Wyznania

      
    Dzisiaj w autobusie spotkałem staruszka. 
Ja sam nie jestem już taki młody, ale to 
był prawdziwy staruszek. Malutki, chudy
i ciężko przestraszony. Usiadłem naprzeciwko
niego i czułem, że się mnie boi, bo bał się
wszystkiego. Tak bardzo chciałem go niczym
nie wystraszyć, bo był jak malutkie dziecko,
ale coś z wypadło mi z ręki i potoczyło się
po podłodze z hałasem...Przeprosiłem go
i na szczęście nie płakał. 

   Później byłem też czymś głęboko wzruszony
i czułem, że nic nie mogę na to poradzić. 
Poczułem to bardzo mocno...

   Kiedyś na mojej ulicy widziałem zagubionego
pieska. Usiadł już zrezygnowany...A w oczach
miał łzy i znajomą mi rozpacz. Zaczął iść za mną 
do domu, ale ja nie mogłem go tam przyjąć. 
Nie mieszkałem wtedy sam. Były też w moim
mieszkaniu koty...Ktoś go najwyraźniej porzucił. 

Nakarmiłem go i w końcu odszedł.  Przypominał 
trochę cmentarnego pieska, którego widzieliśmy
na pogrzebie Zosi. Trzymał się w pewnej 
odległości od ludzi.  Był niewielkich rozmiarów,
ale dość wdzięczny. Miał wełnistą, białą sierść
i smutne, piwne oczy.  Lgnął do ludzi, ale
się ich bał...
    
    Mam otwarte serce, ale nie zawsze mogę
komuś pomóc...A czasem nie mogę pomóc
nawet samemu sobie. Zauważam jednak 
cierpienie i niepokój innych ludzi.    
    Istnieją ludzie, którzy widzą znacznie
więcej cierpienia niż ja - w szpitalach, w 
hospicjach, będąc z osobami chorymi 
psychicznie  (to ostatnie aż za dobrze
znam), albo z chorymi dziećmi, którym
pomagają. Ale czasami wystarczy trochę 
uważniej przyjrzeć się przypadkowej osobie, 
by je zauważyć.
     Jedną z wielu przyczyn cierpienia 
jest poczucie osamotnienia, pustki w
okół nas. Żyjemy często nie pośród ludzi, 
z którymi chcielibyśmy żyć, ale wśród 
obcych, skazani na wieczystą tęsknotę 
i rozłąkę z ludźmi pokrewnymi nam 
duchem lub psychicznie najbliższymi. Poza 
tym  Elzenberg wyraża słuszne przekonanie, 
że czujemy się zwykle najbardziej samotni 
w tym, co wyraża nasze najgłębsze poczucie 
wartości, niejako w najbardziej intymnej
sferze naszego psychicznego życia. 
...Ale jest prostsza miara samotności. 
To świadomość tego, że nikt nie poda nam
przysłowiowej szklanki wody.

    W moim życiu osobistym również
było wiele cierpienia. Moje dzieciństwo
było piekłem. A w wieku pięciu lat omal 
nie umarłem na wieczną ospę. Później, 
podczas studiów, od śmierci uratowała mnie 
operacja. Moje obecne zdrowie jest też 
poważnie zagrożone. 
    Niemal przez całe życie żyłem w ubóstwie -
przez osiem lat w moim pokoju nie było
nawet wody. Piętro niżej znajdowała
się toaleta. Stwarzało to spore problemy 
podczas chorób, na które wtedy często 
zapadałem. Okno pokoju, w którym 
mieszkaliśmy wychodziło na pijacką melinę 
i nigdy nie było tam w nocy spokojnie.   
   Z powodu depresji byłem już w dorosłym 
życiu długo więziony w szpitalu psychiatrycznym, 
a mój przypadek uważano za wyjątkowo ciężki
i pokazywano studentom akademii medycznej.
Zgłosiłem się tam sam, ale uwięziono mnie 
z powodu obaw przed popełnieniem samobójstwa.
Było to po zakończeniu mojej wieloletniej 
relacji z osobą uzależnioną od alkoholu, ze 
skłonnością do autodestrukcji, która chyba 
nikogo nie pozostawiłaby obojętnym. Moja
ofiarność nie była jednak pozbawiona sensu.  
Dzięki miłości, jaką do mnie poczuła i mojej 
miłości udało się jej doprowadzić leczenie 
do końca. Ale po latach poświęceń przestałem 
jej być potrzebny, czuła się ode mnie psychicznie
uzależniona, dręczyło ją ukryte poczucie 
winy i wstyd. To podobno dość typowe u 
kobiet, które przechodziły chorobę 
alkoholową i wybierają samotność. 
    To, co zobaczyłem i czego doświadczyłem  
na wydziale diagnostycznym szpitala 
wstrząsnęło mną na całe życie i obudziło we 
mnie ogromne współczucie dla ludzkiego 
cierpienia.  Widziałem i czułem coś 
innego niż zwykle widzą lekarze i pielęgniarki. 
Zetknąłem się z przemocą. Niewiele 
brakowało, a straciłbym tam życie.  Ten
lęk już mnie dawno opuścił, ale kiedy 
przypominam sobie los niektórych
pacjentów (i pacjentek) łzy same płyną mi
z oczu, podobnie jak płynęły z oczu pewnemu
odwiedzającemu na mój widok...Poza tym
w szpitalu brakowało jedzenia dla chorych,
sale były przepełnione, personel arogancki,
a poczucie bezpieczeństwa w nocy złudne, 
bo lekarze zamykali się w pokoju.    
    Byłem też związany z osobą, która po wielu 
latach nagle zachorowała psychicznie, a ja byłem 
przez pewien czas jej jedynym kontaktem z 
realnym światem i moja czułość i miłość osobę 
tę uratowały, i można było w końcu ją
wyleczyć z psychotycznego epizodu. 
    Jeszcze później byłem blisko związany z 
osobą poddaną opresji ze strony najbliższego 
otoczenia w domu i w pracy. Jej warunki 
życia były wyjątkowo trudne. Po utracie 
pracy popadła ona w dość ciężką depresję 
i kontakt z nią stawał się coraz mniej
realny, aż w końcu został przez nią zerwany.
To była psychicznie delikatna osoba.
    I w ogóle spotykałem niemal same wrażliwe, 
a czasem nawet mądre osoby. Mógłbym z 
łatwością wykazać, że w niewielkim tylko 
stopniu ich cierpienie było zawinione. 
(Choć osoby te i ich przypadki bardzo się od 
siebie różniły).

     Niejako w przerwie między tymi relacjami
szukała u mnie wsparcia i opieki młoda
osoba, która dwukrotnie próbowała 
popełnić samobójstwo. O jej problemach 
dowiedziałem się przypadkowo. Powiedziała, 
że nie przyjdzie na seminarium poświęcone
słynnemu esejowi Hume'a o samobójstwie,
ponieważ czuje ogromny lęk. 
     Namówiłem ją, żeby jednak przyszła, 
bo ten esej w ogóle nie wchodzi w psychologię 
i są to w gruncie rzeczy dość abstrakcyjne
rozważania, które tylko ją uspokoją.
Zgodziła się później, że tak właśnie było. 
     Chodziliśmy czasem na krótkie spacery po
Ogrodzie Saskim i wymienialiśmy korespondencję 
- dostarczała mi co tydzień wielostronicowe teksty 
o treści intelektualnej, które zostawiała w 
instytutowej skrzynce, a ja na nie odpowiadałem. 
Osoba ta wyjątkowo ceniła we mnie nie tylko
nauczyciela, ale też człowieka.
     Ale w jakieś pół roku później nieoczekiwanie 
zaprosiła mnie na Nowy Rok do teatru na 
przedstawienie sztuki Szekspira, a kiedy się z nią 
żegnałem, poprosiła, żebym z nią spędził noc
a potem dzień i jeszcze następny dzień...Zdarzało 
się to też później. Spałem u niej, albo siedziałem 
przy stole, a ona w tym czasie pracowała (bo 
pracowała po nocach przy laptopie). Po zjedzeniu 
śniadania wracałem do swych codziennych zajęć. 
    Powodem jej samobójczych prób była 
nieszczęśliwa miłość, być może też jej zaburzona 
relacja z dominującą matką, ale była to osoba 
o pewnym potencjale tłumionej agresji...Sprawiała 
przy tym wrażenie osoby nadmiernie wyciszonej. 
    Kiedyś na ulicy spotkałem pewną staruszkę,
starszą ode mnie o dwadzieścia parę lat. Okazało
się, że jest poetką i osobą niezwykle mądrą i 
subtelną. Spędzaliśmy ze sobą wiele czasu, także 
na późno-nocnych spacerach i stała mi się bardzo
bliska. Przychodziła do mnie do Instytutu i
mówiła, że "jestem jej dziwnie jakoś bliski", 
albo, że "czuje ogromną pustkę, a ja jestem
jedynym Człowiekiem jakiego w życiu spotkała."
Kiedy tylko mnie zobaczyła rzucała mi się 
na szyję, powierzyła mi swe utwory i 
przekazywała coś w rodzaju tajemnej, 
mistycznej wiedzy. Jej dobroć była ogromna.
Podobnie jak wyobraźnia i inteligencja, choć 
robiła często wrażenie małej dziewczynki.  
Żyła w skrajnym ubóstwie. Kupowałem jej 
czasem herbatę w dzbanku, albo zupę cebulową, 
którą bardzo lubiła, próbowałem opublikować 
jej utwory i spisywałem jej myśli. A ona 
opowiadała mi o swym życiu i nieszczęśliwej
miłości. Trwało to czasem dziesięć godzin,
albo i więcej...Niestety bywała niekiedy
odrealniona, a jej rzadkie wybuchy gniewu 
zrażały do niej ludzi, którzy dość powszechnie
okazywali jej sympatię, a nawet podziw. 
Była chora...
     Kilkoro moich studentów miało zwyczaj
zostawać ze mną po zajęciach przez wiele
godzin, czasem do późnego wieczora i 
zwierzać mi się ze swych niepokojów i
problemów.  Kontakt ze mną uspokajał 
ich i przywracał im poczucie rzeczywistości. 
Wśród tych osób był też niedoszły samobójca,
który marzył o śmierci i uważał ją za
niewysłowioną rozkosz. Udało mi się 
przekierować jego namiętność na inny 
obiekt i podjął studia filozoficzne.  
    Te moje skromne sukcesy terapeutyczne
były możliwe tylko dlatego, że zamiast
udzielać im dobrych rad, potrafiłem ich
uważnie słuchać, rozumiejąc, że ich 
problemy, uważane przez innych często za 
błahe, mogą mieć poważne skutki dla ich 
życia. Niestety wciąż pokutuje pogląd, że
kiedy ktoś mówi o samobójstwie, "to na 
pewno tego nie zrobi"...A ludzie nienawidzą
neurotyków, bo sami nimi przeważnie są. 
     Działo się to w okresie, w którym 
bezprawnie pozbawiono mnie możliwości 
uzyskania habilitacji. Dyrektor mego
instytutu z upodobaniem gwałcił 
wszelkie uczelniane procedury 
demokratyczne, a inni bali się lub nie
mieli interesu by się temu przeciwstawić. 
W którymś momencie w mej obronie
stanął dziekan, ale później go zabrakło.
     Mimo to na moje seminarium przychodziło 
niemal trzykrotnie więcej studentów niż na 
większość pozostałych. Powodem było to,
że zamiast wygłaszać podczas zajęć
namaszczone mowy ku chwale mej 
inteligencji, pobudzałem studentów
do rozmowy i kontemplacji. Ale to się 
skończyło, bo zaraz zwolniono mnie z 
pracy...I dopiero po wielu miesiącach 
przywrócono do niej już w innym miejscu. 

     
    Wszystkie istoty na tym świecie potrzebują    
poczucia bezpieczeństwa i miłości, ale ich
udziałem jest często cierpienie i rozłąka.
I żaden Budda ani bodhisattwa nic na to nie
poradzi. Szlachetne prawdy głoszone
przez Buddę  uczą jedynie, jak w obliczu 
cierpienia zachować duchowy spokój. 
    Ale spokój ten nie jest tak absolutny,
jak to sobie czasem wyobrażamy myśląc
o korzyściach płynących z medytacji.
Obecny Dalajlama otwarcie mówi, że
nie potrafił się pogodzić z utratą ukochanego 
brata i z tym, że w dzieciństwie porzuciła go 
matka i jak trudno mu było poradzić sobie
ze skłonnością do gniewu, albo pogodzić   
współczucie z mądrością. 

    Miałem wrażenie, że ten staruszek 
chciałby mi coś powiedzieć, ale mnie się boi.
Chciał mi powiedzieć, że miał ciężkie życie
i niedługo umrze...
 

    


    

       

Komentarze

  1. Tekst ten rozrósł się i jest teraz czymś innym niż był w pierwotnym zamierzeniu. W związku z tym muszę go opatrzyć dwoma istotnymi zastrzeżeniami.

    1. Nie jest on nawet cząstką mej autobiografii, nawet jeśli chodzi o relacje z najbliższymi osobami.
    Opisałem niektóre zdarzenia z mojego życia niejako od zewnętrznej strony pomijając rzeczy najbardziej tragiczne i bolesne, o których w ogóle tu nie wspominam, ale także rzeczy szczególnie piękne lub uszczęśliwiające. W niewielkim stopniu wzorowałem się na "Wyznaniach" Rousseau, bo jak już wspominałem kiedyś z jego twórczości cenię jedynie "Przechadzki samotnego marzyciela." (czy raczej "Marzenia samotnego wędrowca.")

    2. Piszę tu o najbliższych mi osobach (nie o wszystkich) jedynie dlatego, ponieważ jestem przekonany, że nigdy nie stanę się sławny i nikt nie będzie miał powodu grzebać w mej biografii i dochodzić, kto jest kim. To, co piszę jest tylko cząstką prawdy o osobach, które kochałem, którym współczułem i które podziwiałem. Chciałem na tym przykładzie pokazać jak powszechne jest niezawinione cierpienie i dlaczego czułość i współodczuwanie cierpienia innych (ale także ich radości) uważam za niezbędne dla dobrego i rozumnego życia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Podzieliłeś się cząstką swojego życia. I samego siebie. Serduszko.
    Bardzo poruszył mnie Twój wpis. Świadczy o tym, jak potrzeba człowiekowi być (rozmawiać, razem przeżywać) z drugim człowiekiem.
    W pewnym momencie ja także poszukiwałam pomocy. I pomimo, że zawsze byłam samodzielna i nie liczyłam na "szczypane", i wpojono mi zasadę "Umiesz liczyć - licz na siebie", to moj napęd zupełnie wyczerpał się. I pogubiłam się. I myślę, że pomogła mi sesja blogowa, którą tutaj miałam możliwość odbyć :-D
    Alma

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Almo, dziękuję, że tak żywo i z wielką wrażliwością odebrałaś mój tekst. Jego napisanie sporo mnie kosztowało... :-) I cieszę się bardzo, że sesja blogowa na Luniemigotliwej dobrze na Ciebie podziałała :-)

      Usuń
  3. Gdybyśmy znali wszystkie konsekwencje naszych życiowych wyborów, to być może, choć nie jest to takie pewne, uchroniłoby nas to przed czymś. Los jest jednak najczęściej raczej nieprzewidywalny. Oczywiście, wiele zależy od nas samych, ale jednak równie chyba wiele od innych ludzi i od okoliczności zewnętrznych. Ja w ogóle nie myślę o życiu w kategoriach winy. Nie obwiniam innych o to, co mnie spotyka, a mogę jedynie czuć żal, kiedy kogoś nieświadomie zraniłem, albo w jakimś momencie negatywnie wpłynąłem na czyjeś życie. Czasami chcąc pomóc szkodzimy, rzadziej chyba, chcąc zaszkodzić, komuś pomagamy. Dlatego staram się innym nie szkodzić. Myśl o tym, że moglibyśmy zrobić coś inaczej, zachować się inaczej, wybrać inaczej jest chyba nieunikniona...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty