Wieczorna przechadzka cienia


       
      Cień przechodził przez mgłę
i nagle zauważył, że go już nie ma.  
Nie wiedział, czy ma iść dalej,  
skoro nie istnieje...Po wyjściu z
mgły mógł ponownie stać się 
widoczny, ale skoro już nie istniał...


     

          Często je spotykam tej jesieni i zimy. 
Mieszkają na jeziorku, które jest w pobliżu
mego domu.  Kiedyś pewnie odlecą...Ale 
przedtem będzie wiosna i pora lęgowa.
      Tej nocy, żeby zrobić im zdjęcie musiałem
uciec się do fortelu, ponieważ siedziały 
pogrążone w drzemce lub medytacji, co nie
przeszkadzało jednemu z nich wyskubywać
piórka.  Były dość daleko, a wrzuciłem do 
wody jeden grosz i to w sporej odległości od
nich.  Niemniej ten, który wyskubywał piórka,
usłyszał plusk, podniósł się i powoli przypłynął 
pod stromy w tym miejscu brzeg, a drugi 
podążył za nim.  
      Było dość zimno i nie zanurzywszy stóp
w wodę poszedłem dalej myśląc o tym, 
że minął jeszcze jeden dzień mojego życia... 
Ale ta para nie czuła się samotna w mroku
nocy, nie marzła i nie musiała suszyć sobie 
płetw.  Być może nie były całkiem 
beztroskie, trochę głodne, bo nie napełniły
sobie brzuszków.  Kiedy przeszedłem na drugą
stronę jeziorka przypłynęły tam...



      A tego młodego człowieka spotkałem na 
Facebooku.  Napiętnowano go jako szczególnie
okrutnego sadystę, który tropi borsuki w jamach,
szczuje na nie psy i patrzy jak je rozszarpują,
ale to mu nie wystarcza, więc dodatkowo katuje
zwierzę, zadając mu ból.
     Pod postem wymiana zdań, przypominająca
szczucie. Chętnie zadano by mu ból, jaki zadaje 
swym ofiarom:
     "Tępy wyraz twarzy..."
     "Psychopata..."
     Jest tego tak dużo, że nie ma nawet sensu
czytać. Przechodzę do wycinki drzew. Jest 
zdjęcie. Wycięto w pień cały park...Migają mi
przed oczami strona ze zdjęciami pomordowanych
na Wołyniu kobiet i dzieci leżących na trawie
i zdjęcie doktora Mengele. 
     Podobno po pracy lubił słuchać kołysanek, 
które grała mu jedna z więźniarek, dzięki czemu 
dożyła końca wojny. Siostrzenica Mahlera dopiero 
w obozie zrealizowała swe marzenia o byciu 
dyrygentem orkiestry i to w wieku ledwie 17 lat... 

    

          Pod domem spotykam też jak zawsze topole. 
To zdjęcie podobało się kilku osobom. Polubił
je też Masaaki, człowiek dość estetycznie 
subtelny.  Akio, który sam cudownie fotografował,
rozpłynął się niestety we mgle i nie wiem, czy 
żyje. Nie był już taki młody. Lubił zawsze moje
zdjęcia. Podróżował po Japonii uzbrojony w 
ciężki fotograficzny sprzęt i zawsze znalazł 
jakieś piękne górskie pustkowie. Jest jeszcze
poetka Rika, uprawiająca z powodzeniem jeden 
z najstarszych gatunków japońskiej poezji. 
Zawsze lubię zwroty grzecznościowe, jakimi
opatruje swoje komentarze i podziękowania.  
      Ale topole są smętne, zaświatowe, a nawet
żałobne. Taka jest ich symbolika. Podobno
rosną w podziemnym świecie lub odprowadzają
tam dusze zmarłych...I sporo osób ich nie lubi 
ze względu na cechy całkiem fizyczne. Piszą, 
że wyglądają zimą jak wyschnięte, poszarzałe 
miotły, a w ciepłej porze roku osypują się...
Topole są też wyniosłe,  nie każdy to lubi, są 
słabo ukorzenione, więc przewraca
je czasem podmuch wiatru lub przeszywa piorun. 
Już Herodot pisał, że niebo nie lubi tych, którzy 
się pysznią...
     Ja je lubię choćby dlatego, że niektóre 
znam od dzieciństwa. Rosną po drodze do 
mojej matki, którą odwiedzam cowieczornie.    
Kilka z nich od tego czasu ubyło. Tak więc
odprowadzają mnie, kiedy wychodzę z domu
i witają, kiedy po załatwieniu różnych spraw
lub spacerze, docieram do niej. 
    Wyniosłość ich mnie nie razi. To przecież
nie ich wina, że takie są...bliższe chmur niż
ziemi. (Uwielbiam też gawrony, ale napiszę
o nich może innym razem).
     A sąsiad mojej matki miał żonę-szczapę,
wysoką i płaską raczej, a do tego nieco 
jędzowatą i miał z nią troje dorodnych dzieci. 
Poznali się, kiedy odbywał służbę wojskową
w Słupsku i sprowadził ją do Warszawy.    
Harował potem przez całe życie, żeby 
zapewnić im utrzymanie. A kiedy nie miał
pracy, targał walizki na lotnisku Okęcie.
Dzieciom powodzi się dobrze, ale niezbyt go 
podobno lubią. Osobnik zwany przez nas 
Małpoludem, zrobił maturę, dostał pracę w 
sieci telefonów komórkowych i pobudował 
sobie dom. Córka skończyła ASP...
     Ale małżeństwo rozpadło się.  Każdy musi 
o tym wiedzieć, bo była żona, z którą facet 
mieszka, ma na wycieraczce napis: "To znowu 
Ty!" (oczywiście po angielsku). Po romansie z 
burmistrzem pewnej dzielnicy zorientowała 
się, że przybyło jej trochę lat. Podzielili się
też politycznie - ona ogląda tylko TVN, a on
TVP.
    Ale ten sąsiad to złoty człowiek. Odwiedza 
mamę często, pyta o zdrowie, załatwia różne 
sprawy i był u nas na każdej wigilii. W tym 
roku już nie, bo zapoznał "sympatię" na 
pogórzu i mieszka z nią.  
    Czuł się bardzo upokorzony, "siadło mu 
zdrowie" i dano mu odczuć, że jest 
niepożądany. Myślał więc już tylko o smętnym
końcu życia i wiecznej szczęśliwości w 
niebie. Podobno jest szczęśliwy. To zresztą 
widać, kiedy się zjawia. 
    Wysłuchuję zresztą mnóstwa podobnym
historii z życia różnych ludzi, przeważnie
tych, których już na tym świecie nie ma
i z ulgą myślę o egzystencji cienia. Ile
niezaprzeczalnej radości, a przede wszystkim
spokoju, daje czasem myśl, że wszystko na 
tym świecie przemija.
    Czym byłoby życie bez odrobiny plotek?  
Nie wydaje mi się, aby ktoś z moich 
czytelników mógł spotkać tego życzliwego 
człowieka. Ma może drobną wadę, którą
dzieli chyba z większością nas - chciałby,
żeby inni podzielali jego sympatie polityczne
i przekonania religijne.  Przesłuchał mnie 
nawet zeszłej zimy na tę okoliczność pod
pretekstem, że chciałby się douczyć z 
filozofii.
     Przygotowałem się z entuzjazmem do 
tej rozmowy ciesząc się dość naiwnie 
z jego nowych zainteresowań. Udało mi 
się też zręcznie uniknąć odpowiedzi, które 
mogłyby mnie w jego oczach pogrążyć 
jako potencjalnego oglądacza TVN. 
     Ale chyba nie ufał mi zbytnio, 
bo nie wytrzymał i zapytał mnie najpierw, 
czy wierzę w Boga religii katolickiej, 
a nie jakiegoś tam Boga, którego 
wymyślają filozofowie, a zaraz potem 
poniosło go i wyznał, że "kiedy patrzy 
na tą rudą małpę Ryżego, to chętnie 
by tego skurwysyna i folksdojcza 
udusił, ale przedtem torturował." 
     Pożaliłem się trochę matce, bo 
całą sytuację sprowokowała podczas
wigilii bratowa, zadając mi w
sposób dość zasadniczy pytanie, 
czy jestem katolikiem i gorsząc tym, 
że wolałbym na nie odpowiadać przy 
wigilijnym stole, ale chętnie odpowiem 
przy jakiejś dogodniejszej okazji.   
(Brat jako stary marksista po
kościelnym ślubie, siedział jak 
mysz pod miotłą).
    Jako doświadczona życiem 
nauczycielka podsumowała potem 
wigilię słowami o niezaprzeczalnym 
walorze dydaktycznym:
     "Podsumujmy nasz wieczór! 
No cóż, cieszę się, że spędziliśmy 
razem miły czas w rodzinnym gronie. 
Miło było, mamo! Mogłaby się mama
więcej uśmiechać. Rozumiem, że była 
mama trochę zmęczona. Przyjdę 
uporządkować mamy rzeczy. Trochę
się już uzbierało, co?...Ale ty, Nezumi,
musisz się nauczyć kochać ludzi!
To jest twoje zadanie." 
    Jakoś nie chciało mi się wchodzić 
w polemikę z jej nadzwyczajną 
życzliwością. Pochwaliłem ją jednak, 
zauważając, że po raz pierwszy widzę, 
żeby ktoś kończył wigilię podobnie 
udaną reasumpcją i przeprosiłem za to, 
że musi zaczekać na mą odpowiedź
na fundamentalne pytanie oraz 
nadmieniając, że próbowałem nawet 
coś odpowiedzieć, ale uznała mą 
odpowiedź za niedostateczną. 
      Jednak, kiedy sąsiad wyszedł z tej
lekcji filozofii, mama uspokoiła mnie:
"Wypytywał cię o to, czy wierzysz 
w prawdziwego Boga, czy w Krysznę,
bo jego sympatia z gór należy do ruchu 
Świadomości Kryszny." ;-)
     

      
    



 



 

       
 
      

    

      

Komentarze

  1. Przekonywanie i argumentacja schodzą na dalszy plan, bo każdy prawie, dzięki dobrodziejstwu tzw. demokracji uważa, że zna się na wszystkim, choć z reguły
    jest przez innych manipulowany i wierzy święcie, że tylko jego pogląd jest słuszny.

    Ma ten cień jakąś wolność, choć niby zależy od tego, kto go rzuca. Bywa nawet,
    że nie tylko znika, a potem pojawia się znowu, ale i podwaja i potraja.

    Siedzi tam człowiek, którego przyłapano na mordowaniu zwierząt w tak okrutny sposób i zawiadomiono o tym prokuraturę. Na miano myśliwego z pewnością nie zasługuje...Ale w necie jest też zdjęcie zamordowanego liska, który dopiero co się urodził, więc chyba jest jakiś problem z empatią w przypadku niektórych ludzi. mających dostęp do broni.

    OdpowiedzUsuń
  2. Co do tej strony już się wypowiadałem na Facebooku. Nie podoba mi się jej tytuł. Powinien być zupełnie inny. Ale wiarygodność jakaś jednak jest mimo takiego nastawienia, które wyraża tytuł. Na stronach o kotach też pokazuje się czasem zmasakrowane przez sadystów koty i szuka sprawcy. Nie wiem, czy powinno go się publicznie szczuć, ale dobrze, gdy takie sprawy trafiają do wymiaru sprawiedliwości, a ten ma świadomość, że nie może się do nich nie ustosunkować, bo zbyt wielu ludzi o nich wie i ma do tego emocjonalny stosunek. Jeśli ktoś napoił kota kwasem solnym, a potem obserwuje jak ten kwas wyżera mu dziurę w brzuszku, a kiedy wychodzą na wierzch wnętrzności (po kilkudziesięciu godzinach) porzuca na drodze i zwierzę jeszcze tam kona, to trudno się dziwić, że ludzie to fotografują, przeżywają i chcieliby dorwać skurwysyna. Ja akurat wyraźnie tutaj odcinam się nie od współczucia, ale od oburzenia...Nie wiem, czy widziałeś u mnie na stronie tych bydlaków, którzy zamordowali niedźwiedzia i ich miny, kiedy stoją z trupem pod rękę. Albo święconkę z głowami zabitych lisów, przystrojoną kwieciem, którą przyjmuje ksiądz. Bezmyślnemu zabijaniu trzeba się przeciwstawiać. Jeśli ktoś zabija zwierze w okresie lęgowym, powinien być ukarany. U nas prawo w ogóle nie działa. Nic dziwnego, że ludzie myślą w kategoriach linczu, ale jednak strony takie powodują, że taka sprawa może trafić do sądu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Oczywiście, jeśli walkę o coś prowadzi się w niewłaściwy sposób i pod mylącymi hasłami, to może stąd wynikać czasem więcej zła niż dobra.

    Jest też pewien inny aspekt, poza samym niezawinionym cierpieniem i faktem, że zabijanie zwierząt planuje się często z taką samą przesadą, jak wyrzynanie drzew i w większości wypadków wcale to nie jest konieczne. Jeśli najpierw rozmnaża się wilki, bo jest ich za mało, a potem okazuje się, że wilki z Polski wędrują aż w Pireneje i tam można je spotkać, a potem się je dziesiątkuje - to w obu wypadkach jest to bezmyślna ingerencja w naturę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Faktycznie zabrzmiala jak nauczycielka;)),

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiem o tym...I nie pochwalam tego, w jaki sposób ta strona działa z powodów, o których napisałeś. Ale tu chodzi o konkretne osoby, które środowisko myśliwych dość łatwo mogłoby wyeliminować, gdyby chciało.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty