Podróż przez kosmiczny ocean. Zapiski pewnego szlachcica z Kordoby.
16 stycznia 1666 r przypłynęliśmy na planetę Wenus.
Kapitan i trzech majtków poszło przeszukać okoliczne
jaskinie w poszukiwaniu diamentów. W jednej z nich
odnaleźli złotą salę, w której na centralnym miejscu
znajdował się posąg Bogini i jej syna Amora. Ale
ponieważ nie było tam diamentów wysadzili salę
prochem. Powiedziałem im, że w ten sposób ściągną
na siebie gniew bóstwa, ale wypili zbyt wiele rumu,
aby cokolwiek zrozumieć. Wróciliśmy na statek
i odpłynęliśmy w kierunku Marsa. Z oddali żegnaliśmy
zgliszcza świątyni i ogromną łunę. Kosmiczny ocean
był wzburzony, a rekiny i krokodyle wyskakiwały z
niego na wysokość kilku pięter. Ojciec Piu nakazał
kapitanowi oddać trzykrotnie mocz w głębię oceanu,
aby udobruchać bóstwo. Ten uczynił to i wody
natychmiast się uspokoiły, ale i odpłynęły i osiedliśmy
na mieliźnie. Zaczęła się cisza morska. Skończyły się
nam zapasy jedzenia i wody. W tym stanie rzeczy
kapitan podjął decyzję, że wszyscy oprócz niego,
będą ciągnąc losy i na kogo wypadnie, ten zostanie
skonsumowany przez towarzyszy niedoli. Ale Don
Diego, Hiszpan i znany matador, na którego wypadło,
stawił nieoczekiwany opór i zabił wszystkich poza
kapitanem i mną, i oczywiście Ojcem Piu, którego
obroniła Przenajświętsza Panienka. Ojciec Piu
znał się doskonale na mapie nieba i wydedukował,
że za 3 do 5 dni nastąpi przypływ. Jeśli do tego
czasu wytrzymamy, to możemy wstrzymać się z
konsumpcją. Potrzebną do przeżycia wodę
zaczerpnęliśmy z trzewi wieloryba, który utknął
na tej mieliźnie i padł z wyczerpania. A ponieważ
Don Diego był bardzo poraniony, Ojciec Piu,
który był też chirurgiem, postanowił puścić mu
krew i ukoić jego rany wrzącym olejem z wątroby
wieloryba. W wyniku tych uzdrawiających
zabiegów Don Pedro oddał duszę Bogu. Zjedliśmy
go, kiedy ostygł, bo wieloryb był tak zatruty ikrą,
że gdybyśmy napoczęli jego ścierwo, poszkodziłoby
nam zbyt mocno. Nie wiadomo jak skończyłaby
się nasza podróż, gdyby nie to, że o czwartej nad
ranem z kosmicznej mgły wynurzyli się Marsjanie.
Przypominali żaby, ale byli znacznie od nich
więksi, a ich kapitan miał 135 centymetrów wzrostu
i nadymał się z tego powodu wielce. Wygłosił do
nas krótką powitalną przemowę, a potem wypalił
z muszkietu. Ugościliśmy go rumem, po którym
tak się rozochocił, że zaczął przeszukiwać kajuty
w poszukiwaniu jakiejś Ziemianki, ale znalazł
tylko kościotrup Marii Luizy, przywiązany do
łóżka. Wyjaśniliśmy mu, że ta zacna kobieta
zaspokajała hucie wszystkich członków załogi
do chwili, kiedy zmarła na szkorbut. Ropuch
nałożył jej na czaszkę swój kapelusz z bażancim
piórkiem i przykazał Ojcu Piu modlić się za
jej duszę. A potem wszystkie żabie ludziki
wsiadły w pojazd kosmiczny i odleciały. Przedtem
jednak napompowały ocean wodą i mogliśmy
dalej popłynąć. Do Marsa było już całkiem
niedaleko i cała załoga, to jest kapitan, Ojciec
i ja, wpadła w euforię. Była tam bowiem z
pewnością woda pitna i coś do zjedzenia. Ale
Piu, nie wiem, czy z lenistwa, czy przez nieuwagę,
zapomniał się pomodlić i kiedy tam dobiliśmy,
marsjańscy urzędnicy nie wbili nam pieczęci
uprawniającej do zejścia na ląd. Pamiętam
tylko, że powitała nas tam girlanda tęcz, ale
powrót na kosmiczny ocean napawał nasze
dusze mrokiem. W dodatku plaga szczurów
spowodowała, że mieliśmy odgryzione nosy
i palce u rąk i nóg. Szkoda, że nie było ich
wcześniej, kiedy byliśmy głodni. Po prawdzie
nic od tamtego czasu nie zjedliśmy, ale kto
pamięta o głodzie przy schodzeniu na ląd.
Niedaleko pewnej gwiazdy, w nocy, kiedy
mgła była nieprzenikniona wtargnęły na
pokład i zatrzęsły nim jakieś olbrzymy.
Kapitan był przekonany, że to
przedpotopowe jaszczury, ale na szczęście
okazało się, że byli to tylko Giganci.
Choć wyniośli byli jak górskie szczyty,
okazali się dobroduszni jak dzieci, pozdrowili
nas od swej matki Gai, zabrali czaszkę Marii
Luizy i kapelusz i udali się w drogę powrotną
do Tartaru. Niestety Ojciec Piu nastąpił
na zardzewiały gwóźdź i wkrótce nas opuścił,
zachwycony, że na jego stopie pojawiły się
stygmaty. Pojedynkowałem się z kapitanem
i zadałem mu śmiertelny sztych, ale nie
miałem już siły uciąć mu dłoni, które
miałem zamiar przysmażyć, jak to się czyni
z łapkami kurczaka. Padłem na pokład
bez czucia i byłem przekonany, że chwile
mego życia są policzone. Ale wtedy zjawiła
się przede mną piękna niewiasta i powiedziała
miękkim jak jedwab głosem:
- Jestem różanopalca Wenus, narodziłam
się z morskiej piany, która wzburzyła się
po ucięciu genitaliów Uranosowi. Ty jeden
żałowałeś, że moja świątynia został skalana
i spłonęła. Chcę ci to wynagrodzić i popieszczę
cię jak jeszcze nigdy nie pieściła cię żadna
śmiertelna kobieta. -
Napomknąłem wprawdzie, że jestem głodny,
co być może sprawi, że nie poczuję całej
tej nieziemskiej rozkoszy, ale bogini puściła
to między uszy. Nie mogę nawet opisać
słowami mego szczęścia. Trwało ono
jednak niezmiernie krótko, bowiem
bogini przemieniła się nagle w meduzę i
ogarnąwszy mnie swą galaretowatą masą
parzyła parzydełkami, a potem porzuciła
w morską toń na pastwę ogromnej mątwy.
Boginie to istoty przewrotne i kapryśne,
a kiedy już nasycą swą żądzę, wpadają
często w gniew. Szczęściem uratowały mnie
dwie prześliczne syreny i pozostałbym pewnie
z nimi na zawsze, gdyby nie to, że
przypomniałem sobie, jak niegdyś Odys
przywiązał się do masztu i zatkał woskiem
uszy, aby uwolnić się od ich uwodzicielskiego
śpiewu. Gady widząc mą nieczułość
odpłynęły, ale zaatakował mnie przeogromny
krab. Resztę opowiem, kiedy powrócę
szczęśliwie na Ziemię...Jeśli przypadkiem
otworzyłeś tę butelkę po rumie, wpadła
ci w ręce całkiem ciekawa opowieść.
Kapitan i trzech majtków poszło przeszukać okoliczne
jaskinie w poszukiwaniu diamentów. W jednej z nich
odnaleźli złotą salę, w której na centralnym miejscu
znajdował się posąg Bogini i jej syna Amora. Ale
ponieważ nie było tam diamentów wysadzili salę
prochem. Powiedziałem im, że w ten sposób ściągną
na siebie gniew bóstwa, ale wypili zbyt wiele rumu,
aby cokolwiek zrozumieć. Wróciliśmy na statek
i odpłynęliśmy w kierunku Marsa. Z oddali żegnaliśmy
zgliszcza świątyni i ogromną łunę. Kosmiczny ocean
był wzburzony, a rekiny i krokodyle wyskakiwały z
niego na wysokość kilku pięter. Ojciec Piu nakazał
kapitanowi oddać trzykrotnie mocz w głębię oceanu,
aby udobruchać bóstwo. Ten uczynił to i wody
natychmiast się uspokoiły, ale i odpłynęły i osiedliśmy
na mieliźnie. Zaczęła się cisza morska. Skończyły się
nam zapasy jedzenia i wody. W tym stanie rzeczy
kapitan podjął decyzję, że wszyscy oprócz niego,
będą ciągnąc losy i na kogo wypadnie, ten zostanie
skonsumowany przez towarzyszy niedoli. Ale Don
Diego, Hiszpan i znany matador, na którego wypadło,
stawił nieoczekiwany opór i zabił wszystkich poza
kapitanem i mną, i oczywiście Ojcem Piu, którego
obroniła Przenajświętsza Panienka. Ojciec Piu
znał się doskonale na mapie nieba i wydedukował,
że za 3 do 5 dni nastąpi przypływ. Jeśli do tego
czasu wytrzymamy, to możemy wstrzymać się z
konsumpcją. Potrzebną do przeżycia wodę
zaczerpnęliśmy z trzewi wieloryba, który utknął
na tej mieliźnie i padł z wyczerpania. A ponieważ
Don Diego był bardzo poraniony, Ojciec Piu,
który był też chirurgiem, postanowił puścić mu
krew i ukoić jego rany wrzącym olejem z wątroby
wieloryba. W wyniku tych uzdrawiających
zabiegów Don Pedro oddał duszę Bogu. Zjedliśmy
go, kiedy ostygł, bo wieloryb był tak zatruty ikrą,
że gdybyśmy napoczęli jego ścierwo, poszkodziłoby
nam zbyt mocno. Nie wiadomo jak skończyłaby
się nasza podróż, gdyby nie to, że o czwartej nad
ranem z kosmicznej mgły wynurzyli się Marsjanie.
Przypominali żaby, ale byli znacznie od nich
więksi, a ich kapitan miał 135 centymetrów wzrostu
i nadymał się z tego powodu wielce. Wygłosił do
nas krótką powitalną przemowę, a potem wypalił
z muszkietu. Ugościliśmy go rumem, po którym
tak się rozochocił, że zaczął przeszukiwać kajuty
w poszukiwaniu jakiejś Ziemianki, ale znalazł
tylko kościotrup Marii Luizy, przywiązany do
łóżka. Wyjaśniliśmy mu, że ta zacna kobieta
zaspokajała hucie wszystkich członków załogi
do chwili, kiedy zmarła na szkorbut. Ropuch
nałożył jej na czaszkę swój kapelusz z bażancim
piórkiem i przykazał Ojcu Piu modlić się za
jej duszę. A potem wszystkie żabie ludziki
wsiadły w pojazd kosmiczny i odleciały. Przedtem
jednak napompowały ocean wodą i mogliśmy
dalej popłynąć. Do Marsa było już całkiem
niedaleko i cała załoga, to jest kapitan, Ojciec
i ja, wpadła w euforię. Była tam bowiem z
pewnością woda pitna i coś do zjedzenia. Ale
Piu, nie wiem, czy z lenistwa, czy przez nieuwagę,
zapomniał się pomodlić i kiedy tam dobiliśmy,
marsjańscy urzędnicy nie wbili nam pieczęci
uprawniającej do zejścia na ląd. Pamiętam
tylko, że powitała nas tam girlanda tęcz, ale
powrót na kosmiczny ocean napawał nasze
dusze mrokiem. W dodatku plaga szczurów
spowodowała, że mieliśmy odgryzione nosy
i palce u rąk i nóg. Szkoda, że nie było ich
wcześniej, kiedy byliśmy głodni. Po prawdzie
nic od tamtego czasu nie zjedliśmy, ale kto
pamięta o głodzie przy schodzeniu na ląd.
Niedaleko pewnej gwiazdy, w nocy, kiedy
mgła była nieprzenikniona wtargnęły na
pokład i zatrzęsły nim jakieś olbrzymy.
Kapitan był przekonany, że to
przedpotopowe jaszczury, ale na szczęście
okazało się, że byli to tylko Giganci.
Choć wyniośli byli jak górskie szczyty,
okazali się dobroduszni jak dzieci, pozdrowili
nas od swej matki Gai, zabrali czaszkę Marii
Luizy i kapelusz i udali się w drogę powrotną
do Tartaru. Niestety Ojciec Piu nastąpił
na zardzewiały gwóźdź i wkrótce nas opuścił,
zachwycony, że na jego stopie pojawiły się
stygmaty. Pojedynkowałem się z kapitanem
i zadałem mu śmiertelny sztych, ale nie
miałem już siły uciąć mu dłoni, które
miałem zamiar przysmażyć, jak to się czyni
z łapkami kurczaka. Padłem na pokład
bez czucia i byłem przekonany, że chwile
mego życia są policzone. Ale wtedy zjawiła
się przede mną piękna niewiasta i powiedziała
miękkim jak jedwab głosem:
- Jestem różanopalca Wenus, narodziłam
się z morskiej piany, która wzburzyła się
po ucięciu genitaliów Uranosowi. Ty jeden
żałowałeś, że moja świątynia został skalana
i spłonęła. Chcę ci to wynagrodzić i popieszczę
cię jak jeszcze nigdy nie pieściła cię żadna
śmiertelna kobieta. -
Napomknąłem wprawdzie, że jestem głodny,
co być może sprawi, że nie poczuję całej
tej nieziemskiej rozkoszy, ale bogini puściła
to między uszy. Nie mogę nawet opisać
słowami mego szczęścia. Trwało ono
jednak niezmiernie krótko, bowiem
bogini przemieniła się nagle w meduzę i
ogarnąwszy mnie swą galaretowatą masą
parzyła parzydełkami, a potem porzuciła
w morską toń na pastwę ogromnej mątwy.
Boginie to istoty przewrotne i kapryśne,
a kiedy już nasycą swą żądzę, wpadają
często w gniew. Szczęściem uratowały mnie
dwie prześliczne syreny i pozostałbym pewnie
z nimi na zawsze, gdyby nie to, że
przypomniałem sobie, jak niegdyś Odys
przywiązał się do masztu i zatkał woskiem
uszy, aby uwolnić się od ich uwodzicielskiego
śpiewu. Gady widząc mą nieczułość
odpłynęły, ale zaatakował mnie przeogromny
krab. Resztę opowiem, kiedy powrócę
szczęśliwie na Ziemię...Jeśli przypadkiem
otworzyłeś tę butelkę po rumie, wpadła
ci w ręce całkiem ciekawa opowieść.


No tak...Życie jest pełne niespodzianek, a co dopiero podróże ;-)
OdpowiedzUsuńAleż tu się dzieje! Istna fantasmagoria. Nie podejrzewałam Cię,
OdpowiedzUsuńNazumi o tak wyrafinowany humor :)
Mam nadzieję, że czujesz się już znacznie lepiej. Dużo zdrowia!
Pozdrawiam serdecznie
Dziękuję Lutano :-)) ...Trochę lepiej. Pisałem już podobne teksty w przeszłości, ale w całej masie pewnie utonęły. Pozdrawiam Cię najserdeczniej...
UsuńOjciec Piu i oddawanie moczu;))))
OdpowiedzUsuńNezumi, z sacrum nie można żartować.
OdpowiedzUsuńIronicznie nazywam siebie moherem, chociaż nim nie jestem. Tym niemniej, napisałam to co odczuwam. Mam nadzieję, że się nie gniewasz.
OdpowiedzUsuńWiem, dla Ciebie to sacrum nie jest...
OdpowiedzUsuńNie gniewam się. Na moim wykładzie o religiach uczyłem studentów szacunku dla wartości sacrum. Myślę, że jak malo kto rozumiem przeżycia mistyczne. Żartuję z czegoś innego. W tej historycznej scenerii ludzie, różne rzezimieszki, czy inne kreatury, wykorzystują rzekomą wiarę i autorytet religii dla celów raczej niecnych, a z pewnością utylitarnych. Robili tak konkwistadoorzy zabijając Idian dla złota i wełny.
OdpowiedzUsuńTak było, niestety... Ale... no ok 🤐
Usuń