O wolności w słuchaniu muzyki

      ...Chciałem napisać jeszcze jedną opowieść
      niesamowitą. Przygotowałem już nawet zdjęcie
      - zrobiłem je dzisiaj w nocy, ale moją poprzednią
      opowieść widziało tu ledwie 10 osób. Dla takiej
      garstki czytelników też warto pisać, ale jestem 
      trochę zbyt udręczony różnymi zdrowotnymi 
      dolegliwościami. Dlatego napiszę o muzyce.
      Nikt pewnie nie przeczyta, ale muzyka i tak 
      jest piękna, bez względu na to, co się o niej powie.
      

              Rzadko chodzę na koncerty muzyczne. Nie tylko dlatego, że nie mam
        pieniędzy.  Zawsze, kiedy słucham muzyki na żywo czuję, że jest to
        najlepsza forma jej odbioru, ale nie lubię filharmonii, dużych sal i tłumów
        ludzi. Oczywiście, jak już tam jestem, czuję się świetnie, bo to bardzo
        "socjalizuje." Ale muzykę lubię w miejscach kameralnych, a nawet w zaciszu
        pokoju (który zaciszny rzadko tak naprawdę jest), albo w scenerii parkowej
        lub teatralnej (jak w Łazienkach).  A ponieważ zgadzam się z tym, co
        Strawiński napisał w swej poetyce muzycznej, że źródłem muzyki były
        pierwotnie śpiew ptaków i odgłosy natury, jestem autorem zbioru
        "Ptasia muzyka", na który składają się piękne utwory muzyki barokowej
        - Purcella, Emanuela Bacha, Muffata, Rebela i innych, i śpiew moich
        ulubionych ptaków skojarzony z poszczególnymi utworami. Całość brzmi
        bardzo nastrojowo, bowiem, jak powiedzieliby moi uczeni koledzy estetycy
        "ewokuje nastrój wieczoru i akwenów wodnych" ;-),  jednak z powodów
        technicznych, nie mogłem zmiksować śpiewu ptaków z moimi ulubionymi
        utworami i są one niestety na osobnych trackach. Trochę nad tym ubolewam,
        ale jak zwykle wszystkie takie rzeczy robię w samotności i pustce
        zupełnej, nie mając do dyspozycji odpowiedniego sprzętu, a jedynie twórczą
        wyobraźnię. Nie tylko słowiki brzmią pięknie, a lelek przeraźliwie, ale słychać
        też klangor wodnych ptaków, jak we wstępie do "Symfonii odlatujących
        łabędzi" Purcella i pohukiwanie zaniepokojonego puszczyka.   
            Pisanie o muzyce klasycznej to teraz sprawa niemal beznadziejna. Sporo
        moich znajomych słucha jej z wielkim entuzjazmem, ale ci mają już wyrobiony
        gust i często lubią nie to, co ja cenię w muzyce najbardziej - w większości  
        słuchają XIX wiecznej symfoniki albo muzyki współczesnej. Niektórzy
        z upodobaniem słuchają jedynie nagrań sprzed ery kompaktowej, jakby
        przez ostatnie trzydzieści lat nie pojawił się już żaden wybitny wykonawca,
        w czym jest oczywiście pewna przesada. Ale większość moich znajomych w
        ogóle jej nie słucha i nawet nie wyobraża sobie, że coś traci. A przecież jedynie
        ta muzyka w pełni zasługuje na miano sztuki (również klasyczna muzyka innych
        kultur). 
             Od czasu poznania Marzenki (jak ją tu nazywam), która była muzykologiem
        i przede wszystkim instrumentalistką, zacząłem znacznie więcej niż wcześniej
        słuchać tzw. muzyki rozrywkowej, bo ona (paradoksalnie) nie lubiła jej
        słuchać. Kiedyś nawet zostawiła mi swój poprzeczny flet, żebym sobie 
        pograł (nie miała już czasu ćwiczyć)...bo potrafiłem na flecie drewnianym zagrać
        Largo z koncertu organowego Haendla.  Było melancholijne i piękne, ale do
        wdzięku Marzenki i jej umiejętności i uzdolnień muzycznych rzecz jasna sporo
        mi brakowało.
             W przeciwieństwie do wielu moich znajomych mało byłem osłuchany w
        rocku lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, może za wyjątkiem The Doors
        i Joy Division,  ale Morrison i Curtis to dla mnie wyjątkowe postaci. (Dopiero
        stosunkowo niedawno poznałem Pink Floyd, Led Zeppelin, King Crimson,
        Stonesów, Stranglers, The Clash, Bauhaus, czy Cure).  Wciąż jeszcze
        pamiętam, jakie wrażenie wywarł na mnie kiedyś utwór Morrisona, nawiązujący
        do słów znanego wiersza Blake' a.  
             Słuchałem za to Coltrane' a , Milesa i Mingusa, Billy Holiday, a także Hendrixa.
        Ale przede wszystkim muzyki etnicznej (indyjskiej, japońskiej, sefardyjskiej,
        ormiańskiej, perskiej, arabskiej, latynoskiej, afrykańskiej, flamenco i fado, gamelanów
        z Bali), reggae (także latynoskiego) i czarnego bluesa. Słuchanie tak cudownej muzyki
        dawało mi poczucie wolności i kontaktu z niewyczerpaną energią i pięknem, a blues
        sprowadzał mnie na ziemię.  
             Hindusi Ali Akbar Khan, Amjad Ali Khan, Ravi Shankar, Hariprasad Chaurasia,
        Ram Narayan, Bimshen Joshi, to cudowni artyści i mądrzy ludzie, a muzyka w ich
        wykonaniu jest prawdziwą medytacją. Melancholia i potencjał medytacyjny muzyki
        orientalnej jest wręcz niewiarygodny, a podobnie jej radosny entuzjazm (mniej
        widoczny w muzyce japońskiej i ormiańskiej). A podobnie Winston Rodney (Burning
        Spear), Bob Marley, Prince Far I, Ali Farka Toure, Fela Kuti, Mulatu Astatke i kilku
        innych równie genialnych artystów otworzyło moje serce na nieskończone wibracje
        reggae i muzyki afrykańskiej i etiopskiej (która jest szczególnie oryginalna).
        Z muzyki improwizowanej (jak się czasem nazywa współczesny jazz), której
        poznanie zawdzięczam w dużym stopniu memu młodemu przyjacielowi, również
        polubiłem sporo nagrań, a jej symbolem jest dla mnie saksofonista David S. Ware.
              Przygrywałem trochę przy tym na congach, bongosach i marakasach (były
        to jednak dość tanie instrumenty przypominające zabawki) i podśpiewywałem...
        W młodości nagrałem kilka piosenek do tekstów Norwida i Krasińskiego.
        Podobno taśma jeszcze istnieje i ktoś ją przechowuje, podobnie jak moje rysunki.
        "Benedyktyn, milczący w jaworowym lesie", "Smętnej nocy nade mną kir" i
        "Nie tylko, gdy się najadłszy mandragor błądziły w limbach szalone kobiety"
        to moje ówczesne hity, których nikt nigdy nie poznał ;-) Zdarzało mi się złapać
        rytm na gitarze basowej...ale do składu zespołu przyjaciela się nie kwalifikowałem.
        Jednak wokal miałem podobno ładny. :-)
             W ostatnich latach sporo słucham mrocznych ballad i utworów Waitsa,
        Cave'a, Conte, Melingo, Cohena i innych.  Lubię ich melancholię i czarny humor.        
        (Dylana lubię zdecydowanie mniej).  Czymś zupełnie wyjątkowym jest moja miłość
        do Lhasy, o której tu już kiedyś pisałem. Dość dobrze "spenetrowałem" fado
        i mornas Evory, i oczywiście muzykę francuską  (Gainsbourga, Laforet, Birkin, Brela,
        Fontaine i bardziej współczesnych). Dead Can Dance to osobny temat...Pati Smith...
        Podobnie jak ballady Okudżawy, Wysockiego, czy Nohavicy.  Z "naszych" często
        słucham Niemena, Demarczyk (którą znam od dzieciństwa), Grechutę i Breakout...
         "Piosenka dla zmarłej" Niemena, do wiersza Iwaszkiewicza,  to prawdziwe arcydzieło
        - jaka szkoda, że mało kto ją zna...Podobnie jak płyta "Kurylewicz, Warska, Niemen."
        Ale, kiedy Wydrzycki wykonywał swe co bardziej ambitne utwory, zdarzało się, że
        publiczność wychodziła z sali. "Nie za wcześnie?"  - pytał nieco rozgoryczony. 
             Chciałem  tu napisać o muzyce, ale tekst jakoś rozproszył się i zamiast o
        tzw. klasyce, napisałem o czymś innym...Przyglądam mu się i trochę się w duchu
        śmieję.  Ale jest mi też trochę smutno...W jakimś sensie jednak cieszy mnie
        otwartość, z jaką poznaję rodzaje muzyki, które uważałem kiedyś za niemożliwe
        do słuchania, jak tradycyjna muzyka chińska, funk, soul, czy latynoski hip-hop.
        A ostatnio posłuchałem nawet "Traviaty" Verdiego...
             Zakończyć trzeba jakoś niegłupio, więc przychodzą mi do głowy dwie
        piękne myśli, które wypowiedział Mistrz Ali Akbar Khan.  Pierwsza, że ragi są dla
        wszystkich, niezależnie od tego, czy ktoś jest Hindusem, Arabem, czy człowiekiem
        Zachodu, bo piękno muzycznej ekspresji nie zna granic, a Bóg jest jeden dla
        wszystkich, podobnie jak jedna jest miłość.  Druga, że ragę poznaje się często
        przez całe życie, jak kobietę, którą kochamy...Aż trudno uwierzyć, że kiedyś
        wyśmiewałem się z rag, a teraz ich nie słucham (bo moje otoczenie nie rozumie
        ich i nie lubi). Poznanie reggae i muzyki orientalnej uświadomiło mi, że świat
        jest jeden i że wszyscy odpowiadamy za to, jaki jest nasz stosunek do niego:
        pełen agresji i zachłannego poczucia własnej ważności, albo współczucia,
        spokoju i czułości...
    










     






             


 







 
           











      ............

Komentarze

  1. muzyka - nie jest do sluchania. Melodie nie nadaja sie ( najczęsciej ) do nucenia. Rytm nie ma ponosic. A uwertura uniesc oczarowując barwą brzmienia. Utwor powinien zapaść w pamięć.
    Pamięc pokolen przenosi jakość danego okresu w dziejach społeczności.
    Społeczeństwo zas najczesciej ma zbyt krotką pamięc by zrozumiec dramatyczne następstwa blędów kompozytorów, czy w tym momencie nierzadko fajansiarskich spotow reklamowych podszywanych watoliną brzmienia, zawierając zużyte porownania poprzestawali na powielaniu wzorca zachowań zza granic panstowych.

    kilka przykladow
    - https://www.youtube.com/watch?v=WLJi-V-m70g

    / https://www.youtube.com/watch?v=pp_elFypjN8

    by nie bylo slodko niełatwe etniczne nawiazania

    | https://www.youtube.com/watch?v=asIFz0OF--s

    i etnika w grach obecnie ogrywanych przez modsze pokolenia
    * https://www.youtube.com/watch?v=ylX7fcqEa8w

    i dla utrzymania poziomu
    - https://www.youtube.com/watch?v=AupJkDGjaZo

    - https://www.youtube.com/watch?v=Y2SGfMcemaM

    na razie
    powodzenia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję...Podoba mi się to, co napisałeś i obszernie zilustrowałeś. Dla mnie muzyka to życie, kiedy mówię, że jej słucham, mam na myśli tylko to, co zewnętrzne, a nie należy do istoty mego kontaktu z muzyką, który dokonuje się przez słuch, bowiem nie czytam partytur. Mody zmieniają się i nie mają najczęściej nic wspólnego z rzeczywistą wartością muzyki. Jak szybko zapomniano np. o Bachu, żeby sobie o nim później przypomnieć, albo o Vivaldim. A Emanuel Bach dla Fryderyka Wielkiego nie był niczym więcej niż nadwornym grajkiem, który potrafił wykazać się grą na klawesynie, bo władca ten miał muzyczny gust taki, jaki miał... Jeśli chodzi o muzykę etniczną, to odkąd powstało tzw. world music muzyka etniczna stała się towarem, dominują w niej fuzje i produkty przypominające rafinowany cukier, a różnice kulturowe ulegają zatarciu. Polacy grają na oudzie i sitarze, walą w bębny i przyśpiewują po naszemu, wspomagając się elektryką, co im się żywnie podoba, podczas gdy tradycja muzyki dawnej, żałobnej i świeckiej dogorywa. Nie jestem przeciwnikiem takiej twórczości, bo bywa czasem wartościowa i inspirująca. Ale nie może to być najważniejszy model wykonawczy. Jednak mistrzowie tacy jak Ali Akbar Khan, wywodzą się z rodzin, które od kilkuset lat grają pewien rodzaj muzyki, a ich trening zaczyna się w 4 roku życia i trwa ponad 16 godzin na dobę. Mają też gruntowną wiedzę na temat historii muzyki, którą wykonują i często ogromne twórcze możliwości.

      Usuń
    2. Ale i mozna w inną stronę.
      Utwór z gry (na pc, konsole ) zaranżowany do atrakcyjnej formy przenieść na salę koncertowa
      - https://www.youtube.com/watch?v=hnXD6FRZtn0

      Pozostawić w grze , otryzmać nagrodę i ukazać formę "ojcze Nasz "
      | https://www.youtube.com/watch?v=IJiHDmyhE1A

      czy pochodzic ze sciezki filmowej
      / https://www.youtube.com/watch?v=8Uk7Y2WwxpY

      przechodząc do muzyki komponowanej przez zaawansowaną Inteligencję analityczną konczę wywod i do za jakiś czas
      / https://www.youtube.com/watch?v=Emidxpkyk6o

      Usuń
  2. Ostatnio jestem jak gęś niema :)odwiedzam cicho ... ale jestem . Przyjemnego popołudnia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale Jesteś i choć nie wiem, kim Jesteś (mogę się tego tylko domyślać) cieszy mnie to. Miłego wieczoru :-)

      Usuń
  3. Z pewnością utrudnia...Ja mam poczucie, że niektóre gatunki muzyczne rozumiem, znam ich filozofię i czuję się w nich zadomowiony...Ale w przypadku innych jestem tylko gościem i być może jedynie czasami osiągam pełne zrozumienie lub wczucie. W ogóle języków na świecie jest za dużo...Ale, gdyby miał być jeden, to nie chciałbym, żeby to był angielski ;-)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty