Cmentarna klamka
Jedno opowiadanie o tym tytule
już istnieje i kiedyś umieściłem je
na Bloxie. Nie pamiętam go, więc
postanowiłem napisać je zupełnie
od nowa. W pewnym okresie mego
życia sporą jego część spędzałem
z najbliższą osobą na londyńskich
cmentarzach, sławnych jak Highgate
Cemetery i mało komukolwiek
znanych i do tamtych dni nawiązuje
moja krótka opowieść.
....................................................
Wyszliśmy z domu późnym popołudniem,
ponieważ B. niezbyt dobrze się czuła, a ja wstałem
dopiero przed pierwszą.
W pierwszej chwili chciała, żebyśmy
pojechali na Soho, jednak ciągnęło ją do parku.
Wypiliśmy herbatę w Kenwood House, pięknej
siedzibie Lorda Mansfielda, znanej też z tego, że
wiszą tam na ścianie słynny autoportret Rembrandta
i "Młoda kobieta z gitarą" Vermeera, ale sierpniowe
dni są długie, a zapowiadał się ciepły wieczór.
- To może pojedźmy na ten cmentarz, który chciałam
ci pokazać. -
Zgodziłem się. W końcu jednak zamiast jechać
poszliśmy tam i dotarliśmy już po zmierzchu.
Usiedliśmy na kamiennym murku, B. wyjęła z
mojej torby kanapki i termos z herbatą i
urządziliśmy sobie piknik. Robiło się coraz
ciemniej.
Cmentarz był nieco zapuszczony i zdewastowany,
i nie było na nim żywego ducha, jednak w
kaplicy działo się coś tajemniczego. Postanowiliśmy
tam zajrzeć, ale okazało się, że ktoś gra tam na dość
archaicznie brzmiących organach. Wyglądało na to,
że jego gra była rejestrowana i musieliśmy się
stamtąd wycofać.
Szliśmy przez jakiś czas ścieżkami raczej niż
alejkami, przy których chyliły się ku ziemi
starodawne nagrobki. Rozmowa stawała się nieco
senna, ale w pewnej chwili naszą uwagę przyciągnął
okazały grobowiec w kształcie egipskiej piramidy.
Mógł mieć ze dwieście lat. Był nieco zarośnięty, ale
gdyby mieć klucz, to można byłoby do niego wejść.
Odruchowo nacisnąłem na przerdzewiałą klamkę,
a ta odpadła. I nie wiem dlaczego oboje pomyśleliśmy,
że musimy ją ze sobą zabrać, ale jednocześnie
niepokoiło nas to trochę. B. włożyła klamkę do
torebki i przez pewien czas jeszcze przechadzaliśmy
się po cmentarzu.
Bardzo lubiłem ten niewielki obrazek Vermeera.
Był naprawdę uroczy. Dziewczyna jest na nim pełna
wdzięku, a malutka barokowa gitara przywodzi
na myśl muzykę hiszpańskich kompozytorów
i Purcella. Miałem okazję widzieć go prawie
codziennie, bo to było ulubione miejsce naszych
spacerów, szczególnie wtedy, kiedy pogrążeni w
melancholii, nie mieliśmy ochoty przeciskać się
w podekscytowanym tłumie ludzi wszystkich
kultur i ras. Herbata nie była tam droga, a
możliwość jej wypicia podczas spaceru
mobilizowała nas do tego, aby wyruszyć z domu.
Lord Mansfield miał cudowną bibliotekę, a w
muzeum były wystawy starej biżuterii. Jednak
często nie chciało nam się nawet tamtędy przejść
i kończyło się na herbatce.
Byliśmy chyba dość nietypową parą. Dzieliły
nas od siebie przez część roku 1444 km, a potem
spotykaliśmy się na długie miesiące, spędzając
razem czas w Londynie albo w Warszawie, która
jest stolicą Polski. Polska to już Europa
Wschodnia i dlatego, kiedy się odzywaliśmy
brano nas często za Ukraińców, ale najczęściej
za przybyszy z Europy Wschodniej, podkreślając
jednak uprzejmie, że jesteśmy ubrani i
zachowujemy się jak Anglicy. B. mieszkała tam
od dawna i miała podwójne obywatelstwo.
Skończyła w Londynie filologię angielską, była
bardzo dobrą studentką, ale jej życie układało
się potem różnie. Jej pasją było fotografowanie
i wszędzie, gdzie tylko było można robiła zdjęcia,
doskonaląc swe umiejętności w jakimś koledżu.
Zanim ją poznałem rzadko bywała trzeźwa, ale
potem to się zmieniło. Przez pewien czas
pracowała z przyjaciółką jako kelnerka w Soho,
ale dziewczynę zamordowano.
Powrót z cmentarza przedłużał się, bo znowu
nie chciało nam się wsiadać w autobus i w domu
byliśmy przed pierwszą, a może o wpół do drugiej.
Zjedliśmy coś i dla relaksu obejrzeliśmy w łóżku
jakiś film Hitchcocka, a potem poszedłem do
siebie na górę. (Mieszkanie było piętrowe).
A ponieważ B. podczas oglądania filmu
napomknęła, że jest o mnie zazdrosna i mogłaby
mnie zamordować, co mogło, ale nie musiało być
wcale żartem, zabarykadowałem się ciężkim,
drewnianym krzesłem, które ustawiłem tak, aby
nie można było otworzyć drzwi. Schody co prawda
mocno skrzypiały, ale wolałem dmuchać na zimne.
Przedziwny był ten mój pokój. B. zanim mnie
poznała była w strasznej depresji i pomalowała
ściany, szafę i sufit na czarno, a okno zakleiła
czarnym kartonem i taśmą. I tak już zostało.
Wcześniej już raz się tam zabarykadowałem,
kiedy słuchała japońskiej pieśni o dziewczynie,
która zaskoczyła kochanka podczas snu i ucięła
mu w miłosnym szale przyrodzenie. A ponieważ
słuchała tego wielokrotnie przez cały dzień
nabrałem podejrzenia, że nieco się rozmarzyła.
B. zachowywała się czasem w sposób dość
zagadkowy, co miało swoje poważne
uwarunkowania, ale cierpiała jedynie na
depresję. Mimo to doświadczenie nauczyło
mnie być ostrożnym.
Uroda B. była niemała, co ściągało na nią
uwagę dość dziwnych czasem ludzi, ale nie
wchodziła z nimi w bliższe relacje. Jej najbliższa
przyjaciółka Hiszpanka, była osobą wolną do
tego stopnia, że w dzień po urodzeniu synka
wybrała się z dzieciątkiem i parterem w
wielotygodniową podróż autostopem. Zabrali
ze sobą gitarę. I wtedy właśnie ich nie było, a
B. i ja podlewaliśmy krzaczki marihuany w
ich domowym ogródku.
Gdzieś po czwartej rano usłyszałem
gwałtowny łoskot, krzesło przewróciło się
i ktoś wtargnął do pokoju. Przeżyłem chwile
grozy. Ale kiedy otworzyłem oczy zobaczyłem
na stole jej ogromnego czarnego kota, którego
uwielbiałem. Bestia patrzyła na mnie swymi
świecącymi w mroku ślepiami. Roześmiałem
się i postanowiłem uchylić okno, żeby nie czuć
się zbyt klaustrofobicznie. Wtuliłem się w
poduszkę z radosną myślą, że pewnie pośpię
sobie do dwunastej w południe.
Ale około piątej usłyszałem głośne
wołanie B. Kiedy zjawiłem się w jej sypialni,
poprosiła, żebym dokładnie sprawdził,
czy drzwi są zamknięte (wchodziło się nimi
prosto z dworu) i czy ktoś nie chodzi po
domu. Zajęło mi to chwilę czasu, ponieważ
musiałem też zajrzeć do szaf. B. chciała,
żebym został z nią do rana, ponieważ jest
przekonana, że w mieszkaniu ktoś jest.
Teoretycznie ktoś mógł też wejść przez okno
balkonowe od strony ogrodu, bo mieszkanie
było na parterze. Po jakimś czasie udało
mi się zasnąć, ale B. zaczęła przez sen
przeraźliwie krzyczeć i po obudzeniu się
z koszmaru błagała mnie, żebym jeszcze raz
sprawdził, czy jesteśmy sami.
Jednak rano zaczęło się nowe życie.
Podjedliśmy trochę, słuchaliśmy koncertów
Mozarta i planowaliśmy kolejne wyjście
z domu. Jak zwykle rano zadzwonił
telefon i jakiś zboczeniec dyszał w słuchawkę.
Jednym słowem wszystko przebiegało
normalnie. I dopiero w okolicach British
Museum B. zaniepokoiła się.
- Słuchaj, ty nie brałeś ode mnie tej
klamki? -
Nie miała jej w torebce, a z całą pewnością
jej stamtąd nie wyjmowała. Ale zapomnieliśmy
o tym szybko i szaleliśmy trochę w nocy w
parku niedaleko pałacu Buckingham.
Ja miałem udawać wampira - co wymagało
odpowiedniej charakteryzacji - a B. robiła
mi sesję zdjęciową. Musiało to wyglądać
dość sugestywnie, a może nawet nieco upiornie,
bo B. uwielbiała Nosferatu Murnau' a, ale w
którymś momencie podjechał do nas na chwilę
patrol bobbies.
I dopiero w metrze przypomnieliśmy sobie
o klamce.
- Może powinniśmy ją odnieść na cmentarz? -
spytałem.
- Obawiam się, że ktoś ją sobie w nocy
wziął. - powiedziała B.
Kiedy się szło przez wzgórza parku Hampstead
Heath, można było zobaczyć w górze srebrne
samolociki. Jednym z nich miałem wracać
do Polski, a B. miała tam przyjechać po dwóch
miesiącach. Nigdy nie było jednak pewne, czy
coś nie pokrzyżuje naszych planów, co sprawiało,
że końcówka pobytu bywała pełna melancholii.
B. zresztą nie lubiła rozstań i w dniu odlotu
obudziłem się w łóżku skrępowany, a ona
spytała, czy nie mógłbym jeszcze trochę zostać,
bo i tak na samolot się spóźnimy. Niekoniecznie
lubiłem takie sytuacje...
Wróciłem do Warszawy, do swoich spraw
i życia kontaktując się z nią tylko przez telefon,
ale podczas jednej z rozmów usłyszałem:
- On znowu był u mnie w nocy. Pamiętasz... -
Zacząłem jej tłumaczyć, że jeśli zabrał klamkę,
to nie miał już po co wracać.
- Ale ja mam tę klamkę. Znalazłam ją rano
w torebce. -
Szkoda, że nie wiedzieliśmy, kim był
mieszkaniec piramidy. Zapewne był to jakiś
bogaty mieszczanin, który zgodnie ze snobistycznym
zwyczajem chciał sobie zapewnić stylową siedzibę
po śmierci.
- Na tej klamce jest krew! - powiedziała z
przerażeniem B.
- Może trzeba to zgłosić na policję? - spytałem.
Jednak moja sympatia miała inny pomysł.
Poczuje się bezpieczna, kiedy wsiądzie w samolot
i przyleci do mnie, a mieszkanie wynajmie jakiejś
studentce. Niestety, przez nieuwagę, czy z innego
jakiegoś powodu, przywiozła ze sobą cmentarną
klamkę. Z wprawą godną Holmesa przyjrzałem
się jej uważnie i rzeczywiście były na niej ślady
krwi.
Do dziś nie wiem, gdzie jest Jej grób...
już istnieje i kiedyś umieściłem je
na Bloxie. Nie pamiętam go, więc
postanowiłem napisać je zupełnie
od nowa. W pewnym okresie mego
życia sporą jego część spędzałem
z najbliższą osobą na londyńskich
cmentarzach, sławnych jak Highgate
Cemetery i mało komukolwiek
znanych i do tamtych dni nawiązuje
moja krótka opowieść.
....................................................
Wyszliśmy z domu późnym popołudniem,
ponieważ B. niezbyt dobrze się czuła, a ja wstałem
dopiero przed pierwszą.
W pierwszej chwili chciała, żebyśmy
pojechali na Soho, jednak ciągnęło ją do parku.
Wypiliśmy herbatę w Kenwood House, pięknej
siedzibie Lorda Mansfielda, znanej też z tego, że
wiszą tam na ścianie słynny autoportret Rembrandta
i "Młoda kobieta z gitarą" Vermeera, ale sierpniowe
dni są długie, a zapowiadał się ciepły wieczór.
- To może pojedźmy na ten cmentarz, który chciałam
ci pokazać. -
Zgodziłem się. W końcu jednak zamiast jechać
poszliśmy tam i dotarliśmy już po zmierzchu.
Usiedliśmy na kamiennym murku, B. wyjęła z
mojej torby kanapki i termos z herbatą i
urządziliśmy sobie piknik. Robiło się coraz
ciemniej.
Cmentarz był nieco zapuszczony i zdewastowany,
i nie było na nim żywego ducha, jednak w
kaplicy działo się coś tajemniczego. Postanowiliśmy
tam zajrzeć, ale okazało się, że ktoś gra tam na dość
archaicznie brzmiących organach. Wyglądało na to,
że jego gra była rejestrowana i musieliśmy się
stamtąd wycofać.
Szliśmy przez jakiś czas ścieżkami raczej niż
alejkami, przy których chyliły się ku ziemi
starodawne nagrobki. Rozmowa stawała się nieco
senna, ale w pewnej chwili naszą uwagę przyciągnął
okazały grobowiec w kształcie egipskiej piramidy.
Mógł mieć ze dwieście lat. Był nieco zarośnięty, ale
gdyby mieć klucz, to można byłoby do niego wejść.
Odruchowo nacisnąłem na przerdzewiałą klamkę,
a ta odpadła. I nie wiem dlaczego oboje pomyśleliśmy,
że musimy ją ze sobą zabrać, ale jednocześnie
niepokoiło nas to trochę. B. włożyła klamkę do
torebki i przez pewien czas jeszcze przechadzaliśmy
się po cmentarzu.
Bardzo lubiłem ten niewielki obrazek Vermeera.
Był naprawdę uroczy. Dziewczyna jest na nim pełna
wdzięku, a malutka barokowa gitara przywodzi
na myśl muzykę hiszpańskich kompozytorów
i Purcella. Miałem okazję widzieć go prawie
codziennie, bo to było ulubione miejsce naszych
spacerów, szczególnie wtedy, kiedy pogrążeni w
melancholii, nie mieliśmy ochoty przeciskać się
w podekscytowanym tłumie ludzi wszystkich
kultur i ras. Herbata nie była tam droga, a
możliwość jej wypicia podczas spaceru
mobilizowała nas do tego, aby wyruszyć z domu.
Lord Mansfield miał cudowną bibliotekę, a w
muzeum były wystawy starej biżuterii. Jednak
często nie chciało nam się nawet tamtędy przejść
i kończyło się na herbatce.
Byliśmy chyba dość nietypową parą. Dzieliły
nas od siebie przez część roku 1444 km, a potem
spotykaliśmy się na długie miesiące, spędzając
razem czas w Londynie albo w Warszawie, która
jest stolicą Polski. Polska to już Europa
Wschodnia i dlatego, kiedy się odzywaliśmy
brano nas często za Ukraińców, ale najczęściej
za przybyszy z Europy Wschodniej, podkreślając
jednak uprzejmie, że jesteśmy ubrani i
zachowujemy się jak Anglicy. B. mieszkała tam
od dawna i miała podwójne obywatelstwo.
Skończyła w Londynie filologię angielską, była
bardzo dobrą studentką, ale jej życie układało
się potem różnie. Jej pasją było fotografowanie
i wszędzie, gdzie tylko było można robiła zdjęcia,
doskonaląc swe umiejętności w jakimś koledżu.
Zanim ją poznałem rzadko bywała trzeźwa, ale
potem to się zmieniło. Przez pewien czas
pracowała z przyjaciółką jako kelnerka w Soho,
ale dziewczynę zamordowano.
Powrót z cmentarza przedłużał się, bo znowu
nie chciało nam się wsiadać w autobus i w domu
byliśmy przed pierwszą, a może o wpół do drugiej.
Zjedliśmy coś i dla relaksu obejrzeliśmy w łóżku
jakiś film Hitchcocka, a potem poszedłem do
siebie na górę. (Mieszkanie było piętrowe).
A ponieważ B. podczas oglądania filmu
napomknęła, że jest o mnie zazdrosna i mogłaby
mnie zamordować, co mogło, ale nie musiało być
wcale żartem, zabarykadowałem się ciężkim,
drewnianym krzesłem, które ustawiłem tak, aby
nie można było otworzyć drzwi. Schody co prawda
mocno skrzypiały, ale wolałem dmuchać na zimne.
Przedziwny był ten mój pokój. B. zanim mnie
poznała była w strasznej depresji i pomalowała
ściany, szafę i sufit na czarno, a okno zakleiła
czarnym kartonem i taśmą. I tak już zostało.
Wcześniej już raz się tam zabarykadowałem,
kiedy słuchała japońskiej pieśni o dziewczynie,
która zaskoczyła kochanka podczas snu i ucięła
mu w miłosnym szale przyrodzenie. A ponieważ
słuchała tego wielokrotnie przez cały dzień
nabrałem podejrzenia, że nieco się rozmarzyła.
B. zachowywała się czasem w sposób dość
zagadkowy, co miało swoje poważne
uwarunkowania, ale cierpiała jedynie na
depresję. Mimo to doświadczenie nauczyło
mnie być ostrożnym.
Uroda B. była niemała, co ściągało na nią
uwagę dość dziwnych czasem ludzi, ale nie
wchodziła z nimi w bliższe relacje. Jej najbliższa
przyjaciółka Hiszpanka, była osobą wolną do
tego stopnia, że w dzień po urodzeniu synka
wybrała się z dzieciątkiem i parterem w
wielotygodniową podróż autostopem. Zabrali
ze sobą gitarę. I wtedy właśnie ich nie było, a
B. i ja podlewaliśmy krzaczki marihuany w
ich domowym ogródku.
Gdzieś po czwartej rano usłyszałem
gwałtowny łoskot, krzesło przewróciło się
i ktoś wtargnął do pokoju. Przeżyłem chwile
grozy. Ale kiedy otworzyłem oczy zobaczyłem
na stole jej ogromnego czarnego kota, którego
uwielbiałem. Bestia patrzyła na mnie swymi
świecącymi w mroku ślepiami. Roześmiałem
się i postanowiłem uchylić okno, żeby nie czuć
się zbyt klaustrofobicznie. Wtuliłem się w
poduszkę z radosną myślą, że pewnie pośpię
sobie do dwunastej w południe.
Ale około piątej usłyszałem głośne
wołanie B. Kiedy zjawiłem się w jej sypialni,
poprosiła, żebym dokładnie sprawdził,
czy drzwi są zamknięte (wchodziło się nimi
prosto z dworu) i czy ktoś nie chodzi po
domu. Zajęło mi to chwilę czasu, ponieważ
musiałem też zajrzeć do szaf. B. chciała,
żebym został z nią do rana, ponieważ jest
przekonana, że w mieszkaniu ktoś jest.
Teoretycznie ktoś mógł też wejść przez okno
balkonowe od strony ogrodu, bo mieszkanie
było na parterze. Po jakimś czasie udało
mi się zasnąć, ale B. zaczęła przez sen
przeraźliwie krzyczeć i po obudzeniu się
z koszmaru błagała mnie, żebym jeszcze raz
sprawdził, czy jesteśmy sami.
Jednak rano zaczęło się nowe życie.
Podjedliśmy trochę, słuchaliśmy koncertów
Mozarta i planowaliśmy kolejne wyjście
z domu. Jak zwykle rano zadzwonił
telefon i jakiś zboczeniec dyszał w słuchawkę.
Jednym słowem wszystko przebiegało
normalnie. I dopiero w okolicach British
Museum B. zaniepokoiła się.
- Słuchaj, ty nie brałeś ode mnie tej
klamki? -
Nie miała jej w torebce, a z całą pewnością
jej stamtąd nie wyjmowała. Ale zapomnieliśmy
o tym szybko i szaleliśmy trochę w nocy w
parku niedaleko pałacu Buckingham.
Ja miałem udawać wampira - co wymagało
odpowiedniej charakteryzacji - a B. robiła
mi sesję zdjęciową. Musiało to wyglądać
dość sugestywnie, a może nawet nieco upiornie,
bo B. uwielbiała Nosferatu Murnau' a, ale w
którymś momencie podjechał do nas na chwilę
patrol bobbies.
I dopiero w metrze przypomnieliśmy sobie
o klamce.
- Może powinniśmy ją odnieść na cmentarz? -
spytałem.
- Obawiam się, że ktoś ją sobie w nocy
wziął. - powiedziała B.
Kiedy się szło przez wzgórza parku Hampstead
Heath, można było zobaczyć w górze srebrne
samolociki. Jednym z nich miałem wracać
do Polski, a B. miała tam przyjechać po dwóch
miesiącach. Nigdy nie było jednak pewne, czy
coś nie pokrzyżuje naszych planów, co sprawiało,
że końcówka pobytu bywała pełna melancholii.
B. zresztą nie lubiła rozstań i w dniu odlotu
obudziłem się w łóżku skrępowany, a ona
spytała, czy nie mógłbym jeszcze trochę zostać,
bo i tak na samolot się spóźnimy. Niekoniecznie
lubiłem takie sytuacje...
Wróciłem do Warszawy, do swoich spraw
i życia kontaktując się z nią tylko przez telefon,
ale podczas jednej z rozmów usłyszałem:
- On znowu był u mnie w nocy. Pamiętasz... -
Zacząłem jej tłumaczyć, że jeśli zabrał klamkę,
to nie miał już po co wracać.
- Ale ja mam tę klamkę. Znalazłam ją rano
w torebce. -
Szkoda, że nie wiedzieliśmy, kim był
mieszkaniec piramidy. Zapewne był to jakiś
bogaty mieszczanin, który zgodnie ze snobistycznym
zwyczajem chciał sobie zapewnić stylową siedzibę
po śmierci.
- Na tej klamce jest krew! - powiedziała z
przerażeniem B.
- Może trzeba to zgłosić na policję? - spytałem.
Jednak moja sympatia miała inny pomysł.
Poczuje się bezpieczna, kiedy wsiądzie w samolot
i przyleci do mnie, a mieszkanie wynajmie jakiejś
studentce. Niestety, przez nieuwagę, czy z innego
jakiegoś powodu, przywiozła ze sobą cmentarną
klamkę. Z wprawą godną Holmesa przyjrzałem
się jej uważnie i rzeczywiście były na niej ślady
krwi.
Do dziś nie wiem, gdzie jest Jej grób...


czyta sie Twoje historie z zycia z zapartym tchem
OdpowiedzUsuńDziękuję...Choć wielu jednak opowiedzieć tu nie mogę. :-)
UsuńNazumi.
OdpowiedzUsuńNiezaleznie od sytuacji nie zabiera się z cmentarzy niczego, poza tym co w ostatniej woli zyczy sobie ktos zmarły.
Nie ma znaczenia czy to opowiadanie by przerazic kogos, fragment ogrodzenia, czy kwiat który pieknie wyglada na grobie osoby nierealnie wygladającej na fotografii na postumiencie.
Z UK zabieralem za to nasiona roslin. Owocniki drzew, albo wspomnienie celtyckich mogil.
Tam czas ma inna wartość. Nie ma pospiechu. Brak wycinania krzewów poza tymi ktore moga się połamać i poranić . Wiekowe dęby dogorywają tworząc miejsca dla innych mieszkancow ekosystemów. Mech porasta wokół. Spokój jest niezwykle cenny.
Zauwazylem ze wiekszosc ludzi obawia się kogos kto ceni metafizykę miejsc szczegolnych.
Masz przed sobą trudny wybór.
Czy być nudnym wykładowcą.
Cenionym blogerem?
czy za 25 lat odbierać nominację Noblowską (?)
albo zwyczajnie szybko umierac.
Mnie na szczęście ludzie nudne zaszczyty kompletnie nie interesują.
miast ps.
( | https://www.youtube.com/watch?v=lKceHnMhwgQ | )
Nie zabiera się (a przynajmniej nie powinno) ...Ale czasem się zabiera. Trudno oprzeć się pokusie...i potem są takie skutki. :-)
UsuńMoże z wyjątkiem opowieści, bo te nie są niczyją własnością i nie służą jedynie przerażeniu kogokolwiek, jeśli się je uważnie czyta. (To, o czym nie można mówić, zostało w nich przemilczane i jest o wiele bardziej dramatyczne).
Co do dylematu - to praktyczne on nie istnieje. Nudnym wykładowcą nigdy nie byłem. Na jeden z moich nieobowiązkowych wykładów (do wyboru z innymi) przyszło dwa razy więcej osób niż mogło zmieścić się w sali, a zdarza się, że ktoś nazywa mnie najlepszym wykładowcą w studenckiej ankiecie. Zaraz mnie zresztą tego wykładu pozbawiono. ;-)
Cenionym blogerem już byłem.
Do Nagrody nie tylko Nobla, ale jakiejkolwiek nie aspiruję. Nie publikuję nawet swoich utworów, choć może byłoby to z korzyścią dla literatury.
A umrzeć mogę nawet jutro...Więc może nie ma co tego przyśpieszać. Ale zastanowię się.
Zaszczytów nie pragnę, bo życie moje mogło wyglądać zupełnie inaczej, gdybym
ich pożądał. Chciałbym może tylko, żeby ceniono pewne bliskie mi wartości...Ale nikomu ich nie narzucam.
"Metafizyka miejsc szczególnych" :-)
UsuńPrzeczytałam z zapartym tchem . Myślałam , że takie rzeczy ... dzieją się tylko w filmach :) Całkiem dobry scenariusz . Czy - B była blondynką i miała ciut kręcone włosy ? Właśnie tak ją sobie wyobraziłam . Niech wieczór i noc , przyjemnie tuli
OdpowiedzUsuńByła blondynką :-)...Ale włosów kręconych nie miała.
UsuńDziękuję za miłe życzenie :-))
Nie są :-)
OdpowiedzUsuńCo za historie i emocje;)). Burzliwe życie, albo epizody;)
OdpowiedzUsuńOpowieść nieco burzliwa, ale znacznie tu stonowana w porównaniu z rzeczywistym życiem. Zwykle coś się dodaje, żeby przydać efektu, a ja sporo ująłem, bo opowieść to coś innego niż relacja z życia, czy wspomnienie. Ja nigdy nie chciałem mieć burzliwego życia, ale niestety miałem. Ze dwa razy mogłem być nawet zabity (oczywiście nie przez bohaterkę tej opowieści)...Epizody...ale nie psychiatryczne :-)
Usuń