to nasz entuzjazm
może okazać się pusty. Światło i mrok, cień w
naszej psyche przenikają się wzajemnie i
jedno bez drugiego nie może istnieć. Smutek jest
z istoty zahamowaniem i dlatego radość jest tak
pożądana, ale wystarczy przejść się trochę ulicą,
żeby zobaczyć, co ludziom sprawia radość i jaką
skrywa często frustrację.
Pewien XVIII wieczny aforysta, inteligentny,
refleksyjny i odważny człowiek, tak odważny, że
odważył się zadrwić z haseł rewolucji francuskiej,
co kosztowało go życie - napisał bowiem
"Wolność, Równość, albo Śmierć" (czy po prostu
Śmierć), bo gilotyna była wtedy w użyciu -
uchodził za osobę tak smutną, że żartowano z
niego, a może nawet mówiono to całkiem
poważnie na salonach, że kiedy tylko pojawia się
w towarzystwie, natychmiast wszystkich zasmuca.
To nic, że tym, którzy byli o tym przekonani,
ścięto niedługo potem głowy. Woleli przecież
żyć rozrywkami, przyjemnościami, miłostkami
i rzucanymi na prawo i lewo uśmiechami, niż
myśleć o tym, co może ich czekać. Byli tak
nieuważni, że z pewnością przeoczyli fakt, że inni
są głodni, a jeszcze inni chcą, żeby nikt im
nie przeszkadzał w bogaceniu się. Woleli żyć
złudzeniem własnej nieśmiertelności.
Ale jego refleksje i rozważania wcale nie są
smutne, a jeśli już, to w smutku dość głębokie.
Był przenikliwym obserwatorem życia.
O wiele mocniej i już nie na żarty dobrotliwy
Szestow zrugał Czechowa, dosłownie zmiażdżył
go. Przeanalizował pewien jego utwór i uznał
go za przejaw nihilizmu, życiowej bezradności
doprowadzonej do destrukcji oraz samobójczej
tęsknoty. (Dawno miałem ten tekst w ręku, więc
być może używał nieco innych określeń, ale ich
sens był dość podobny). A przecież Czechow
miał niebywałe poczucie humoru i przede
wszystkim nie tylko jako lekarz, ale i jako
człowiek, był wyjątkowo pogodny, życzliwy
i ludzki. Może, paradoksalnie, właśnie dlatego,
że kochał życie, jego utwory bywają głęboko
tragiczne.
Przypomina mi się czasem rabbi Nachman
z Bracławia, który z zachwytem mówił o tym,
jak wielką siłę mają radość i budzenie nadziei.
To wielka mądrość, choć tylu ludzi pełnych
fałszu pod nią się podszywa dla korzyści,
wiedząc o tym, jak entuzjazm zdobywa ludzkie
serca. Zawsze sobie jego słowa przypominam
w chwili, kiedy zostaję sam i mogę uśmiechać
się tylko do siebie, bo nikt się ze mną radością,
ani nadzieją nie podzieli.
Ale po pogromie, w którym życie straciło
wielu Chasydów, rabbi zamieszkał w mieszkaniu
z widokiem na cmentarz i popadł w wielką
melancholię. A to z kolei przypomniało mi słowa
Koheleta, że lepiej być w domu smutku,
niż w domu wesela, bo smutek czyni nas
szlachetniejszymi ludźmi. "Wszystko ma swój
czas. Jest czas radości i czas smutku..."
W starożytności Heraklita nazywano
mrocznym, ciemnym filozofem, a słynny był
uśmiech Demokryta. Warto poczytać, co o tym
uśmiechu napisał, opierając się na źródłach
historycznych, Przybylski. Okazuje się, że
ten Uśmiechnięty był znacznie większym
melancholikiem, niż Mroczny. Demokryt
uśmiechał się ukrywając pod uśmiechem
bezmiar przygnębienia, a "łzy heraklitowe"
skrywały pogodę ducha.
Radhakrishnan napisał, że nie było bardziej
mrocznego pesymisty niż Budda, który cały
czas się do nas uśmiecha. To prawda! Ale
Budda niczego sobie nie wmawiał.
Nikt chyba nie był takim miłośnikiem
szlachetnej radości jak "mój" Spinoza. Dla
niego miłość to po prostu radość "w połączeniu
z ideą przyczyny zewnętrznej." Oczywiście,
łatwo było wykazać, że tak nie jest, bo wtedy
kochalibyśmy wszystko to, co daje nam radość,
Boga, człowieka i winogrona...albo,
współcześnie już, ulubioną grę komputerową.
Spinoza widział w smutku owo psychiczne
zahamowanie i dlatego go unikał, ale był
jednak melancholikiem. Trzeba tylko nieco
uważniej przyjrzeć się temu, co pisze i trochę
to od-geometryzować.
A mega-pesymista (jak mówią teraz
młodzi ludzie) Schopenhauer całkiem
przyjemnie sobie żył, korzystając z tego, że nie
musi pracować. Dbał o zdrowie, wyprowadzał
na spacerki swego ukochanego pudla i grał
na flecie, co według Nietzschego, odbierało
mu filozoficzną powagę. Facet, który głosił, że
świat jest z istoty zły i pełen cierpienia, a
nikt nie cierpi tak, jak geniusz, za którego
niewątpliwie się uważał.
Schopenhauer głosił też w duchu buddyzmu
bezgraniczne współczucie, ale Russell ze
złośliwą satysfakcją wspomina o tym, że zrzucił
pewną staruszkę ze schodów, a kiedy ta po
pewnym czasie zmarła, zanotował w dzienniku,
że starucha odwaliła kitę i nie musi już jej płacić
odszkodowania. Mimo to uważany jest za mędrca
i wierzył święcie w to, co pisał. Według Russella
jednak to Spinoza żył zgodnie z tym, co głosił i
dlatego tak kochają go filozofowie. To prawda
- żył z pełną świadomością w zgodzie z tym, co
uważał za właściwą drogę życia, ale
niekoniecznie w zgodzie z własną psyche.
Dlatego, dopóki nie pozna się dobrze
człowieka i jego uczuć i myśli, nie można
wiedzieć, ile jest w nim światła, a ile mroku.
A "świetlisty mrok" Platona? To dopiero
było cudowne zjawisko! Tak więc mroczny,
nie musi znaczyć ciemny, ani przywodzić na
myśl destrukcji...
Nie wiem, czy powinno się, jak chciał
Sienkiewicz, pisać "ku pokrzepieniu serc."
Gdyby się przy tym uprzeć, to z całej
literatury ocalałyby może Muminki i inne
równie urocze opowieści pełne elfów,
Puchatków i znikających kotów, mądre,
ale nie mówiące przecież o życiu wszystkiego.
A co więcej, ich autorzy byli na tyle
inteligentni, że nie stawiali sobie nigdy
takiego celu.
Ktoś kiedyś nazwał moje opowieści
terapeutycznymi, ale co z tego? Osoba ta
obraziła się potem na mnie bez żadnego
powodu i moja terapia nie ochroniła jej
przed negatywnymi emocjami, którymi
już wcześniej, po samobójczej śmierci
męża, była naszpikowana.
Graves napisał prześmieszną
niewielką książeczkę o greckich bogach
i bohaterach, ale każdy kto zna bliżej
głęboki pesymizm Greków, wie, że to
tylko uroczy żart...


Nazumi, bardzo negatywne sa rozważania Filozofa o ludzkiej radosci z zycia.
OdpowiedzUsuńJa osobiscie uważam. że kazdy czlowiek powinien byc w pelni szczesliwy.
Jakies ciemne strony to zapewne majace charakter kryminalny pożadania niektorych osob. To jest zagrozeniem spolecznym, na szczescie zapewne bardzo minimalnym.
Absolutna wiekszosc spoleczenstwa jest szczesliwa.
Chciałbym, aby było tak jak piszesz. To naturalne, że każdy chce być szczęśliwy i wielu ludzi w rożnych okresach życia jest, choć czasem tylko przez chwilę...W tym, co napisałem nie ma nic negatywnego. Ja cierpienia i smutku nie szukam. Same przychodzą i nie zawsze odchodzą. Tekst nie jest o tym, że trzeba czuć się nieszczęśliwym, a o tym, jak mało znamy czasem ludzi🙂
UsuńNo tak. To trzeźwe spojrzenie i ja też tak postrzegam świat i życie. A wszelki nadmiar narusza równowagę ducha...Niestety widzę raczej nadmiar wesołości. A ta wcale nie jest neutralna, bo wielu ludzi przez nią cierpi. Jednak według reklam człowiek staje się towarzyskivpo wypiciu odpowiedniej ilości piwa...Melancholia, w przeciwieństwie do depresji, wiąże się z refleksyjnością i dlatego jest tak częsta wśród ludzi twórczych. Home nawet uważał ją za chorobę zawodową filozofów. Msja takue usposobienie tez czesto poeci. Ale to nie jest choroba , tylko tak jak napisałeś coś, czego może być czasem za dużo...Czytam teraz Białe i Czarne kwiaty Norwida. Ile w tym melancholii. A nie przypadkiem wcale.
OdpowiedzUsuńTelefon nie bylby sobą gdyby mnie nie poprawił. Dlatego jest Home zamiast Hume. 😀
OdpowiedzUsuńI widzę, że jeszcze coś poprawił psotnik😉
OdpowiedzUsuńAlbo ja nie dość uważałem😉...Moja melancholia zachowuje pewien umiar. Niedawno skrytykowałem w necie Ciorana, który jest teraz u nas bardzo modny. I usłyszałem, że "Ciorana zsikalby się ze śmiechu, gdyby to przeczytał. Dno." Zareagowalem na to bardzo spokojnie... Ja bardzo dobrze rozumiem Ciorana, ale u niego jest właśnie ten nadmiar, o którym mówisz. I dlatego jest tak popularny, bo ludzie tak często przeżywają życie i nie jest to przypadek, ale oczywiscie sami nie potrailiby tego wyrazić. Ale Cioran był chory na depresję, podobnie zresztą jak ja i musiał się z nią zmagać, a pisanie mu w tym pomagało. Ten zdrowy cham, z którym rozmawiałem pewnie chory nie był...
OdpowiedzUsuńPoprawiło mi bydlę Cioran na Ciorana😀
OdpowiedzUsuń