W gniewie i w lęku
Wieczorem zaroiło się od ptaków,
które mają swą siedzibę w okolicznych
drzewach. A kiedy ptasia chmura
unosiła się nad topolami, chciałem
ją sfotografować. Niestety w takich
sytuacjach w aparacie ukazuje się
jakaś podziałka i trudno zdjęcie zrobić.
Zacząłem trochę złorzeczyć, a tu nagle
wyłonił się mój bliski znajomy i z
uśmiechem, raczej chyba niezłośliwym,
trudno mi to było ustalić w mroku,
powiedział, jakby mnie przyłapał na
gorącym uczynku, że potem te zdjęcia
umieszczam na Facebooku.
Porozmawialiśmy trochę o różnych
naszych udręczeniach przez osoby
nieinteligentne, aroganckie i
nadużywające władzy i o tym, jak się
przed tym skutecznie bronić. Na wrzask
jednej z nich, która mojemu znajomemu
(a może nawet przyjacielowi) dała się
również we znaki, odpowiedziałem
krzycząc na nieposłuszny aparat. Nie
przypuszczałem, że kogoś spotkam w
scenerii tak niesamowitej. Ptaki były
o wiele głośniejsze niż ja.
Kiedyś terapeuta poradził mi, żebym
nie dusił w sobie negatywnych emocji,
jak to miałem w zwyczaju i wykrzyczał
je gdzieś wśród drzew. To dobra rada,
ale jak się okazuje można czasem kogoś
spotkać...Ze trzydzieści lat temu w
Puszczy Białej, po całym dniu spędzonym
na śledzeniu zwyczajów mrówek, usłyszałem
potworny, pijacki wrzask, jakiego nie
wydałoby z siebie żadne zwierzę. A w tym
miejscu była tabliczka z napisem: "Ostoja
dzikich zwierząt." Wolałem nie spotkać
tego człowieka i udałem się w innym kierunku.
Mój ojciec był niepoczytalny w gniewie.
Przez całe życie stanowiło to dla mnie problem.
Wiedziałem, że jestem inny, podobny raczej
do matki, która musiała ten gniew znosić, ale
niezwykle trudno było mi zbudować po okresie
dzieciństwa mą męską rolę tak, abym sam nie
stawał się ofiarą. Napisałem nawet na temat
gniewu książkę. Zwykle cierpliwie znosiłem
różne życiowe sytuacje, ale ze trzy razy w
życiu zdarzyło mi się eksplodować. Wybuchy
te na dziesięciostopniowej skali gniewu mego
ojca oceniłbym na jakąś 6, a mimo to potem
ich żałowałem. Gniew jest niszczącą siłą, ale
otamowywanie go sprawia często, że człowiek
chowa w sobie i pielęgnuje złość, która utrwala
się jako destruktywna postawa w postaci
resentymentu, który zatruwa umysł i sprawia,
że nie potrafimy czegoś drugiej osobie wybaczyć.
Niemniej w gniewie należy zawsze pamiętać
o skutkach, o tym, żeby niepotrzebnie nie
ranić, ani nie wystawiać się na niebezpieczeństwo.
Jak mówi pewien szacowny buddyjski tekst
- jedna chwila gniewu może zniszczyć tysiąc
lat czułej miłości okazywanej bliskiej osobie.
Podobno ludzie pozwalają sobie na
wybuchy gniewu wobec osób słabszych i od
nich zależnych. W moim przypadku nie jest
tak. Kiedyś jakiś młodzieniec próbował
odebrać mi godność. Zareagowałem gniewem,
kontrolowanym na tyle, że mu "nie ubliżyłem"
(okoliczność niezwykle ważna dla policji),
ale z determinacją, a on niewiele brakowało,
aby mnie zabił, ponieważ chyba trenował jakieś
sztuki walki. Nie był zresztą sam. Kasowali
mnie potem we trzech, a ludzie jak to ludzie,
na najbardziej ruchliwej ulicy miasta (w biały,
jak to się mówi, dzień), przechodzili obojętnie,
gdy przyjmowałem precyzyjnie zadawane ciosy.
Innym razem zaatakowany znienacka przez
bandziora na przystanku autobusowym uderzyłem
głową o beton. Zaatakował mnie podstępnie
od tyłu, a po odejściu policji, którą ktoś
powiadomił, wyznał, że zabiłby mnie, gdyby
w tym miejscu nie było kamery. Czasem ludzie
są tak naładowani frustracją, że zabiliby
pierwszą napotkaną osobę.
Kiedy studenci mnie czymś zirytują,
opowiadam im buddyjską bajkę o pewnym
smoku, a potem atmosfera rozładowuje się.
Jestem wobec nich bardzo wyrozumiały
i przyjazny, ale zdarza się, że właśnie z tego
powodu, zachowują się dość nieodpowiedzialnie
i nie można tego pozostawić bez jakiejś
reakcji. Nie dlatego, że odczuwam osobistą
urazę, ale dlatego, że występuję wobec nich
w pewnej roli. Jeszcze się nie zdarzyło, abym
pamiętał coś studentowi i pozbawił go z tego
powodu dobrej oceny z zajęć.
Pewien smok bardzo lubił dzieci. A te
widząc jego nadzwyczajną łagodność, nie
czuły przed nim najmniejszego respektu
i po pewnym czasie zaczęły go targać
za uszy, podstawiać mu nogi i wkładać
kamienie do pyska. A wtedy smok, który
długo to znosił, zaczął nagle zionąć ogniem
i dzieci przerażone pouciekały, zrozumiały
bowiem, że dręczyły kogoś znacznie od
siebie potężniejszego, kto ani trochę się
ich nie boi. Nie znoś czegoś zbyt długo,
żeby kogoś nie urazić i nie zranić, bo
później będziesz musiał na niego zionąć
gniewem, mówi autor bajki.
W psychologii istnieje koncepcja tzw.
osób znaczących. Osoba taka ma wpływ
na nasze życie, sposób myślenia i reakcje
emocjonalne, a przede wszystkim na wzory
naszych zachować. Jedną z takich osób
znaczących był dla mnie dyrektor liceum,
do którego chodziłem w pierwszej klasie,
podczas pobytu w innym mieście. Był
on człowiekiem wielkiej dobroci i chociaż
nie mógł mi w niczym innym pomóc,
okazał mi wiele czułości i ludzkich uczuć
w trudnej dla mnie sytuacji. Ale kiedy
byłem u niego raz w domu trzęsły mu się
ręce i wkrótce po moim wyjeździe utopił
się w pobliskim jeziorze. Podobno kochał
bardzo swą żonę, ale ta nim pomiatała.
Pożyczył jednak dla niej jakieś pieniądze,
a potem nie mógł w porę spłacić długu
i groziło mu, że starci posadę i środki
utrzymania dla całej rodziny. Jego najlepszy
przyjaciel odmówił mu pomocy mówiąc:
"Jeśli teraz ci pomogę, to będziesz tego
oczekiwał ode mnie zawsze."
W tym czasie młody ambitny polonista,
który budził przerażenie wśród uczniów,
podjął walkę, aby zostać dyrektorem tego
liceum. Nie wspominam go źle, bo kiedyś
przeczytał wszystkim opublikowany przeze
mnie w czasopiśmie wiersz i powiedział:
- Wy tego nigdy nie zrozumiecie,
osły i mroczki! -
Jego niski i potężny głos i zdolności
aktorskie, i nie pozostawiły obojętnym
nawet opasłego i tępego Mosiołka, kolegi,
z którym siedziałem w ostatniej ławce,
zerkając czasem na klasową piękność
o nazwisku Stajniak.
Kilka lat później próbowałem popełnić
samobójstwo w sposób, jakiego nauczył
mnie dyrektor liceum. A w jakieś 20 lat
później napisałem dla niego krótki, ale
intymny i liryczny wiersz zatytułowany
"Nauczyciel." Porównuje on przeżycia
zakochanego do uczuć zwierzątka, które
odtrąca jego pani i kończy się słowami
"Przykro pieskowi, kiedy chodzą po nim
muchy." Ten iwaszkiewiczowski motyw
(zła kobieta doprowadza do śmierci
pięknego i wrażliwego mężczyznę)
nigdy się już w mej twórczości więcej nie
pojawił. A napisałem ten wiersz w chwili,
kiedy osobiście czułem się szczęśliwy
w związku z najbliższą osobą. Jego na
pół tragiczny, a na pół żartobliwy ton,
do dzisiaj mnie porusza...Po jakichś
następnych dziesięciu latach zacząłem
jednak nieco inaczej myśleć o tym
samobójstwie.
Mówi się często, że samobójca zabija
się z lęku przed życiem...On być może
bał się, że najbliższa mu osoba zachowa
się jeszcze bardziej podle, kiedy dowie się,
że nie spłacił długu, a społeczność go
potępi. Ale, choć każde samobójstwo
okrywa jakaś tajemnica, mam wrażenie,
że w tym wypadku było ono aktem odwagi,
jeśli nie ofiary i miało być potwierdzeniem
jego uczuć wobec osoby, którą kochał, a
dla której nie mógł już w swoim poczuciu
dłużej żyć, ale także potwierdzeniem
wartości samej miłości.
Do nieco innego wniosku może
prowadzić lektura listów samobójców.
W listach tych dość często pojawiał się
motyw, który dobrze wyrażają słowa:
"Ja ciebie tak kochałem (kochałam), ale
ty nie kochałeś (nie kochałaś) mnie.
Zobacz, ja teraz się zabiję, żebyś wiedziała
(wiedział), jak bardzo cię kochałem."
Komentarz psychologiczny dość
jednoznacznie widzi w takim motywie
samobójstwa chęć ukarania osoby
niezdolnej już do odwzajemniania miłości.
Ale przecież równie dobrze, a nawet z
większym prawdopodobieństwem
może często chodzić o ofiarę z życia i
potwierdzenie faktu, że miłość naprawdę
istniała i była wartością najważniejszą,
najsilniej przeżywaną.
Jeśli to kara, to jest ona potencjalnie
okrutna, bo pozostawia osobę ukaraną z
poczuciem winy aż do śmierci, ale najczęściej
jest nieskuteczna, ponieważ osoba ta jest już
zobojętniała, albo pełna nienawiści i może się
nią nie przejąć, albo w ogóle nie dowiedzieć
się o śmierci osoby, która podjęła tak
dramatyczną decyzję. Poza tym, przekonanie,
że kogoś bardzo kochamy, nie musi oznaczać,
że druga osoba naszą miłość i troskę w ogóle
zauważa i czuje. I nie musi to być koniecznie
jej winą. A karanie osoby którą się kocha
wydaje się przeczyć naszej miłości. Świadczy
raczej o tym, że jej potrzebujemy.
Nasze poglądy na życie i jego wartość,
i na poszczególne zdarzenia życia, są
zmienne, określone przez nastrój, a często
też przez przesądy, które podzielamy lub
są wynikiem niedostatecznej wiedzy.
Wpływ tego Nauczyciela był na
mnie w różnych okresach mojego życia
różny. Najpierw popchnął mnie ku
samobójstwu, tym mocniej, że osobą,
która odmówiła mu pomocy był mój ojciec.
Później budził we mnie przede wszystkim
ogromne współczucie i zacząłem widzieć
w jego samobójczej decyzji lub impulsie
wyraz słabości ducha i nadwrażliwości,
choć istniały też jej uwarunkowania
bardziej racjonalne: W małym stosunkowo
mieście i dość konserwatywnym środowisku
utrata posady dyrektora z takiego powodu
mogła pozostawić go i jego rodzinę bez
środków do życia. Oczywiście jego śmierć
wcale tej sytuacji nie poprawiała, choć
wdowa i syn otrzymaliby jednak jakieś
świadczenia...Upłynęło jeszcze trochę
więcej czasu i myślę o jego śmierci jako
o ofierze z życia, być może idealizując
ją. Mogę tylko powiedzieć, że był być
może najlepszym z ludzi jakich znałem.
Czy jego dobroć była słabością, czy
raczej siłą, trudno mi wyrokować. Może
była połączeniem jednego i drugiego...
dzielności i paraliżującego lęku. W każdym
razie był to człowiek spragniony miłości
i przyjaźni, które okazywał innym.
Doświadczenie życia, nie tylko naszego
własnego losu, ale także losu innych ludzi,
może nas czegoś uczyć, ale nie zawsze
wiemy, jak z niego właściwie korzystać.
A kontrola nad gniewem, lękiem i innymi
emocjami nie może być jedynie zewnętrzną
kontrolą, przymusem, czy nawykiem.
Jest raczej wynikiem wglądu we własną
psyche, także w naszą nieświadomość
i poznania samego siebie...Tak, aby nawet
w gniewie i w lęku, móc pozostać sobą.
Jest świt. Ptaki już rozproszyły się
i nie słychać ich gardłowego krzyku.
Dzień nie będzie chyba zbyt jasny.
Ale pogoda nie zawsze zależy od naszej
własnej pogody ducha. Gdyby tak było
to parasol w porze deszczu i kropla
wody w upał nie byłyby nam potrzebne...


Nazumi, umysl Filozofa, intelektualisty krąży w kółko tematu, ktory powyzej poruszasz.
OdpowiedzUsuńDo zadnych rozsadnych wnioskow nie sposob dojsc, gdy korzysta sie z ludzkiej logiki.
Arogancja, gniew - jej podstawa jest logiczne myslenie, ze Ja sam do wszystkiego dochodze poprzez moje zdolnosci mam wiec podstawy aby dominowac innych z pozycji sily, korzystajac z Darwina teorii silniejszy przetrwa.
Ta diabelska teoria ma sie znakomicie na Katedrze Filozofii.
Tymczasem jesli zainteresujesz sie, co do nas Bog mowi poprzez Swoje Słowo -
otwierasz szeroko oczy na Jego mądrość.
https://www.youtube.com/watch?v=u9gC-Ng6HRc
Blessed are the meek, for they shall inherit the earth. to u Mateusza 5:5
czyli na polski: Błogosławieni sa łagodni, albowiem oni odziedziczą ziemię
Slowo meek daje sie porownanie z ujeżdżonym mlodym koniem.
Jest łagodny jednak ma ogromna sile, ktora jest pod kontrola.
Charakter naszego Boga jest rownież łagodny.
Obejrzyj prosze youtube video na podanym przeze mnie linku.
Gdy jestes meek czyli łagodny wtedy wiesz, ze wszystko czym dysponujesz pochodzi od naszego Stworcy.
Tylko osoba prawdziwie wierzaca moze byc łagodna.
A tak w ogole, dorzucajac moje 5 centow do poruszonego przez Ciebie tematu -
nie Twoje jest miejsce aby konfrontowac kogokolwiek, kto prezentuje złość.
Zachowujesz pelny w 100% spokoj, oddajesz te sprawe calkowicie w rece Boga.
Dziekujesz Bogu, ze ma pelna kontrole nad ta sytuacja, deklarujesz wiec w wierze, ze poprzez wiare zachowujesz spokoj, oddajesz te sprawe w rece Twoje Ojcze w Niebie.
Tylko tyle, zycie poprzez wiare jest bardzo proste, zyjemy bez zadnego stresu.
Bog nie stworzyl ludzkiego ciala aby zdolne bylo znosic stress.
Bog wymaga od nas, abysmy zawsze zachowali spokoj, oddajac w Jego rece poradzenie sobie z osoba arogancka, pokazujaca swoj gniew.
Czy naprawde na Katedrze Filozofii tak trudno jest nauczyc ludzi jak żyć?
Danek
UsuńJa tu nie poruszam żadnych abstrakcyjnych tematów. To są wspomnienia, do których dołączam jakieś niby-refleksje, ale nie trudno zauważyć, że nie takie jest przesłanie mojego tekstu...Jak żyć nauczyć się człowiek może tylko sam i żadna katedra, ani ambona, ani nawet mistrz, do którego możemy się przysiąść na przydrożnym kamieniu nas tego nie nauczy.
A Ty, co jest szczególnie urocze, na wszystkie pytania masz jedną odpowiedź :-)
Bóg Starego Testamentu nie jest ani trochę łagodny. Budzi jedynie przerażenie i imponuje mocą.
Jak Nazumi slusznie zauważasz, Bóg Starego Testamentu budzi jedynie przerażenie i imponuje mocą. Nikt z nas nie bedzie na tyle mocny w wierze czy taki dobry aby w swojej wlasnej mocy dostapic Królestwa wiecznego.
UsuńDlatego gadanie przez intelektualistów, ze dobry czlowiek dostapi zycia wiecznego nie ma pokrycia w Słowie Bozym.
Tylko poprzez Zbawienie przyjmujac Jezusa za swojego Zbawce mozemy otrzymac zycie wieczne.
Funkcja obronna, czy mobilizująca gniewu jest czymś istotnym dla życia zwierzęcia jakim jest człowiek. Niestety, w gniewie jest też często dominacja, a nawet szaleństwo...
OdpowiedzUsuńTakiej decyzji nie podejmuje się łatwo, ale najczęściej nie jest to decyzja tylko impuls, któremu trudno się oprzeć. Samobójstwo jest jednym z najważniejszych skutków depresji, w której trudno w sposób racjonalny decydować.
W dyskusji na temat wartości życia nie ma problemów pozornych :-) Oczywiście jest tak, jak o tym mówisz, że to dobroć jest kryterium oceny i że człowiek dobry traktuje swą dobroć zwykle jako coś całkiem naturalnego, albo nawet jej nie zauważa. Zgadzam się również, że poświęcenie nie jest miarą dobroci i może nawet nie mieć z nią wiele wspólnego. Hitler np. bardzo często gloryfikował poświęcenie...dla złej, jakbyśmy to dziś powiedzieli, sprawy. Jednak kiedy piszesz, że "zdaniem ludzi, którzy sami mają kłopot z byciem dobrym, dobroć wymaga poświęceń", to jest to niezwykle trafna obserwacja, ale też jedynie część prawdy. Istnieją sytuacje, w których dobroć jest czymś wymagającym nie tylko poświęcenia, ale i zarazem świadomości, że jest to poświęcenie. Taki jest np. sens przeżyć Jezusa w ogrodzie Getsemani. Czy myślisz, że ktoś idzie na śmierć, żeby zbawić świat, bez myśli o poświęceniu? Nawet Korczak, którego dobroć jako człowieka trudno kwestionować, napisał, że się przez całe życie poświęcał.
Na pewno jest wypadkową wielu czynników, ale dlaczego dobroć miałaby nie odgrywać w tym największej roli? Jeśli ktoś poświęca bezinteresownie swe życie, dobrobyt materialny lub spokój, dla dobra innej osoby (której czasem nawet nie zna) to jest to przede wszystkim akt dobroci, a męstwo go jedynie ułatwia. Dostojewski opisywał zbójów, którzy na zesłaniu zupełnie nie bali się śmierci, ale oni dla nikogo się nie poświęcali. A nietrudno sobie wyobrazić ludzi, którzy bardzo się śmierci bali, do odważnych nie należeli, a oddali życie w obronie życia innych osób np. pod wpływem współczucia dla ich losu.
OdpowiedzUsuńJezus był postacią historyczną, człowiekiem, który uważał się za Mesjasza i nauczyciela miłości i właśnie jako człowiek jest postacią tragiczną. Albert Camus np. zupełnie nie wierzył w to, że Jezus był synem Bożym, ale było dla niego oczywiste, że umarł poświęcając życie dla innych. Minęło ponad dwa tysiące lat, a ludzie nie są ani odrobinę lepsi niż byli, a może nawet stali się bardziej okrutni i miłością bliźniego mało kto się w życiu kieruje właśnie dlatego, że wymaga poświęcenia. Który Chrześcijanin zdejmie swój płaszcz i okryje nim bezdomnego, jak tego chciał Jezus. Albo pożyczając komuś pieniądze nie będzie oczekiwał ich zwrotu. Albo pogodzi się ze swym bratem. Nikt tego nie robi, bo ludzie boją się straty jak ognia. Dlatego, kiedy w bajce zając prosi przyjaciół o pomoc, odpowiadają "Niech ci ktoś inny pomoże." I dlatego u nas np. nie przyjmuje się uchodźców. Budzą całkiem słusznie lęk, ale też uważa się, że chcieliby żyć na nasz koszt.
Znałem ludzi, którzy podczas wojny ukrywali Żydów nie dla korzyści majątkowej lub jakiejkolwiek innej...lecz pod wpływem odruchu współczucia, choć groziła za to kara śmierci. Żyli w lęku takim samym jak potencjalne ofiary. Jeśli nie nazwiesz ich współczucia dobrocią, to jakim innym słowem chciałbyś je określić? ...Tak więc wydaje mi się, że jeśli chodzi o postawy moralne, wrażliwość i czyny płynące z poświęcenia to trudno je wszystkie interpretować w taki sam sposób.
OdpowiedzUsuńGniew to jedna z emocji, która w dłuższym czasie ma destrukcyjny wpływ na człowieka. Fajnie byłoby wyrzec się takich uczuć, ale też i swoją funkcję;)
OdpowiedzUsuńSpełnia funkcję mobilizującą i obronną, ale niszczy nas samych i innych. Dlatego nie należy się w nim zbytnio utwierdzać...
UsuńNa pewno nie jest...
OdpowiedzUsuń"Ludzie dobrzy, nie są tak dobrzy, a ludzie źli nie są tak źli, jak to się nam wydaje" - napisał Coleridge i mnie się też tak wydaje :-)