How happy the lover...

    
     Po wczorajszym dość nagłym załamaniu się zdrowia
postanowiłem do wieczora nie wychodzić z domu. Burza
przechodziła gdzieś dalej, ale było dość duszno.
Uwięziony w ten sposób chciałem skorzystać z okazji
i posłuchać łagodnej i spokojnej muzyki, która ukoi moje
lęki i samotność.
     W takich sytuacjach nic tak dobrze na mnie nie działa
jak muzyka późnego baroku - harmonijna i racjonalna,
pozbawiona z pozoru romantycznych uniesień.
     Kiedyś lecąc samolotem z Londynu słuchałem wraz ze
wszystkimi pasażerami "Koncertów brandenburskich"
Bacha.  Panicznie bałem się latać. Podczas lotu trzymałem
w ręku tomik opowiadań Iwaszkiewicza i nawet nie
zacząłem go czytać. Piłem ogromnie dużo wina, czekając
na zbliżającą się  egzekucję i nawet widok białych  chmur za oknem nie odwracal mej uwagi. W British Airways tyle go zwykle
nie dają, ale stewardesa ulitowała się nade mną. Bylem
bowiem pasażerem specjalnej troski. Na Heathrow
Miss Barbara musiała poprosić obsługę, aby zawieziono
mnie do samolotu na wózku z powodu nagłego ataku
paniki. Panie były dla mnie ogromnie miłe, a w samolocie
objaśniono mi, że przy Bachu to nawet jak samolot
będzie spadał, nikt tego nie zauważy. Coś takiego w tej
muzyce jest.
      Kiedy żegnaliśmy się przez barierkę Miss Barbara
popłakała się jak bóbr. Oboje czuliśmy, że możemy się
już więcej nie spotkać. Ale tylko diabeł wiedział, co
zrobić, aby nasze rozstanie zamienić w wieczystą rozłąkę. 
Jej chwilowy dobry humor, który wykazywała jeszcze
przy upychaniu mnie na wózek znikł nagle i zapomniała
nawet o tym, że przez całą drogę na lotnisko żartowała
w metrze, że będzie lizać moje buty, żebym tylko jej
nie porzucił, choć nie miałem przecież takiego zamiaru.
      Wczoraj jeszcze nie opadły mnie te niewczesne
wspomnienia. Rozpocząłem koncert od wysłuchania
sonat skrzypcowych Elisabeth Jacquet de la Guerre, 
klawesynistki i kompozytorski, którą królowi poleciła
jego faworyta Madame de Montespan w 1684 r. Znałem
te sonaty wcześniej w innym wykonaniu, podobnie
zresztą jak jej utwory wokalne i cudowną twórczość
klawesynową. Rzadko wtedy kobiety osiągały w sztuce
tak wiele. Król zachwycił się grą, czy też
kompozycjami tej młodej osóbki - już nie pamiętam.
W życiu chyba trzeba mieć trochę szczęścia. 
     Jej sonaty przypominają bardziej suity, ponieważ
składają się z wielu części (od 5 do 7, jedna jest tylko
czteroczęściowa). To ładne, chwilami czarujące
utwory, ale słuchając ich musiałem zmierzyć się z
ich negatywną oceną dokonaną niegdyś przez pewnego
konesera muzyki. Nie trwało to jednak długo i
przyjemność słuchania zwyciężyła.   
     Zrobiło się już późno, a mnie czekała jeszcze długa
i przykra podróż do domu mojej matki. Mimo to
zdecydowałem się posłuchać "Króla Artura" Purcella.
"King Arthur" to tzw. semi-opera, w której sporą
rolę odgrywa muzyka instrumentalna.  Zaczyna się
właśnie od tej muzyki, a pojawienie się śpiewaków
może wydawać się początkowo niezbyt fortunne.
Jednak w miarę upływu czasu muzyka staje się coraz
żywsza, spontaniczna i cudowna, z rzadka tylko
popadając w sztywny schemat. Nie należy się dziwić,
że dość często ożywiała mą wyobraźnię, choć może nie
w takim stopniu jak np. "Indian Queen", "Dido
and Aeneas", "The Fairy Queen", albo niektóre ody.  
    Znam ją niemal na pamięć od czasu, kiedy po raz
pierwszy słuchałem jej w interpretacji Johna Eliotta
Gardinera, którego ktoś kiedyś słusznie nazwał
"geniuszem  interpretacyjnym."  Różnie można
oceniać jego późniejsze nagrania Beethovena,
muzyki romantycznej, Mozarta, czy Brahmsa, ale
jeśli chodzi o muzykę wokalną epoki baroku, to nie
ma sobie równych.
    Nowe nagranie Paula McCreesha jest nieco
chłodniejsze i pozbawione entuzjazmu, mniej
ekspresyjne od tamtego, ale rozważane w kategoriach
czysto muzycznych, precyzyjne, chwilami niemal
perfekcyjne.  Jest o wiele spokojniejsze, skupione na
szczegółach, mniej porywające, ale odkrywające ukryte
piękno samej muzyki. 
     Są tu trzy "absolutne hity" (jakbyśmy dzisiaj
powiedzieli w tym nieszczęsnym żargonie, który tak
się upowszechnił):  Prelude & Song "What power art
thou", Passacaglia: Verse & chorus: "How happy the
lover/For love ev'ry creature" i Prelude & Song:
"Fairest Isle." 
    "Fairest Isle" to oczywiście Brytania.  A jej uroki
sławi sama bogini Venus. Ta sopranowa  pieśń należy
do najpopularniejszych, jakie skomponował
Brytyjski Orfeusz (jak go już za jego krótkiego życia
nazywano).  Nikt jej chyba z takim urokiem i
wdziękiem nie śpiewał jak niegdyś Emma Kirkby.
Ale to postać wyjątkowa w interpretacji dawnych
pieśni. 
     Pomysł dwóch wcześniejszych zapożyczył Purcell
zapewne od Lully'ego, ale uczynił z każdej z nich
prawdziwy brylant. Jak zresztą można nie ulec
pokusie dramatycznej ekspresji, jaką stwarza choćby
tekst pierwszej z nich (autorstwa Drydena):

     "What power art thou, who from below,
       Hast made me rise, unwillingly, and slow.
       From beds of everlasting snow!
       See'st thou not how stiff, and wondrous old,
       For unfit to bear the bitter cold,
       I can scarcely move, or draw my breath;
       Let me, let me, freeze again to death."

       Parę razy udało mi się go kiedyś zaśpiewać drugim
głosem, ale mam nadzieję, że nikt tego nie słyszał. 
(Choć niektórzy lubią kiedy śpiewam). 
       Na zakończenie tego wątku przytoczę słowa Jacka
A. Westrupa, autora znanej monografii na temat
twórczości i życia Purcella.
   
      "W akcie trzecim godna uwagi jest muzyka w scenie
przedstawiającej skutą lodem opustoszałą krainę,
z której wyłania się Cold Genius w równie posępny
sposób, jak Erda w "Pierścieniu Nibelunga." Wiele
pisano o tremolandzie, które Purcell zaznaczył
w partii smyczków, solisty a potem chóru, lecz efekt
ten nie był nowy...Tym, co wyróżnia muzykę Purcella
w tej scenie jest nie tyle sposób wprowadzenia owego
środka, ile niezwykła sugestywność progresji
harmonicznych - od dziwnych, prześlizgujących się
półtonów we wstępie instrumentalnym do szorstkiej
melancholii końcowych słów Zimnego geniusza."
      
      Passacaglii "How happy the lover" na oboje,
smyczki, alt i bas oraz chór, opartej na opadającym
basie ground, mógłby pozazdrościć Purcellowi sam
Mistrz Lully, który w swej najwspanialszej
operze "Armida", zachwycił i oczarował wszystkich
podobnym, ale jednak nie tak ulotnym i finezyjnym
utworem. Jak słusznie zauważa Westrup "Jest to
jedno z najdoskonalszych osiągnięć Purcella."
Warto z pewnością jej posłuchać w nagraniu
Gardinera.
      Nawet Handel, który skromnością nie grzeszył,
powiedział kiedyś, że jego muzyce wiele brakuje do
geniuszu muzyki Purcella.  Uwielbiam ją, podobnie
jak muzykę Mozarta i Schuberta, na których Pan Bóg
najwyraźniej również się zawziął, odbierając im
przedwcześnie życie. (Mam nadzieję, że nikogo tym
smutnym żartem nie urażę).
       W Londynie niestety nie udało mi się nigdy
wejść na koncert z muzyką Purcella. Ale kiedyś,
błądząc wieczorem po parku Hampstead Heath, 
usłyszałem ją nieoczekiwanie.  Grała ją tam - same
utwory instrumentalne - jakaś orkiestra. Siedzieliśmy
z Miss Barbarą na ławeczce dość daleko od sceny,
nie myśląc nawet o jakimkolwiek koncercie. Był
piękny, sierpniowy wieczór, więc popatrywaliśmy
w rozgwieżdżone niebo, a tu nagle taka muzyka.
      - Posłuchaj, przecież to Purcell!  - wykrzyknąłem.
      Czasem zastanawiam się, czym było dla mnie to
inne, dawno już minione i jakby nie moje życie,
rozdarte między Londynem a Warszawą, między
tęsknotą a spełnieniem, przez tyle lat. Muzyka
zawsze stanowiła ważną część tego życia, choć
wtedy właśnie też napisałem kilka najlepszych
swych utworów i byłem pochłonięty pracą. 
      Nie tak dawno pewien młody człowiek obruszył
mnie gadaniną, że Miss Barbara musiała mnie
zdradzać, bo kobiety mają spore potrzeby
i nie wytrwają w samotności dłużej niż przez dwa
tygodnie.  Objawił mi tę prawdę po kilku piwach
w poznańskim tramwaju, do którego wsiedliśmy
przemoczeni deszczem. Jego słowa z kolei ogromnie
podekscytowały jakąś trochę pijaną dziewczynę,
która przyglądała się nam ze szczerym
zainteresowaniem. Zadałem oczywiście kłam jego
insynuacjom, za co uwięził mnie później w swym
mieszkaniu dodając, że jeśli chcę je opuścić, to
mogę wyskoczyć przez okno. I tak nie doszło do
wydania mych utworów, bowiem w tym celu właśnie
zostałem przez niego zaproszony ;-) 
      Myślę, że każdy zrozumie, dlaczego mężczyzna
broni honoru kobiety, z którą kiedyś łączyła go 
miłość i zarazem nie chce uchodzić za rogacza.
Mniej zrozumiały wydaje mi się motyw kierujący
kimś, kto chciałby za wszelką cenę dowieść tezy
przeciwnej i dopuszcza się podobnego gwałtu na
czyjejś wolności i wspomnieniach.  Czym jest ta
potrzeba sprofanowania czyjejś miłości?  Zapewne,
a nawet wiem to z całą pewnością, opiera się
najczęściej na własnym doświadczeniu. 
      Po wysłuchaniu "Króla Artura" wyszedłem
pod zachmurzone niebo i zanurzyłem się w smogu.
W tramwaju uciekałem przed kaszlącymi na mnie
osobnikami. Ale w autobusie nie miałem już gdzie
się schronić. Przywitała mnie karcącym spojrzeniem
ciotka, chuda jak patyczek staruszka...Ale zaraz
uśmiechnęła się mówiąc:
     - Jednak chociaż raz się posłuchałeś i przyniosłeś
pranie. -
     (Niestety pralka mi już jakiś czas temu padła).
          
     
    
      
     


    

Komentarze

  1. Nazumi, ja rozumie dziewczyne, jak napisales powolujac sie na swwojego znajomego:
    "kobiety mają spore potrzeby i nie wytrwają w samotności dłużej niż przez dwa tygodnie."
    Ja osobiscie ledwo wytrzymuje tydzien :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W miłości pożądanie zmienia się często w tęsknotę i wtedy dość długo można się odbywać bez spełnienia, niezależnie od tego czy jest się mężczyzną czy kobietą, jeśli się naprawdę kogoś kocha. 🙂

      Usuń
    2. Danek, ja Ciebie też rozumiem 😉Ale mój znajomy był po prostu nieco zawistny, bo wlaśnie jego dziewczyna znalazła sobie innego partnera...

      Usuń
  2. Ale, o ile wiem, Twoje dziewczyny były zachwycone, jak podśpiewywałeś :-)

    Tak, o wiele więcej...

    OdpowiedzUsuń
  3. 😀Czyli nie ma szans, że zostaniesz syreną...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty