Niezbyt straszna historia
Od kilku już dni chciałem opowiedzieć tę opowieść, ale
przeszkadzał mi w tym stan zdrowia, a raczej całkowite
niemal wyczerpanie fizyczne i psychiczne. Chciałem też
odnaleźć wśród moich śmieci opowieści Hoffmana i Tiecka.
Ale dostanie się do szafy, w której być może leżą,
wymagałoby zrobienia sporego przekopu wśród innych
książek i rzeczy. Pomyślałem więc, że przed moim zniknięciem
już chyba tego nie zrobię. Jednak opowieść ta nie daje mi
spokoju i będę chyba musiał wysnuć ją z mej wyobraźni
nie posiłkując się żadnymi wzorami, jak to zazwyczaj robię.
Mam nadzieję, że czytelnik, o ile w ogóle znajdzie się jakiś
czytelnik, mi to wybaczy. Wczoraj jeszcze, w posłowiu
tłumacza do innej książki, znalazłem wdzięczne
sformułowanie, że jest to utwór o "zagładzie i o
zagładach", a jej język jest delikatny i cichy. Ale, choć
ktoś mnie kiedyś przypadkiem porównał do tego pisarza,
na co z pewnością nie zasługiwałem, tym razem piszę
jedynie dla zabicia czasu, choć zostało mi go już
niewiele.
"Kiedy świat ten opuściła wdzięczna Maria Luisa
Dala Chiara Scabia, została pochowana w marmurowym
grobowcu niezwykłej piękności. Ale jej kochanek i
małżonek książę Lodovico uwierzył opowieściom, że
spoczywając na marach poruszyła powieką. Zakradł
się więc którejś nocy do katedry i położył w nogach
swej ukochanej, obok wyciosanego z kamienia psa,
uosabiającego wierność i przywiązanie. A kiedy nad
ranem zjawił się tam arcybiskup, z przerażeniem ujrzał
księcia zaklętego w kamień i grającego na lirze.
Musiało to być dziełem samego diabła. Zawezwał
więc robotników i nakazał im odkuć tę ludzką postać.
Ale gdy jeden z nich uderzył księcia szpikulcem
w okolicę serca, poczęła z niego tryskać krew.
A książę rzekł:
- Moje serce nigdy nie było z kamienia. Pamiętajcie
o tym. -
Tak więc nawet po śmierci Maria Luisa i jej
kochanek pozostali rozdzieleni i rozłąka ta miała trwać
przez całą wieczność.
Tymczasem wrogowie księcia umyślili sobie, że
ugodzą w jego pamięć najmocniej wykazując, że jego
ukochana nie dochowywała mu wierności. W tym celu
poddano delikatnej torturze kilka osób z jej służby.
Nie były to jakieś wyszukane udręki. Niewiastom
ucinano dłoń, następnie ją nadpalano i ranę posypywano siarką
zmieszaną z pieprzem. Drugą zaś zachowywano, aby
mogła podpisać stosowny dokument potwierdzający
winę jej pani.
Po kilku dniach wszystkie dziewki służebne
podpisały co trzeba z największą ochotą, a zeznania
dostarczono arcybiskupowi, który z troską
przekazał je świeckiej jurysdykcji. Sąd zbadał
dokumenty wnikliwie i sformułował werdykt, z którego
wynikało, że trzynastoletnia Maria Luisa od dłuższego
już czasu utrzymywała stosunki cielesne z pewnym
Jednorożcem i że zasługuje w związku z tym na
utratę dobrej pamięci, a jej córka nie może niczego
po niej dziedziczyć.
Rzecz jasna książę, który zadawał się z taką osobą,
a nawet uczynił ją swą małżonką, również nie zasługiwał
na dobrą pamięć, o ile oczywiście o tym wiedział. Tu
pojawiła się jednak pewna trudność natury prawnej.
Tezę taką należało udowodnić. W tym celu przesłuchano
jeszcze raz owe niewiasty, ale ponieważ nie można
było im już odjąć ręki, posłużono się łagodną
perswazją i oto stał się cud! Niby za sprawą anioła
wszystkie jednomyślnie potwierdziły, że na własne
uszy słyszały i na własne oczy widziały, jak dziewczyna
głaszcząc się po łonie wymienia imię Jednorożca
w obecności swego męża i kochanka. Jedna wprawdzie
odwołała potem swe zeznania, ale przypalono jej
ogniem łono i to w zupełności wystarczyło, aby
przyznała, że uległa podszeptom szatana.
Ciało Marii Luisy usunięto z grobowca, ale
ponieważ był on, jako się rzekło, szczególnej piękności,
pochowano tam babkę biskupa, znaną ze szczególnie
świętego życia, która do dzisiaj tam straszy."
Emanuel zamilkł i spojrzał na Klarę, chcąc
odczytać z jej twarzy wrażenie, jakie na
niej uczyniła ta opowieść. Ale dziewczyna najwyraźniej
drzemała.
- Jak to, nie słyszałaś, co ci czytałem? To po co
się trudziłem? Myślisz, że nie mam nic do roboty.
Cały Seneka czeka, a także Dante i Szekspir!
A ty tu sobie leżysz w objęciach Morfeusza. -
- Słyszałam każde twoje słowo. Piękna
opowieść...Tylko nie wiem, czy ją dobrze rozumiem,
a zakończenie mój drogi, i d i o t y c z n e! -
- Wiesz Klaro, że będziesz teraz musiała uzasadnić
swój sąd. - powiedział hrabia.
- Uczynię to z największą przyjemnością, ale
chce mi się jeszcze trochę spać. -
- Pośpisz sobie w ciągu dnia. A teraz, dopóki
nie zrobiło się widno, nie musimy jeszcze wracać
do naszych mogił. A zatem? -
- Pochował w jej grobowcu swą babkę?
Przecież to absolutnie niemożliwe! Musiałby to
zrobić zatajając jej imię. -
- Tak właśnie uczynił. Gdybyś mi nie przerwała,
dowiedziałabyś się tego. -
- Lepiej opowiedz mi jeszcze raz, dlaczego mnie
zabiłeś. -
- Przyczyna bardzo prosta, wręcz banalna, ale
chwalebna. Nie dochowałaś mi wierności. Wyzwałem
na pojedynek twego gacha, ale ten mnie zastrzelił
i dlatego chcąc nie chcąc musiałem cię później udusić. -
- Ja to pamiętam inaczej. Przede wszystkim
nie udusiłeś mnie... -
- Nie wchodźmy za bardzo w szczegóły Klaro.
Pamięć upiorów bywa ułomna. Ty też na pewno nie
wszystko pamiętasz. Faktem jest, że to mnie
zawdzięczasz swój zgon. -
- Łżesz! Myślisz, że nie wiem, że żyjesz?
To ty zastrzeliłeś Szczedrina. Pamiętam, co czuło
wtedy moje serce! -
- Ależ mylisz się! -
- To, co może kochałam tylko ciebie? Żaden
szanujący się upiór nie siadałby przy łożu upiorzycy
z książką i to tak lichą. Jak kawę kocham! -
- Nonsens! Dokładnie tak zachowałby się
mój przodek. -
- Zakuty łeb! -
- Nie prowokuj mnie, bo nie wrócisz do trumny.
Powiem umrzykom, że zdradziłaś mnie z
Morfeuszem. Chciałaś to zrobić z Orfeuszem,
ale wstrzyknęłaś sobie morfinę. -
Nie dokończyli jednak sporu, bowiem zapiał
kur.
W jakiś czas po zasłyszeniu tej opowieści miałem
okazję poznać radcę Holstaga. Był on wielkim
miłośnikiem wszelkich literackich staroci, a nawet
ich podróbek. Przechodziliśmy mostem przez
Newę, a ja mu się zwierzyłem, nie wiem dlaczego,
bo zwykle tego nie robię, że znam jedną zadziwiającą
opowieść z ubiegłego wieku. Wysłuchał mnie cierpliwie,
ale powiedział: "Rzecz jest całkiem do niczego.
A gdzie tu strach?"
Zrobiło mi się smutno, ale białe noce mają jednak
swój urok. Pospacerowaliśmy trochę a Holstag mówi:
- Żaden z ciebie literat, ale biorę to. -
- Ależ to prawdziwa opowieść. Nie zmyśliłem ani
słowa! -
- Dobrze by było, gdybyś dodał do tego coś jeszcze.
W przeciwnym razie wszyscy zanudzą się na śmierć.
Mam świetny pomysł. Jak będziemy przechodzić
przez most, zepchniesz mnie do rzeki. Ale przedtem
wypiszę ci czek z honorarium. Od dawna już chciałem
tak zakończyć życie, a przy okazji uratuję twój
pisarski honor. -
- Wybacz drogi przyjacielu, ale nie jestem do
tego zdolny. W życiu jeszcze nikogo nie zabiłem.
Zbyt mocno współczuję ludziom, a nawet zwierzętom,
owadom. Kiedy spotykam na drodze ślimaka, nie
chcę go rozdeptać, a chrzęst miażdżonych muszli
napawa mnie przerażeniem. -
- Myślę, że rozumiem ukryte skłonności twej duszy.
Autor z ciebie żaden, ale człek poczciwy. W takim razie
zrobię to sam, tylko musisz mi trochę pomóc. Przesadzę
nogi przez barierkę, a ty mnie popchniesz. Strasznie
boję się śmierci. -
- Nic z tego! - odpowiedziałem stanowczo.
- W takim razie masz we mnie wroga. -
Mówiąc to popchnął mnie tak niefortunnie, że
znalazłem się w rzece, a że nie umiem pływać, szybko
poszedłem na dno. Postanowiłem się jednak nie
przejmować, wyszedłem z toni i cały oblepiony
błotem i roślinnością, i do tego cuchnący, udałem się
do kawiarni. A ludzie tak się mnie wystraszyli, że
damy na mój widok mdlały, a oficerowie palili do mnie
z pistoletów, ale wszystko na nic. "Gazeta Petersburska"
napisała potem, że miałem ogień w oczach. Tak więc
przynajmniej po śmierci zdobyłem jakiś rodzaj uznania,
którego odmawiano mi za życia.
Ale, w jakie trzy lata później, idę ja proszę was
do księgarni, a tam, a jakże, na półce leży moja
opowieść i jeszcze napisane, że autorem jest Holstag.
Czytam, czytam, a tu każde zdanie przeinaczone.
Poprzysiągłem zemstę. Znajdę Holstaga choćby
w piekle. I żaden z niego arystokrata. To zwykły
kupczyk...
Taką historię opowiedział mi niedawno pewien
nieznajomy, który zastrzegł sobie, że pragnie w niej
występować incognito. Szczerze mówiąc, sprawiał
na mnie wrażenie ducha, nie zaś żywej istoty.
Zapytałem go o to.
- Mało jeszcze wiesz. - oznajmił. - Wydaje ci się,
że żywi czymkolwiek różnią się od nas. Różnica ta
polega jedynie na czasie. A czas to złudzenie.
Za chwilę i ciebie nie będzie, i tych wszystkich,
którzy cię kochają, albo nienawidzą, lub którym
jesteś obojętny. Zobacz, jaki spokój jest na cmentarzu,
kiedy wszyscy leżą równiutko pochowani w grobach.
Ale tak przecież nie zawsze jest. Ilu to ludzi zginęło w
okopach, albo wyparowało. Ile ciał młodych kobiet
rozkłada się w rowach melioracyjnych lub stawach.
Różnię się od ciebie tylko tym, że nic nie czuję.
Powiem więcej, tak naprawdę nigdy nie istnieliśmy,
albo istnieliśmy nie istniejąc, względnie nie istnieliśmy
istniejąc. Zamierzam tego dowieść w naukowy sposób,
o ile kiedykolwiek otrzymam od Stwórcy drugie życie.
Wtedy ukończę swą ontologię albo, jak wolisz,
metafizykę. Jednak rozczaruję cię. Imponuje mi jedynie
płodność pleśni, grzybów, insektów a nawet robactwa
rodzącego się z kurzu. Uważam hipotezę żyworództwa
za poetycko całkiem prawdopodobną. Jak zapewne
słyszałeś samce niektórych nicieni po akcie kopulacji
tracą życie, a wtedy samice szukają sobie miejsca do
złożenia milionów jaj i w ten sposób gatunek trwa dalej.
Albo zważ jak się zachowuje łosoś w tarle i jak
długa i ciernista jest jego wędrówka. Kiedyś to się
nazywało elan vital.
Za mojego życia nie znano jeszcze bakterii ani
wirusów i gdyby nie to, że po śmierci kontynuowałem
swą edukację, nic bym o ich istnieniu nie wiedział.
Ciekawe czego jeszcze się dowiem za kolejne sto lat.
A wiesz, jak mnożą się cienie? Istne wariactwo!
Przesypiamy życie, które nie było nawet snem.
Jedynie nasze cienie są realne, ale tylko do pewnego
stopnia. Bo cień to przecież forma nieistnienia. Jak
chcesz to mogę ci to wytłumaczyć przy innej
sposobności.
Nie wiedziałem, co uczynić z jego opowieścią, a
szczególnie z tym wyznaniem wiary. Ale pomyślałem,
że upchnę to na Lunie. Kto wie, może jutro nie
mógłbym już tego zrobić...
przeszkadzał mi w tym stan zdrowia, a raczej całkowite
niemal wyczerpanie fizyczne i psychiczne. Chciałem też
odnaleźć wśród moich śmieci opowieści Hoffmana i Tiecka.
Ale dostanie się do szafy, w której być może leżą,
wymagałoby zrobienia sporego przekopu wśród innych
książek i rzeczy. Pomyślałem więc, że przed moim zniknięciem
już chyba tego nie zrobię. Jednak opowieść ta nie daje mi
spokoju i będę chyba musiał wysnuć ją z mej wyobraźni
nie posiłkując się żadnymi wzorami, jak to zazwyczaj robię.
Mam nadzieję, że czytelnik, o ile w ogóle znajdzie się jakiś
czytelnik, mi to wybaczy. Wczoraj jeszcze, w posłowiu
tłumacza do innej książki, znalazłem wdzięczne
sformułowanie, że jest to utwór o "zagładzie i o
zagładach", a jej język jest delikatny i cichy. Ale, choć
ktoś mnie kiedyś przypadkiem porównał do tego pisarza,
na co z pewnością nie zasługiwałem, tym razem piszę
jedynie dla zabicia czasu, choć zostało mi go już
niewiele.
"Kiedy świat ten opuściła wdzięczna Maria Luisa
Dala Chiara Scabia, została pochowana w marmurowym
grobowcu niezwykłej piękności. Ale jej kochanek i
małżonek książę Lodovico uwierzył opowieściom, że
spoczywając na marach poruszyła powieką. Zakradł
się więc którejś nocy do katedry i położył w nogach
swej ukochanej, obok wyciosanego z kamienia psa,
uosabiającego wierność i przywiązanie. A kiedy nad
ranem zjawił się tam arcybiskup, z przerażeniem ujrzał
księcia zaklętego w kamień i grającego na lirze.
Musiało to być dziełem samego diabła. Zawezwał
więc robotników i nakazał im odkuć tę ludzką postać.
Ale gdy jeden z nich uderzył księcia szpikulcem
w okolicę serca, poczęła z niego tryskać krew.
A książę rzekł:
- Moje serce nigdy nie było z kamienia. Pamiętajcie
o tym. -
Tak więc nawet po śmierci Maria Luisa i jej
kochanek pozostali rozdzieleni i rozłąka ta miała trwać
przez całą wieczność.
Tymczasem wrogowie księcia umyślili sobie, że
ugodzą w jego pamięć najmocniej wykazując, że jego
ukochana nie dochowywała mu wierności. W tym celu
poddano delikatnej torturze kilka osób z jej służby.
Nie były to jakieś wyszukane udręki. Niewiastom
ucinano dłoń, następnie ją nadpalano i ranę posypywano siarką
zmieszaną z pieprzem. Drugą zaś zachowywano, aby
mogła podpisać stosowny dokument potwierdzający
winę jej pani.
Po kilku dniach wszystkie dziewki służebne
podpisały co trzeba z największą ochotą, a zeznania
dostarczono arcybiskupowi, który z troską
przekazał je świeckiej jurysdykcji. Sąd zbadał
dokumenty wnikliwie i sformułował werdykt, z którego
wynikało, że trzynastoletnia Maria Luisa od dłuższego
już czasu utrzymywała stosunki cielesne z pewnym
Jednorożcem i że zasługuje w związku z tym na
utratę dobrej pamięci, a jej córka nie może niczego
po niej dziedziczyć.
Rzecz jasna książę, który zadawał się z taką osobą,
a nawet uczynił ją swą małżonką, również nie zasługiwał
na dobrą pamięć, o ile oczywiście o tym wiedział. Tu
pojawiła się jednak pewna trudność natury prawnej.
Tezę taką należało udowodnić. W tym celu przesłuchano
jeszcze raz owe niewiasty, ale ponieważ nie można
było im już odjąć ręki, posłużono się łagodną
perswazją i oto stał się cud! Niby za sprawą anioła
wszystkie jednomyślnie potwierdziły, że na własne
uszy słyszały i na własne oczy widziały, jak dziewczyna
głaszcząc się po łonie wymienia imię Jednorożca
w obecności swego męża i kochanka. Jedna wprawdzie
odwołała potem swe zeznania, ale przypalono jej
ogniem łono i to w zupełności wystarczyło, aby
przyznała, że uległa podszeptom szatana.
Ciało Marii Luisy usunięto z grobowca, ale
ponieważ był on, jako się rzekło, szczególnej piękności,
pochowano tam babkę biskupa, znaną ze szczególnie
świętego życia, która do dzisiaj tam straszy."
Emanuel zamilkł i spojrzał na Klarę, chcąc
odczytać z jej twarzy wrażenie, jakie na
niej uczyniła ta opowieść. Ale dziewczyna najwyraźniej
drzemała.
- Jak to, nie słyszałaś, co ci czytałem? To po co
się trudziłem? Myślisz, że nie mam nic do roboty.
Cały Seneka czeka, a także Dante i Szekspir!
A ty tu sobie leżysz w objęciach Morfeusza. -
- Słyszałam każde twoje słowo. Piękna
opowieść...Tylko nie wiem, czy ją dobrze rozumiem,
a zakończenie mój drogi, i d i o t y c z n e! -
- Wiesz Klaro, że będziesz teraz musiała uzasadnić
swój sąd. - powiedział hrabia.
- Uczynię to z największą przyjemnością, ale
chce mi się jeszcze trochę spać. -
- Pośpisz sobie w ciągu dnia. A teraz, dopóki
nie zrobiło się widno, nie musimy jeszcze wracać
do naszych mogił. A zatem? -
- Pochował w jej grobowcu swą babkę?
Przecież to absolutnie niemożliwe! Musiałby to
zrobić zatajając jej imię. -
- Tak właśnie uczynił. Gdybyś mi nie przerwała,
dowiedziałabyś się tego. -
- Lepiej opowiedz mi jeszcze raz, dlaczego mnie
zabiłeś. -
- Przyczyna bardzo prosta, wręcz banalna, ale
chwalebna. Nie dochowałaś mi wierności. Wyzwałem
na pojedynek twego gacha, ale ten mnie zastrzelił
i dlatego chcąc nie chcąc musiałem cię później udusić. -
- Ja to pamiętam inaczej. Przede wszystkim
nie udusiłeś mnie... -
- Nie wchodźmy za bardzo w szczegóły Klaro.
Pamięć upiorów bywa ułomna. Ty też na pewno nie
wszystko pamiętasz. Faktem jest, że to mnie
zawdzięczasz swój zgon. -
- Łżesz! Myślisz, że nie wiem, że żyjesz?
To ty zastrzeliłeś Szczedrina. Pamiętam, co czuło
wtedy moje serce! -
- Ależ mylisz się! -
- To, co może kochałam tylko ciebie? Żaden
szanujący się upiór nie siadałby przy łożu upiorzycy
z książką i to tak lichą. Jak kawę kocham! -
- Nonsens! Dokładnie tak zachowałby się
mój przodek. -
- Zakuty łeb! -
- Nie prowokuj mnie, bo nie wrócisz do trumny.
Powiem umrzykom, że zdradziłaś mnie z
Morfeuszem. Chciałaś to zrobić z Orfeuszem,
ale wstrzyknęłaś sobie morfinę. -
Nie dokończyli jednak sporu, bowiem zapiał
kur.
W jakiś czas po zasłyszeniu tej opowieści miałem
okazję poznać radcę Holstaga. Był on wielkim
miłośnikiem wszelkich literackich staroci, a nawet
ich podróbek. Przechodziliśmy mostem przez
Newę, a ja mu się zwierzyłem, nie wiem dlaczego,
bo zwykle tego nie robię, że znam jedną zadziwiającą
opowieść z ubiegłego wieku. Wysłuchał mnie cierpliwie,
ale powiedział: "Rzecz jest całkiem do niczego.
A gdzie tu strach?"
Zrobiło mi się smutno, ale białe noce mają jednak
swój urok. Pospacerowaliśmy trochę a Holstag mówi:
- Żaden z ciebie literat, ale biorę to. -
- Ależ to prawdziwa opowieść. Nie zmyśliłem ani
słowa! -
- Dobrze by było, gdybyś dodał do tego coś jeszcze.
W przeciwnym razie wszyscy zanudzą się na śmierć.
Mam świetny pomysł. Jak będziemy przechodzić
przez most, zepchniesz mnie do rzeki. Ale przedtem
wypiszę ci czek z honorarium. Od dawna już chciałem
tak zakończyć życie, a przy okazji uratuję twój
pisarski honor. -
- Wybacz drogi przyjacielu, ale nie jestem do
tego zdolny. W życiu jeszcze nikogo nie zabiłem.
Zbyt mocno współczuję ludziom, a nawet zwierzętom,
owadom. Kiedy spotykam na drodze ślimaka, nie
chcę go rozdeptać, a chrzęst miażdżonych muszli
napawa mnie przerażeniem. -
- Myślę, że rozumiem ukryte skłonności twej duszy.
Autor z ciebie żaden, ale człek poczciwy. W takim razie
zrobię to sam, tylko musisz mi trochę pomóc. Przesadzę
nogi przez barierkę, a ty mnie popchniesz. Strasznie
boję się śmierci. -
- Nic z tego! - odpowiedziałem stanowczo.
- W takim razie masz we mnie wroga. -
Mówiąc to popchnął mnie tak niefortunnie, że
znalazłem się w rzece, a że nie umiem pływać, szybko
poszedłem na dno. Postanowiłem się jednak nie
przejmować, wyszedłem z toni i cały oblepiony
błotem i roślinnością, i do tego cuchnący, udałem się
do kawiarni. A ludzie tak się mnie wystraszyli, że
damy na mój widok mdlały, a oficerowie palili do mnie
z pistoletów, ale wszystko na nic. "Gazeta Petersburska"
napisała potem, że miałem ogień w oczach. Tak więc
przynajmniej po śmierci zdobyłem jakiś rodzaj uznania,
którego odmawiano mi za życia.
Ale, w jakie trzy lata później, idę ja proszę was
do księgarni, a tam, a jakże, na półce leży moja
opowieść i jeszcze napisane, że autorem jest Holstag.
Czytam, czytam, a tu każde zdanie przeinaczone.
Poprzysiągłem zemstę. Znajdę Holstaga choćby
w piekle. I żaden z niego arystokrata. To zwykły
kupczyk...
Taką historię opowiedział mi niedawno pewien
nieznajomy, który zastrzegł sobie, że pragnie w niej
występować incognito. Szczerze mówiąc, sprawiał
na mnie wrażenie ducha, nie zaś żywej istoty.
Zapytałem go o to.
- Mało jeszcze wiesz. - oznajmił. - Wydaje ci się,
że żywi czymkolwiek różnią się od nas. Różnica ta
polega jedynie na czasie. A czas to złudzenie.
Za chwilę i ciebie nie będzie, i tych wszystkich,
którzy cię kochają, albo nienawidzą, lub którym
jesteś obojętny. Zobacz, jaki spokój jest na cmentarzu,
kiedy wszyscy leżą równiutko pochowani w grobach.
Ale tak przecież nie zawsze jest. Ilu to ludzi zginęło w
okopach, albo wyparowało. Ile ciał młodych kobiet
rozkłada się w rowach melioracyjnych lub stawach.
Różnię się od ciebie tylko tym, że nic nie czuję.
Powiem więcej, tak naprawdę nigdy nie istnieliśmy,
albo istnieliśmy nie istniejąc, względnie nie istnieliśmy
istniejąc. Zamierzam tego dowieść w naukowy sposób,
o ile kiedykolwiek otrzymam od Stwórcy drugie życie.
Wtedy ukończę swą ontologię albo, jak wolisz,
metafizykę. Jednak rozczaruję cię. Imponuje mi jedynie
płodność pleśni, grzybów, insektów a nawet robactwa
rodzącego się z kurzu. Uważam hipotezę żyworództwa
za poetycko całkiem prawdopodobną. Jak zapewne
słyszałeś samce niektórych nicieni po akcie kopulacji
tracą życie, a wtedy samice szukają sobie miejsca do
złożenia milionów jaj i w ten sposób gatunek trwa dalej.
Albo zważ jak się zachowuje łosoś w tarle i jak
długa i ciernista jest jego wędrówka. Kiedyś to się
nazywało elan vital.
Za mojego życia nie znano jeszcze bakterii ani
wirusów i gdyby nie to, że po śmierci kontynuowałem
swą edukację, nic bym o ich istnieniu nie wiedział.
Ciekawe czego jeszcze się dowiem za kolejne sto lat.
A wiesz, jak mnożą się cienie? Istne wariactwo!
Przesypiamy życie, które nie było nawet snem.
Jedynie nasze cienie są realne, ale tylko do pewnego
stopnia. Bo cień to przecież forma nieistnienia. Jak
chcesz to mogę ci to wytłumaczyć przy innej
sposobności.
Nie wiedziałem, co uczynić z jego opowieścią, a
szczególnie z tym wyznaniem wiary. Ale pomyślałem,
że upchnę to na Lunie. Kto wie, może jutro nie
mógłbym już tego zrobić...


Gdyby można było poznać odpowiedź na te pytania...Większa całość istnieje - ja przynajmniej mam takie poczucie. Ale mam wrażenie, że nawet jeśli nasza wiedza gwałtownie się rozszerzy, co już ma miejsce, pozostanie coś z samej swej istoty nieogarnionego i niewyrażalnego, bo nawet jeśli świat coś nam komunikuje, niezwykle trudno jest to zinterpretować.
OdpowiedzUsuńMarek Aureliusz zastanawiał się czy istnieje świat uporządkowany, czy raczej chaos. Ale wydawało mu się, że skoro dusza jest rozumna, to i świat taki być musi i ma swoje prawa. Ale z tą rozumnością duszy musiał jakoś pogodzić fakt, że ludzie najczęściej nie mają dobrego charakteru i są aspoleczni...To była głęboka starożytność, ale niewiele więcej od niego wiemy. Dla Hindusow realna była może jedynie sama przemiana, a reszta to maja albo samsara. Jedni byli przekonani, ze ukrywa się pod nimi jakiś byt a inni, że istnieją tylko zjawiska, które jednak nie mają żadnej esencji i są przerażająco nietrwałe...Teraz mamy teorie naukowe, ale czasem jest w nich sporo fantazji.
OdpowiedzUsuń