Dzień, którego nie było
Miałem spore kłopoty ze zdrowiem,
ale postanowiłem "wybić klin klinem"
i wyszedłem z domu, mimo braku
możliwości normalnego oddychania w
masce. Przez większość dnia jednak
koczowałem w nim przy otwartym
oknie. Jest teraz spokojnie i cicho,
jakby wszyscy wyjechali albo wymarli.
Nie przeszkadza mi to, ale czuję jeszcze
bardziej moje opuszczenie.
Podniosłem z podłogi zakurzony
wybór wierszy Iwaszkiewicza, w którym
sporo jest jego późnej poezji, przejmująco
niekiedy smutnej, ale też łagodzonej przez
pisarza na różne sposoby.
I właśnie na tym chyba polega autentyzm
twórczości, która nie próbuje stwarzać
wrażenia sztucznej afirmacji i fałszywej
pogody ducha. Widać, jak autor zwycięża
smętny nastrój i jak go on czasem porywa,
ale nie wiedzie nigdy do pustego nihilizmu.
"Nigdy jeszcze tak bardzo nie kochałem życia,
nigdy jeszcze tak bardzo nie pragnąłem śmierci"
- wyznaje, ale bliska obecność śmierci
i przemijanie życia bardzo mu ciążą.
Jest już album z recitalem Sokołowa,
największego współczesnego pianisty,
wydany przez Deutsche Gammophon.
W zeszłym roku jako jedynego chyba
z grona melomanów nie stać mnie było
na bilet na jego koncert w warszawskiej
filharmonii i ze smutkiem wysłuchałem
tylko ich opowieści. Dzisiaj za to
posłuchałem tego recitalu. (Dwie płyty+
DVD praktycznie w cenie jednej).
Bardzo pięknie grał późne utwory
Brahmsa. Beethovena, sonatę i bagatele,
niestety przespałem. Ale nie dorównują
one w żaden sposób melancholijnej poezji
utworów Brahmsa.
Przedtem udało mi się jeszcze posłuchać
ślicznych koncertów Vivaldiego na altówkę
(którą ja nazywam violą) i orkiestrę.
Wykonanie dobre, dramatyczne, a utwory w
większości minorowe i nostalgiczne. Viola
ma pod tym względem większe nawet
możliwości niż skrzypce ze względu na
ciemniejszą i bardziej matową barwę brzmienia.
Czekałem cały czas na ostatni koncert z
udziałem wybitnego lutnisty Hopkinsona
Smitha. Ten koncert d-moll to jedyny
koncert, w którym obok violi koncertuje
też lutnia. Prawdziwe cudo!
Ale jak się zbyt długo na coś czeka...
Zmorzył mnie sen, po którym miałem jeszcze
mniej sił niż przedtem i obudziłem się z
poczuciem lęku, przerażony tym, że nagle
prawie wszyscy ludzie znikli z mojego życia
i znajduję się już niemal wyłącznie w
otoczeniu duchów. Nie wiem, jak bym się
czuł, gdyby nie internetowe znajomości i
przyjaźnie. Widuję tylko dwie osoby
- matkę i Wierę. Nie licząc oczywiście
tłumów na ulicy...Ale nawet w wieczornych
autobusach ludzi jest mniej i zwykle
trzeba się od nich trochę odsunąć.
Kiedyś już jednak go słuchałem zarówno
w tym, jak i w innym wykonaniu. Nie
wiem, jak wyglądałoby moje życie, gdyby
nie było mi dane słuchać muzyki i
kontemplować Natury. Albo, gdyby nie
było w nim przyjaźni...
Wzruszałem się trochę, kiedy któryś
ze studentów nazywał mnie w
opinii o mych zajęciach "dobrym, pełnym
empatii człowiekiem" (bez cienia
jakiegokolwiek lekceważenia). Sprawiało
mi to nawet większą satysfakcję, niż kiedy
nazywał mnie "najlepszym wykładowcą"
lub "niemal idealnym wykładowcą."
Jakkolwiek musiałem czasem też znosić
dość aroganckie uwagi.
Zaskakująco mało czasami ceni się
wiedzę i twórczą wrażliwość, wyobraźnię
i inwencję. Uważa się je często za rzeczy
zgoła niepotrzebne, a istotne jest raczej
to, że jegomość jest marnie ubrany
i niczego się w życiu nie dorobił.
Ja nigdy nie gryzłem się tym, że
ludzie się na mnie nie poznali. Byłoby
mi przykro, gdybym to ja kogoś nie
doceniał lub lekceważył. Ale widzę w
tym upadek wartości, które w życiu
najbardziej ceniłem...Miałem bowiem
szczęście poznać i pokochać ludzi,
którzy je uosabiali.


Ja mam tylko Was tutaj jako moich kolegow oraz kolezanki oraz dwie osoby w realnym swiecie.
OdpowiedzUsuńCzlowiek nie potrzebuje wiecej znajomych.
Danek,
UsuńZgadzam się z Tobą...Nawet Arystoteles napisał kiedyś, że "kto ma wielu przyjaciół ten nie ma przyjaciela." Znajomych można mieć wielu, ale zwykle niewiele z tego wynika.
Smutne to konstatacja, ale niestety muszę się z nią zgodzić. Tak właśnie jest...
OdpowiedzUsuńI nie wiadomo, kiedy to się zmieni. W Polsce jest teraz nawrót do dzikiego
kapitalizmu, przypominającego czasy Norwida i równie przygnębiającego
i nieludzkiego, choć oczywiście poziom życia się podniósł i mniej jest jego
fizycznych ofiar. W tej sytuacji los kultury wysokiej wydaje się być przesądzony.
a
OdpowiedzUsuń