Syk dzikiej kaczki
Usiadłem na ławeczce blisko
niewielkiego oczka wodnego.
Chociaż był już koniec sierpnia
wieczór był upojny...Ale w końcu
ogarnął mnie chłód, wstałem i
ruszyłem w kierunku domu. A wtedy
usłyszałem coś, co przypomniało mi
syczenie węża. Okazało się, że to
dzika kaczka broni swych małych.
Wyjaśniono mi później, że ich
ojciec poleciał gdzieś i nie wrócił.
Musiał zginąć po drodze.
Szukałem tu spokoju i gospodarze mi
w tym specjalnie nie przeszkadzali.
Widywałem ich nie częściej niż raz
w ciągu dnia, zwykle kiedy wracałem
ze spaceru po lesie. Ich mieszkanie
znajdowało się piętro niżej, a na górze
wynajmowali trzy pokoje. Mieli rozległy,
cienisty ogród z dużymi drzewami, do
którego przenieśli też ściółkę leśną.
Zamieszkałem w pokoju z ogromną
werandą i opatulony płaszczem lub
kocem czytałem tam po angielsku Agatę
Christie, z lekkim niepokojem, że za
chwilę ktoś stanie za moimi plecami.
Specjalnie wybrałem lekturę, która
doskonale pasowała do atmosfery tego
domu. I gdyby nie to, że pięć terierów
właściciela budziło mnie po czwartej
rano wszczynając nieprawdopodobny
jazgot w pokoju, w którym koczowały,
mógłbym być może spać spokojnie,
chociaż wśród gości zdarzały
się przedziwne osoby.
Ktoś na przykład wynajmował pokój
od wpół do pierwszej w nocy do piątej
rano, a potem znikał. Przez całą jednak
noc chodził po skrzypiącej posadzce, co
słyszałem bardzo dobrze, bo od tego
pokoju odgradzała mnie jedynie szafa.
A już prawdziwą grozę budziła
we mnie ogromna łazienka, z wanną
pośrodku, prysznicem i ścierką na kiju
do wycierania krwi ofiary (jak w filmie
Hitchcocka) i ogromnej wielkości nóż,
leżący beztrosko na stole w kuchni.
Te skojarzenia nie były całkiem
przypadkowe. Żona gospodarza była
osobą nieufną i skrajnie podejrzliwą.
Przez jakiś czas pracowała w domu
uzdrowiskowym i opowiadała mi
zgorszona, co tam ludzie wyprawiają.
Chodziło jej o łatwość nawiązywania
przelotnych znajomości. Mówiła o tym
z najszczerszą odrazą, podkreślając, że
udusiłaby ich gołymi rękami A kiedy
byłem w lesie nie sposób było, abym jej
tam nie spotkał jadącej na rowerze
i bardzo interesującej się tym, co robię.
Rozmowy z nią były zawsze jakoś
dziwne i kryła się w nich zawoalowana
groźba, że lepiej, aby mnie nie złapała
na czymś podobnym.
Zdarzało się, że w środku nocy
zmieniała w jakimś pustym pokoju pościel.
Kiedyś wyznałem jej, że czuję się trochę
nieswojo w obecności niektórych gości,
zwłaszcza, kiedy muszę wyjść za własną
potrzebą i że jest tam tak ciemno, że
nie można niczego zobaczyć, dopóki
nie zapali się światła w kuchni, albo w
łazience.
- Jestem dość ostrożna w przyjmowaniu
gości. Zdarza się, że mają po kilka
fałszywych dowodów tożsamości. Po tym,
jak zamówił pan pokój, dokładnie
sprawdziłam podane przez pana informacje.
Uniwersytet potwierdził, że jest pan
jego pracownikiem. Ustaliłam też, że miał
pan małżonkę, ale obecnie jest rozwiedziony. -
zapewniła mnie.
Rano zapisywałem w notesie coś w
rodzaju dziennika opisującego moje
wrażenia z mych leśnych kontemplacji.
I napisałem tam któregoś dnia, że nie wiem,
czy wierzę w mądrość Natury. Starałem się
zawsze wychodzić z domu niezauważony, ale
wracając wieczorem tego dnia spotkałem ją
przed domem.
- Nie ma pan pojęcia jak mądra potrafi
być natura. Czy wierzy pan w jej mądrość? -
spytała.
Ta jej nagła dociekliwość zmartwiła mnie.
Pomyślałem, że przeczytała opis pogrzebu,
jaki mrówki urządziły o zachodzie słońca
pewnemu ogromnemu żukowi. Byłem dumny
z tego opisu, ale niestety uzupełniłem go
owym nieszczęsnym komentarzem.
Przeczytałem bowiem w jakimś czasopiśmie,
że mrówki same atakowane są przez jakieś
malutkie larwy, które je dziesiątkują, a te
larwy z kolei padają ofiarą jakichś innych,
mniejszych organizmów."
- Jeszcze się pan kiedyś przekona! O ile
oczywiście pan zdąży. Życie jest takie krótkie,
prawda? Czy jest pan świadomy tego, że
niedługo pan umrze? Wie pan, niedawno
pochowaliśmy rodziców męża...Nie lubię
niedowiarków!
- To bardzo smutne. Z Naturą jest jak z
Bogiem. - powiedziałem. - Raz w nią wierzysz,
a innym razem masz wątpliwości. Zawsze
wierzyłem w mądrość Natury, ale teraz
właśnie opadły mnie wątpliwości. No i nie
można chyba jej personifikować? -
- Proszę się nie tłumaczyć! Ja wiem swoje.
Obserwuję ludzi. Dobrej nocy życzę. -
Wyobraźnia potrafi nas zaskakiwać i
tej nocy bardzo dokładnie sprawdziłem, czy
drzwi mego pokoju są zamknięte. Kiedy
siedzi się na werandzie, nie słychać, jak
ktoś je otwiera. Nic szczególnego się
jednak nie wydarzyło.
Musiałem tam sobie robić zakupy
w sklepie, który był dość daleko i to była
chyba jedyna większa niedogodność.
Inne były już raczej drobne. W lesie było
mnóstwo żmii i kleszczy. Po powrocie
musiałem dokładnie sprawdzać, czy
nie mam na swym ciele jakiegoś intruza
i brać kąpiel. Pamiętam też, że spory
kłopot sprawiało mi kontaktowanie się
z rodziną przez telefon. Automat był
gdzieś wśród leśnych drzew. Jeden
jedyny raz pozostawiłem w mieszkaniu
na trochę dłużej kotkę i ktoś przynosił
jej jedzenie.
Któregoś wieczoru spotkałem mego
gospodarza.
- No i jak się panu u nas mieszka? -
zapytał. - Wygląda pan na kogoś, kto
szuka spokoju. Zastanawialiśmy się
nawet z żoną, czy pan przed czymś nie
ucieka? Oczywiście nie musi pan o tym
mówić...W każdym razie tu jest
wyjątkowo spokojnie, choć tak blisko
Warszawy. -
- Wie pan jak to jest. Rok akademicki
dawno się skończył, niedługo zacznie się
nowy, a czas szybko mija... - wyjaśniłem.
- Tak, mija trochę za szybko. Wie
pan, że dopiero teraz się zorientowałem,
że przecież pan u nas kiedyś już był...
Wszyscy mamy swoje tajemnice. -
- Ja ich nie mam. Dawno już po prostu
nigdzie nie byłem, nie odpoczywałem. -
- Aż w końcu postanowił pan uciec? -
- Nie wiem, czy tak bym to ujął. -
- To nie moja sprawa, ale martwimy
się o pana z żoną. Prawie pan z nami nie
rozmawia. Musi pan być chyba bardzo
samotny. -
- Nie ma okazji. Kiedy wychodzę
naciskam dzwonek przy furtce i już
jestem na ścieżce, a potem nie ma mnie
przez cały dzień i wracam zmęczony.
Wspaniałe jest to leśne powietrze. -
- Zgadza się. I naprawdę może się
pan tu czuć bezpiecznie. -
- Ależ ja się tak przecież czuję. -
- Źle pan chyba sypia...Nie chcę
wchodzić w pana życie, ale jest pan
postacią jak z jakiegoś filmu.
Wszystkiego się pan boi i budzi pan
ogromne zaciekawienie. Zapewniam
pana, że tu pana nikt nie będzie szukał. -
- Przestraszyłem się tylko tej
kaczki. -
- No dobrze, nie męczę już pana
dłużej. Bardzo pana z żoną lubimy.
Jest pan taki cichy i spokojny...Jakby
pan kogoś zamordował...Przepraszam,
trochę żartuję. Dobranoc! -
Zastanawiałem się, dlaczego tak
mówił, ale nie potrafiłem odkryć w
tym jakiegokolwiek sensu. Owszem,
jestem nieśmiały i trochę przed nimi
uciekałem. Poza tym męczą mnie
rozmowy z nieznajomymi. Zamknąłem
okno i zamiast czytać na werandzie
leżałem przy zgaszonym świetle.
Około pierwszej w nocy usłyszałem
skrzypienie podłogi w korytarzu, jakby
ktoś się skradał. Chciałem nawet
otworzyć drzwi, żeby zobaczyć kto,
ale tego się właśnie bałem. Zdziwiło
mnie to, że nikt nie wszedł do pokoju
obok.
W dniu wyjazdu zapukałem do
ich mieszkania. Właściciel otworzył
mi drzwi, uspokoił psy i na chwilę
tam usiadłem. Oboje zapraszali
mnie dość długo i serdecznie.
- Niech pan do nas wpadnie w
przyszłym roku. O ile oczywiście
nic się nie wydarzy. Podobno miał
pan miłą żonę. -
- Miałem... -
- I gdzie ona teraz jest? -
- Rozwiedliśmy się dziesięć lat
temu. -
- Nie chcemy panu nic radzić,
ale, zgadzasz się chyba ze mną
Henryku, życzymy panu, aby nie
wpuszczał pan do domu diabła.
Wie pan, jakie są teraz kobiety?
A potem czasem bardzo trudno
się ich pozbyć. Przypuszczam, że
pan coś na ten temat wie...
- Wspomnienia bywają
nieusuwalne. Chyba zgadza się
pan z nami? Ale i fizycznie trudno
czasem kogoś usunąć z życia.
Oglądamy z małżonką różne
filmy wieczorami...U nas jak
ktoś idzie po schodach to od
razu te czarty szczekają, więc nic
nas nie zaskoczy. -
Nie miałem ze sobą dużo rzeczy
- wszystkie mieściły się w niewielkiej
torbie, jednak mimo wszystko
nie myślałem, że w drodze powrotnej
wysiądę nagle z autobusu. Usiadłem
na przystanku i próbowałem sobie
coś przypomnieć. Ogarnął mnie jakiś
niepokój. Świeciło słońce i było dość
ciepło. Dzień dopiero się zaczynał.
Jedno było absolutnie pewne - nie
mogłem teraz wrócić do domu. Nie
miałem nawet klucza, który zostawiłem
opiekunce kota. Nieoczekiwana jasność
tego dnia przerażała mnie. Przeszedłem
więc na drugą stronę drogi i czekałem
na autobus, który miał mnie zawieźć
z powrotem.
Kiedy zadzwoniłem mój gospodarz
wyjrzał przez okno, a potem podszedł
do furtki i powiedział:
- Ach, to pan! Miło pana znowu
zobaczyć. Chce pan jeszcze trochę u
nas pobyć? Pokój jest na razie wolny.
Obniżę panu dobową opłatę. -
Wszedłem do pokoju i położyłem
się na łóżku nie otwierając nawet okna
Kiedy się obudziłem było już ciemno.
Ktoś stukał do drzwi:
- Chyba pan nic nie jadł? - spytał
kobiecy głos. - Przyniosłam panu
ciasto. W kuchni w lodowce jest
chleb i wędlina. Proszę sobie wziąć. -
Kiedy zeszła do swego mieszkania
wyszedłem na korytarz i ze zdumieniem
zauważyłem, że drzwi do drugiego
pokoju są otwarte. Położyłem się
tam na łóżku. Ale po kilkunastu
minutach znowu się pojawiła i spytała
przez drzwi mojego pokoju, czy nie
potrzebuję świeżego ręcznika. Ponieważ
jednak nie otwierałem zeszła na dół,
a ja w kuchni zrobiłem sobie herbatę.
Chciałem sobie ukroić kawałek
chleba i nagle uświadomiłem sobie,
że nie ma noża. Wróciłem więc do
tamtego otwartego pokoju i przylgnąłem
do łóżka. Ten pokój był prawie pusty
i choć miał duże okno, spowity był
może nie tyle mrokiem, co jakąś
szarością. Nad ranem, zanim jeszcze
rozszczekały się psy, usłyszałem, że
ktoś otwiera drzwi w pokoju, w którym
powinienem być.
Rano wyszedłem bardzo wcześnie,
ale nie do lasu, tylko do miasteczka,
w którym była nawet niewielka galeria
handlowa. Wypiłem tam w kawiarni
herbatę z rumem i zjadłem lody, a
potem usiadłem na ławce na zewnątrz.
Chciałem jakoś przeczekać tam do
wieczora, ale to się nie udało.
- Widziałam pana w lesie. - oznajmiła
na powitanie pani domu.
- To chyba nie mogłem być ja. Byłem
na mieście. -
- Ależ zapewniam pana, że to był pan.
Albo ktoś bardzo podobny. Zdziwiłam się,
że pan przede mną ucieka. -
- Ktoś w nocy otwierał drzwi do
mojego pokoju. -
- Przyniosłam panu ręcznik. Leży na
stole. -
- Bardzo dziękuję. Tamten nie był już
czysty. -
- Przeraża mnie pan trochę...Chyba
zgadłam, nie miał pan klucza od swego
mieszkania. -
- Faktycznie, zostawiłem go u niej. -
- Ale przedtem ją pan zabił, prawda?
Proszę nie zaprzeczać... -
- Mam do pani ogromną prośbę.
Jeśli chce pani zostawić coś u mnie w
pokoju, to proszę to robić za dnia. -
- Ależ oczywiście, jeśli to panu bardziej
odpowiada. Nie odpowiedział pan chyba
na moje pytanie. -
- To, o czym pani mówi, jest całkiem
nielogiczne. Jeślibym ją zabił, to z kim
bym zostawił kota? Mitsuko jest dla
mnie najbliższą osobą. To nie jest po prostu
jakiś kot! -
- Nie ma to jak sztuka przekonywania.
Chwilowo wierzę panu, ale nie wiem, co
pomyślę o tym jutro. -
- W nocy zrobiłem się głodny, ale
nie mogłem sobie ukroić chleba, bo
zginął nóż. -
- Czy to ten? - spytała kobieta, wyjmując
go spod swetra. - A jednak z jakiegoś
powodu pan do nas wrócił. -
Zaczęła rozwieszać pranie, a ja
schroniłem się na ławeczce przy oczku
wodnym. Siedziałem tam tak długo aż
zrobiło się całkiem ciemno. A wtedy
wstałem i ze zdziwieniem zauważyłem,
że jest tam tylko kaczka. Siedziała
osowiała na brzegu i prawie nie poruszała
się...


czlowiek to rzeczywiscie skomplikowana istota.
OdpowiedzUsuńJak to dobrze, ze ja zyje tylko dzisiejszym dniem.
...Nikt nie żyje jedynie dniem dzisiejszym. To, co podświadome i co nieświadome zawsze wiąże nas z przeszłymi przeżyciami i z obawami.
UsuńNazumi, mój Bóg chce abym byl calkowicie spokojny o moja przyszlosc,
Usuńja poprzez wiare, wierze mojemu Ojcu w Niebie :)
Żyje wiec dniem dzisiejszym calkowicie nie martwie sie o jutro.
mój Bóg, mój Ojciec jest wlascicielem wszystkiego, nie zbankrutuje Niebo jesli ja wierze, ze zawsze bede mial wiecej niz potrzebuje, ze wierze, ze mój Bóg otworzy okno w Niebie, ze obdarzy mnie Bożą łaskę pomyślności.
Wlasnie rozmyslalem o tym co napisales idac dzisiaj plaża wzdłóż Oceanu.
Cieszylem sie z tego, ze potrafie żyć teraz w tej chwili,
czułem piasek pomiedzy palcami moich nog, ide bowiem zawsze bosymi stopami.
czułem ciepła wode, czułem cudowne morskie powietrze.
przypomnialo sie nawet mnie, jak Piotr pisze relacje z rozkoszy z przebywania w naturze, pośród drzew.
Nazumi, kazdy normalny czlowiek powinien żyć w tym teraz momencie.
Nie rozmyslac co bylo wczoraj czy martwic sie co bedzie jutro.
Bóg chce abysmy cieszyli sie zyciem w tej teraz chwili, abysmy widzieli piekno tego swiata. piekno drugiej osoby, wszelkie piekno otaczajacego nas swiata.
To co napisales jest klamstwem tzw intelektualistow.
"Nikt nie żyje jedynie dniem dzisiejszym"
Powyższe slowa to zbrodnia wobec ludzkosci.
Gdyby czlowiek żył tylko dniem dzisiejszym, gdyby cieszyly czlowieka wszystkie chwile życia jakie ma, ten swiat wygladalby zupelnie inaczej.
Przypomnij sobie przeslanie mystykow na przestrzeni dziejow.
Kazdy mystic zyje tylko i wylacznie w danej chwili.
Przypomnij sobie slawnych Filozofow.
Na pewno, nie watpie w to, ktorys z nich byl na tyle mądry, ze zwracal uwage na potrzebe swiadomego życia w każdym momencie naszego życia.
Danek
UsuńOczywiście, że każdy powinien żyć "tu i teraz", "w tym momencie" i istnieć aktualnie :-) Cieszę się, że możesz chodzić po plaży, a nie Jesteś np. w ciężkim więzieniu i nie musisz mówić: "Zamiast słońca mam przed sobą beton, lecz ja to lubię", albo nie pracujesz na plantacji jako niewolnik. Ja też, choć nie widzę morza, czuję się często podobnie jak Ty. Nie tym się chyba różnimy...
Człowiek przypisuje sobie rozumność, której w naturze nie ma. Uważa, że może i ma prawo we wszystko ingerować, a jeden marny wirus wykańcza cały świat i dzieli ludzi. Dziewczyna w tramwaju niejednego zmyli tym, że ma na twarzy maskę, ale okazuje się, że odsłoniła sobie nos. Wie, że dla niej ta choroba jest niegroźna i obraca ją w żart. Dlatego mówi się, że epidemia może być o wiele groźniejsza na jesieni i zimą, kiedy uderzy jej druga fala, bo trudno będzie ludziom znieść ograniczenia.
OdpowiedzUsuńMnie najbardziej zawsze interesuje moment, kiedy racjonalne lęki zmieniają się w coś, co przypomina psychozę (a czasem nią jest). Pierwsza część mojej opowieści jest trochę żartobliwa i utrzymuje się jeszcze w granicach zwykłego wspomnienia. Ale potem nagle dokonuje się to przejście...To dość zabawne, że podczas, gdy ja się kogoś boję, on boi się mnie i że ostatecznie nie wiadomo, kto kogo powinien się bać.
Nazumi, to jest cyrk z tymi maskami.
OdpowiedzUsuńDla 99% ludzi jest ten wirus niesmiertelny, praktycznie jak powazna grypa.
Grypa tez zabija slabych czy ludzi starszych.
Zrobiono wiec z tego wirusa paranoje.
Ludzie powinni zaczac powaznie traktowac swoje zdrowie, posiadanie dobrego zdrowia wreszcie powinno byc nauczane w szkole.
Ja nie mialem na twarzy zadnej maski przez caly okres tej tzw pandemii.
Do cyrku nie jest mnie po drodze.