Wystrzał (opowieść rosyjska)



        - Coraz głupszy jestem Iwanie Iljiczu.  Ot, na przykład
wczoraj, kelner pyta mnie: "To, co zwykle Piotrze
Michajłowiczu?"  A ja tak patrzę na niego i mówię:
"Rzecz oczywista, Stiepanie Pawłowiczu." ale zupełnie
nie pamiętam, com ostatnio zamawiał. Mija piętnaście
minut, a ten mi stawia na stole półmisek z wędzonym 
węgorzem i karafkę z likierem. "Jak to? - pytam, "Rozum
żeś chyba postradał, przecie węgorz  z likierkiem nie 
idzie." "A faktycznie" - powiada - "Pomyliłem się, proszę 
mi darować Wasza łaskawość, miała być oczywiście 
wódeczka."  "No!" - powiedziałem i jeszcze zmarszczyłem
brwi, a ten mi zamiast wódki przynosi słodkie wino. 
Zrugałem go mocno: "O żesz ty w dusze ziewany!", itd. 
rozumiesz chyba, że się zdenerwowałem. A ten mi mówi:
"Wasza Wielmożność wybaczy!  Zakochałem się...
Nieszczęśliwie. Chyba muszę skończyć samobojem." 
Dobry ze mnie człowiek i obywatel, Iwanie Iljiczu, ulitowałem
się nad nim i mówię: "Żeby mi to było, kanalio, ostatni 
raz!"  Wytargałem go za te pejsy, bo mi wstyd było 
przed gośćmi i mówię: "W try miga przynieś mi wódkę!"
Alem się zreflektował, bo to przecież Żyd nie był, tylko
najszczerszy Rosjanin... -
       - I co było dalej, Piotrze Michajłowiczu? - 
       - Kroję, uważasz, węgorza, a ten jak na mnie nie
skoczy!   Wyjąłem szablę i porąbałem go na kawałki,
a w łeb mu strzeliłem, kiedy spadł na podłogę...Wąż
wił się jeszcze trochę, aż skonał.  A to bydlę tymczasem 
przychodzi, rozkłada ręce i jęczy: "Ona mnie nie chce!"  
I stawia przede mną opasłą flaszkę. "Co to jest!" - wołam. 
"To rum, Wasza Ekselencjo!"  Tak mi się jakoś dziwnie 
w głowie zrobiło, zrobiłem się czerwony na twarzy i
wypaliłem mu prosto w łeb...Wynoszą go, a ja myślę:
"Boże, com ja uczynił!"  Ale Uljanow podchodzi do mnie
i mówi:  "Postąpiłeś honorowo!  Przez cały czas
cię obrażał, a ty do niego z sercem!  Zeznam, że to 
było zabójstwo w afekcie."  -
      - No przecież, że było! - 
      - Ale, czy sąd podzieli ten punkt widzenia? Podobno
Jego Wysokość, sam Car we własnej osobie, zakazał
ubijania w restauracji. - 
      - Słyszałem o tym. To potem jak Siemionow bombę
podłożył...Ale niepotrzebnie się martwisz. Powiozą cię
na Sybir, a po dziesięciu latach wrócisz odmłodniały.  
Bibliotekę ze sobą zabierzesz, a kto wie,  może i żonę, 
dziatki i służbę. A tam powietrze surowe, ale zdrowe. - 
      - A nie w więźniu mnie zamkną? -  
      - A skądże znowu!...Ten Stiepan Pawłowicz polityczny
był.  I Ciebie też skażą za politykę. A jako polityczny
i  do tego hrabia, nie będziesz miał psiej doli.  A wiesz,
jakie ryby tam są po jeziorach?  Obłowisz się... -
       - Boga się bardziej boję, Iwanie Iljiczu. Stoi przecież
napisane "Nie morduj!"  Chyba, że na wojnie, albo w 
pojedynku, albo niewierną żonę-sukę z zazdrości, 
bezczelnego mużyka zachłostać lub skazańca powiesić...
Ale ubić za węgorza!  Za trunek?...A jak Pan Bóg się nie 
zlituje? - 
       - Zlituje się!  Na cerkiew chybaś łożył? - 
       - Zaniedbałem...Człowiek co innego miał na głowie. - 
       - Nie przejmuj się!  Pan Bóg też człowiek, to człeka
zrozumie.  Ale na wszelki wypadek sporządź testament. -
       - Jak to, testament? - 
       - Nie chciałem ci nic mówić, ale przewodniczył będzie
Ozorkin, a jeśli nie on, to Rublow, a z oboma miałeś
zatarg.  Niewinnego obywatela -  powiedzą - ubiłeś! 
I to z premedytacją. starannie wszystko zaplanowałeś. 
Gdyby były jakieś okoliczności łagodzące, to może 
dałoby się podciągnąć pod inny paragraf, a tak, musi
być sprawiedliwie: "ŻYCIE ZA ŻYCIE!" - 
       - ŁŻESZ, IWANIE ILJICZU! - 
       - Przekonasz się, gdy będzie już  za późno!...Ale
mogę cię z tego wybronić.  Udowodnię, że kelner
babrał się w polityce. A ty byłeś ostatnio mocno nieswój
i chociaż poczytalny, nie byłbyś w stanie zaplanować
zbrodni, bo to by przekraczało możliwości twej  
inteligencji...Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę 
z powagi sytuacji. Z kogoś innego zdarłbym, ale po 
starej znajomości pomogę ci prawie gratis, pod 
jednym wszakże warunkiem. - 
       - Jakim? - 
       - Przepiszesz połowę mająteczku na Gruszę,
córkę Prochora Piotrowicza...A w stosownym czasie
zaślubi ją  mój bratanek.  I wszystko pozostanie w 
rodzinie. - 
       - Nie, Iwanie Iliczu. PO MOIM TRUPIE! - 
       - Całkiem trafnie to określiłeś!...Jestem w 
doskonałych stosunkach zarówno z Ozorkinem,  
jak i z Rublowem.  Mogę nawet udowodnić, że
węgorz, którym cię poczęstowano, naszpikowany
był  cyjankiem. -
       - Jedną czwartą...przepisać mogę. - 
       - Dobra, dawaj jedną czwartą. Nie będę się
spierał ze starym przyjacielem. - 
       - A jak pójdę do piekła? -
       - Dasz na remont dachu świątyni. - 
       - Ale myślisz, że zły ze mnie człowiek? -
       - Skądże znowu!  Ten kelnerzyna powiedział
ci chyba, że pragnie się zabić. Wiesz, jaki to 
byłby dla niego kłopot. - 
       I nie wiadomo, jak skończyłaby się ta historia,
gdyby nie głupi pomysł Piotra Michajłowicza, że
pójdą razem na cmentarz i położą kwiaty na
grobie ofiary, a Pan Bóg z pewnością to zobaczy. 
Zmierzch już był, kiedy tam poszli, a przy tym byli
trochę wlani.  Podchodzą do grobu, a tu coś się
rusza i pełznie jak wąż...A to był węgorz, nie piskorz!  
A zza nagrobka pojawia się szczerbata kelnerska 
morda i płacze: "A tak ją kochałem!"  
      Podobno Piotra Michajłowicza trafiła apopleksja,
kiedy to usłyszał, a znowuż Iwan Iljicz tak przeląkł się
ducha, że uciekając potknął się o kamień i zabił
na śmierć. A nieboszczyk gonił go jeszcze dalej, 
bo tego nie zauważył, po drodze i po całym lesie. 
      Jest jakaś sprawiedliwość na tamtym świecie!  
Zresztą i na tym bywa...Ozorkina chłopi rżnęli piłą,
a Rublow szedł pijany groblą i wpadł do stawu. 
      Tyle na ten temat wiem, ja Mysz polna, z tego,
co słyszałam, a słuch mam dobry...

 
     
        
       

       
      

               

    


 


 


  
      


   

  

Komentarze

  1. Być może to już moja ostatnia opowieść...

    OdpowiedzUsuń
  2. opowieść Nazumi bardzo interesujaca, taka bardzo rosyjska :)
    pomaga zrozumieć rosyjska dusze

    OdpowiedzUsuń
  3. Potrzeba może nie opuści, ale zdrowie już mnie opuściło (:

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie jest chyba nieudana ta opowieść, ale też nie powiedziałbym, że jest tylko zgrabnie napisana....Ja dobrze się bawiłem przy jej pisaniu, bo jest bardzo śmieszna, ale jednocześnie narastał we mnie jakiś smutek i sprzeciw wobec świata, w którym żyjemy...
    A co do sensu pisania? Opowieść ta miała tu pięć odsłon i dwa życzliwe komentarze. Na Facebooku polubiła ją tylko moja znajoma Japonka, która jest wybitną poetką, ale raczej nie zna polskiego i wyżej oceniła jakieś moje zdjęcia. Czy ktoś poza tym przeczyta, nie wiem...

    OdpowiedzUsuń
  5. Życie ani śmierć sprawiedliwe być nie muszą, ale człowiek niby powinien...Choć nie jest
    to łatwa sprawa. Prawodawstwo opiera się na intuicjach moralnych, które nie wszyscy w
    takim samym stopniu podzielają, a zasada użyteczności, jaką się obecnie posługuje nie jest wcale bardziej jasna od wszelkich innych zasad moralnych. Mnie też zawsze zastanawia, jak można np. ograniczać komuś wolność na jakiś okres czasu i mieć przy tym czyste sumienie, że postąpiło się słusznie stosując do jakichś paragrafów. Pomijając już fakt, że nic tak nie edukuje przestępcy jak odsiadka, jak to wymierzyć, jak wniknąć w motywy czynu, które przecież muszą też być brane pod uwagę, albo jak ocenić stan psychicznego zdrowia sądzonego. Oglądałem amerykański film (w odcinkach) o seryjnych mordercach skazywanych na karę śmierci mimo faktu, że byli psychicznie chorzy.

    OdpowiedzUsuń
  6. (Wyrównałem w miarę ładnie komentarz, ale system wywalił mi go z absurdalnymi odstępami...Telefon poprawia mi teksty wiadomości. Czasem wygląda to na złośliwość,
    bo piszę np. do kogoś "Jest ładna pogoda", a system dodaje "pora na loda." Jak nie zauważę,
    to wyślę komuś taki tekst ;-)

    OdpowiedzUsuń
  7. No tak...Nie można się poddawać. W końcu stan zdrowia czasem też całkiem nieoczekiwanie zmienia się na lepsze, albo następuje jakiś przyrost sił. A jednak to, że robimy to, co lubimy, nawet jeśli wymaga to sporego wysiłku, w jakiś sposób utrzymuje nas w poczuciu, że mamy na własne życie jakiś wpływ...

    OdpowiedzUsuń
  8. Muszę zobaczyć gdzie jest to sugerowanie dalszego wyrazu :-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo ciekawa opowieść ... czytało się lekko z uśmiechem :) Zakochany kelner:) gościa w objęcia wzięła mimoza ? No ale - jak można likier podać do węgorza ?:) Niech zdrowie wraca :) a nocka dobry sen kołysze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-) Miło tu o tej porze spotkać osobę nie będącą duchem...

      Usuń
  10. Byłam całym ciałem ! :) Mam mały prezent o duchu :) Żył sobie pewien uduchowiony duszek -co często miał głodny brzuszek . Marzył o wielkim sytym obiedzie ... jak wielu z nas żył w biedzie . Mówił , że w życiu mu się nie wiedzie:( ale nie robił z tego hałasu ... bo szkoda mu było ziemskiego czasu . Lubił ścieżkami własnymi chodzić ... choć życie dawno przestało słodzić ... On zawsze innym chciał dogodzić . Nie leniuchował , pracował pilnie ... coś jak pan Adam w Wilnie .A kiedy był już bliżej jesieni ... smutno mu zagrał wiatr w kieszeni . Co zrobiłeś z czasem , który miałeś tylko dla siebie ? Nie wiem - zawsze robiłem co chciałem robić ... ale czy wszystkim można dogodzić .Dzieliłem go z głodnym który był w potrzebie .. . Nie wiem... ale liczę na czas i obiecuję ... kiedyś pomyślę o nim w niebie . Słonecznego popołudnia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. Dziękuję, to bardzo miła poetycka opowieść o uduchowionym duszku :-)) ...Spełniło się i słońce trochę nawet świeciło.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty